Tak dawniej świętowaliśmy Wielkanoc (ROZMOWA)

    Tak dawniej świętowaliśmy Wielkanoc (ROZMOWA)

    Jacek Antczak

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Dzisiejsze śniadanie wielkanocne, choć obfite, wypada blado przy tym, co się przed wiekami pojawiało na stołach świątecznych polskich magnatów

    Dzisiejsze śniadanie wielkanocne, choć obfite, wypada blado przy tym, co się przed wiekami pojawiało na stołach świątecznych polskich magnatów ©fot. Dariusz Gdesz

    Kto miał na stole świątecznym 12 jeleni i 365 babek? Dlaczego Marie dostały olejki w promocji, a lwom przy grobie świecą się oczy? O obyczajach wielkanocnych w kulturze rozmawiamy z dr. Bogusławem Bednarkiem z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.
    Dzisiejsze śniadanie wielkanocne, choć obfite, wypada blado przy tym, co się przed wiekami pojawiało na stołach świątecznych polskich magnatów

    Dzisiejsze śniadanie wielkanocne, choć obfite, wypada blado przy tym, co się przed wiekami pojawiało na stołach świątecznych polskich magnatów ©fot. Dariusz Gdesz

    Dziś Wielki Piątek. W tym dniu w Polsce zawsze odwiedzało się grób Jezusa?
    Oczywiście i to tak tłumnie, że czasem można było pod kościołem oberwać i to nie tylko... od siebie.

    Jak to oberwać? Od kogo?
    W Wielki Piątek najintensywniejsze praktyki ascetyczne uprawiały grupy kapników, czyli wiernych w kapach, którzy urządzali ceremonialną wyprawę z krzyżem do kościoła. Mieli kaptury na głowach, a na plecach otwór po to, by się biczować w drodze do kościoła.
    Ale, jak wspomina Jędrzej Kitowicz w "Opisie obyczajów", bywało tak, że do jednego kościoła zmierzały dwie procesje i nie mogły się zmieścić. Wtedy w ruch szły kije, kamienie i pięści. Kapnicy tłukli się między sobą, co obniżało podniosłość tej funeralno- -ascetycznej ceremonii. Bywało też, że w Wielkanoc kościół był tak zapchany wiernymi, iż ci, którym się nie udało tam wepchnąć, szli do karczmy. I tak się upijali, że gdy już świątynia opustoszała, to nie miał kto do niej pójść.

    A w domu w Wielką Sobotę zawsze biesiadowano?
    I to jak. Najpierw wieszano śledzia, by go ukarać za to, że przez tyle tygodni był konkurentem mięsa, z tych samych powodów urządzano pogrzeb żuru. Potem święcono potrawy, które trafiały na świąteczny stół. O kolorowych jajkach, czyli pisankach, które się na nim pojawiały, wspominał w kronikach już Wincenty Kadłubek.

    Co trafiało na świąteczny stół?
    Była ogromna różnica między tym, co mieli na stole chłopi i mieszczanie a tym, co jadła magnateria. Łukasz Gołębiow-ski, jeden z pierwszych polskich etnografów, na podstawie starego kalendarza opisał, jak wyglądała święconka przygotowana przez wojewodę Sapiehę w Dereczynie w czasach króla Władysława IV: "Na samym środku był baranek wyrażający Agnus Dei, z chorągiewką, calutki z pistacjami, a ten specjał dawano tylko damom, senatorom, dygnitarzom i duchownym. Stało czterech przeogromnych dzików, to jest tyle, ile części roku. Każdy dzik miał w sobie same wieprzowiny, alias szynki, kiełbasy, prosięta etc. Kuchmistrz najcudniejszą pokazał sztukę w upieczeniu tych całkowitych odyńców. Stało tandem 12 jeleni, także cało upieczonych, z złocistymi rogami, całe do admirowania, nadziane były rozmaitą zwierzyną, alias zającami, cietrzewiami, dropiami, pardwiami. Te jelenie wyrażały 12 miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste, tyle, ile tygodni w roku, to jest 52, całe cudne placki, mazury, żmudzkie pirogi, a wszystkie wysadzane bakalią. Za nimi było 365 babek, to jest tyle, ile dni w roku, a przy nich 8760 jaj pisanek, to jest tyle, ile godzin w roku. Każde było adorowane inskrypcjami, floresami, że niejeden tylko czytał, a nie jadł".

    Popijano to czymś ?
    Pewnie, i to jak! "Co zaś do bibendy: były cztery puchary, exemplum czterech pór roku, napełnione winem jeszcze od króla Stefana. Tandem 12 konewek po królu Zygmuncie, te konewki exemplum 12 miesięcy. Tandem 52 baryłek także srebrnych in gratiam 52 tygodni i było w nich wino cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Dalej zaś 365 gąsiorów z winem węgierskim, alias tyle gąsiorów, ile dni w roku. Ale dla czeladzi dworskiej 8760 kwart miodu robionego w Berezie, to jest tyle, ile godzin w roku". Tak wyglądało świętowanie w Polsce.

    Iście królewska "bibenda".
    Od łacińskiego "biba" - piję. Jeśli chodzi o słynne polskie bibendy, to istnieje dzieło pt. "Korab zewnętrznego potopu, czyli sposób zbawienny przeciw zbytkom w jedzeniu i piciu" z 1578 roku, napisane przez kapłana wielce nabożnego Hieronima Powodowskiego. I co tam czytamy? "Polska może być przyrówna karmnikowi albo temu gmachowi, w którym zwierzęta tuczą, gdyż kto by przejechał świat, nie najdzie ludzi, którzy by więcej jedli i pili i tak wielkie staranie w tym czynili". W tej materii rzeczywiście nie musimy się wstydzić przed Europą. Np. Adam Małachowski, krajczy koronny, miał olbrzymi puchar, zwany "Corda Fideliom", czyli "Serca wiernych". Jak ktoś do niego zawitał, nie tylko na Wielkanoc, musiał pić do dna. Kitowicz wspomina, że wielu ten poczęstunek przypłaciło życiem.

    Wielkanoc jest chyba świetną okazją do biesiadowania?
    Oczywiście, kończy się post, wracają czasy obfitości, a skoro tak, to się je i pije. I tacy ludzie jak Małachowski mieli okazję zaprezentować swoją potęgę w tym zakresie. Był też niejaki Michał Granowski, o którym pisze w pamiętnikach Kajetan Koźmian. Ależ to była głowa tęga! Miał dwa puchary, w większym, który nazywał "Orłem", mieściło się pięć butelek wina, w mniejszej "Kaczce" trzy. I on to potrafił wypijać duszkiem.

    Za kołnierz nie wylewano, no chyba że w wielkanocny poniedziałek...
    Jest wiele różnych tłumaczeń pochodzenia obyczaju śmigusa dyngusa. Aleksander Brückner, historyk kultury, uważał, że w tym określeniu zlały się dwa różne obyczaje. Śmigus, który pierwotnie polegał na oblewaniu wodą i smaganiu dziewcząt witkami brzozowymi na szczęście, i dyngus, czyli okup, w postaci szynki czy placka, którymi gospodynie okupowały się chodzącym po domach żakom. Istnieją też wyjaśnienia podawane przez Kitowicza i Benedykta Chmielowskiego w "Nowych Atenach". Kitowicz mówi, że jedni wiążą obyczaj z Jerozolimą, gdzie, jak twierdzono, Żydzi przez okna lali wodę na chrześcijan, żeby nie gadali pod ich domami o zmartwychwstaniu Jezusa. Łączono też ten zwyczaj z początkami chrześcijaństwa. Wtedy tylu ludzi naraz chciało się ochrzcić, że księża nie byli w stanie robić tego pojedynczo, zapędzali ludzi do wody i robili zbiorowy chrzest. Natomiast Chmielowski wywodzi, że śmigus-dyngus to zwyczaj związany ze śmiercią Wandy, "co nie chciała Niemca". Utopiła się i wtedy panny z jej Frauzimmeru na znak żałoby polewały się wodą, w której zginęła.

    Wróćmy jeszcze do Wielkiego Tygodnia. Jak było z wiedzą o Męce Pańskiej?
    Wierni znali wszystkie szczegóły, a przynajmniej wyobrażali sobie, jak było. Człowiek jest tak skonstruowany, że nie chce mieć pustych miejsc, więc stawało się na głowie, żeby to, co niedookreślone, informacyjnie dosztukować. W apokryfie zatytułowanym "Rozmyślania dominikańskie" mówi się, że, by sporządzić koronę cierniową z wyjątkowo kolczastymi głogami dla Jezusa, trzeba było płynąć na jakąś wyspę aż 30 mil. A kiedy już je przywieziono do Jerozolimy, upleciono wieniec cierniowy z 77 witek głogowych, a każda witka miała co najmniej 10 kolców. Kolce są w środku puste, więc gdy uderzano drągami w wieniec na głowie Chrystusa, przebiły skórę, czaszkę i wypełniły się krwią oraz mózgiem Jezusa. Są nawet dociekania i wyliczenia, ile kropli krwi stracił Pan Jezus. W XVII wieku ksiądz Antoni Węgrzynowicz, opierając się na autorytecie teologicznym, podawał, że Jezusowi zadano 35 490 ran. Jak widać, wszystko musiało być dookreślone i wyliczone.

    A jak wyglądał w dawnych wiekach grób Jezusa w polskich kościołach?
    Gdzieniegdzie były to olbrzymie konstrukcje, często przyozdabiane scenami biblijnymi. A to Danielem w jaskini z lwami, a to Jonaszem, który pogrąża się w pysku ogromnej ryby, a to Górą Kalwarią, gdzie Chrystus cierpi na krzyżu. Niektóre z tych wyobrażeń miały kapitalną oprawę plastyczną i efekty specjalne: lwy były podświetlane, miały szklane oczy i ruchome języki, a morze falowało. Z kolei postacie, które współtworzyły kompozycję, miały dziurę na wylot, przez którą wierni widzieli hostię umieszczoną w monstrancji. Zdobiono to arkadami, kilimami, roślinnością, a wartę pełnili uzbrojeni żołnierze. A kiedy kończyła się msza i ruszała procesja rezurekcyjna, strzelano z armat. Szalenie było to widowiskowe, steatralizowane, ekspresyjne i przemawiające do wyobraźni. Jak to w baroku...

    A w średniowieczu? Wtedy wszystko było mistyczne, więc dziś z kulturowych odniesień do postrzegania Wielkanocy pewnie niewiele byśmy zrozumieli.
    Aż tak źle nie jest. Po za tym nigdy nie jest tak, że jakieś dzieło literackie jest zrozumiałe dla wszystkich. Ono samo wybiera swoich odbiorców. Na przykład dramat liturgiczny "Visitatio Sepulchri", czyli "Nawiedzenie grobu", był w całości łaciński, śpiewany i złożony z tekstów będących w obiegu kościelnym. Nie było tam treści apokryficznych. Ale nawet XIII-wieczne scenariusze są kapitalnie opracowane. Jakże tam precyzyjnie steruje się ruchem i przestrzenią. Ci, którzy imitują Marię czy apostołów, wiedzą dokładnie, z której strony podchodzić, gdzie udawać, że biegną, a gdzie, że rozmawiają. Pojawiają się mistyczne gesty, szaty wyciągnięte z pustego grobu, aniołowie... To jest szalenie uduchowione. Wprawdzie łacińskie, ale przecież to historia na tyle znana, że nawet człowiek niepiśmienny świetnie wszystko sobie unaoczniał.

    Wielkanoc była inspirująca dla artystów?
    Od zawsze. Wiele średniowiecznych misteriów bezpowrotnie zaginęło, ale zachowało się i do dziś jest wystawiana znakomita "Historyja o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim" Mikołaja z Wilkowiecka. Każda z jego części składa się z ewangelicznego fragmentu, wstawek pieśniowych i akcji. Źródłem "Historyi..." nie jest tylko tekst natchniony, biblijny, ale i apokryfy, które wprowadzają trochę ekspresji i rumieńców. Kapitalna jest scena w aptece u Rubena. Marie kupują tam olejki, którymi chcą namaścić ciało zmarłego Chrystusa. Ileż tam jest realizmu! Ruben jest wyznawcą Jezusa, on wierzy w jego boskość. Czyli te olejki są dla jego Boga. Ale niech Pan nie myśli, że oddaje je za darmo - on je sprzedaje, choć za obniżoną cenę.

    W promocji?
    Tak, w promocji dla Boga. A scena w piekle? Też znakomita. Jezus idzie do piekła, by stamtąd wyzwolić sprawiedliwych, od Adama poczynając. Diabły najpierw się martwią, ale potem Cerberus mówi do Lucyfera: "Nie ma się co przejmować, będą dziewuszki, będą mnisi, będziemy kusić w karczmach - niedługo piekło znowu się nam zapełni". A Chrystus z chorągiewką, który się tłucze do bram piekielnych? Przecież zachowuje się jak, powiedzmy, podpity żołnierz, który przychodzi po swoje. Tak często pierwiastki wysokie, metafizyczne w "literaturze wielkanocnej" korespondują z niskimi.

    Są jednak koncepcje, że Wielkanoc ma babilońskie pochodzenie i że wiele obyczajów, łącznie z jajkiem i zającem, zaczerpnięto z czasów pogańskich.
    Nawet jeśli tak było, to w niczym nie deprecjonuje dzisiejszych świąt wielkanocnych, fundamentu chrześcijaństwa. Przecież religie nie rozwijają się w kulturowej próżni, ona jest nadbudowywana nowymi sensami nad ludzkimi nawykami i przyzwyczajeniami. Coś absolutnie nowego nie byłoby w stanie przyciągnąć ludzi. Wszystko opiera się na konwencji, na systemie znaków i przyzwyczajeń odziedziczonych po przodkach. Ten transmisyjny pas kulturowy jest szalenie istotny. Przecież narodziny z dziewicy czy śmierć ofiarna za jakąś populację nie są pomysłami ściśle chrześcijańskimi, a jajko jest uniwersalnym symbolem życia. Ale chrześcijaństwo temu wszystkiemu nadało piękny, duchowy sens, który w czasie Wielkiej Nocy odczuwamy najsilniej.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama