"Pułapka" wg Tadeusza Różewicza w Operze Wrocławskiej

    "Pułapka" wg Tadeusza Różewicza w Operze Wrocławskiej

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Tadeusz Różewicz woli pozostać w cieniu, nie lubi wielkich premier i fleszy

    Tadeusz Różewicz woli pozostać w cieniu, nie lubi wielkich premier i fleszy ©Paweł Relikowski

    Ewelina Pietrowiak, reżyserka "Pułapki", która w sobotę ma swoją premierę w Operze Wrocławskiej, opowiada o dziele Tadeusza Różewicza, problemach współczesnych odbiorców historii Franza Kafki i fascynacjach scenograficznych
    Tadeusz Różewicz woli pozostać w cieniu, nie lubi wielkich premier i fleszy

    Tadeusz Różewicz woli pozostać w cieniu, nie lubi wielkich premier i fleszy ©Paweł Relikowski

    "Pułapce" bliżej do opery niż "Matce czarnoskrzydłych snów", którą wystawiała Pani we Wrocławiu?
    - "Pułapka" jest operą. W "Matce..." jeden akt był wyłącznie mówiony, dwie role grały aktorki. "Pułapka" poza jedną sceną jest cała śpiewana, więc muszą w niej wystąpić soliści operowi.

    Utwór Tadeusza Różewicza opowiada historię Franza Kafki. Uwspółcześni Pani akcję?
    - Nie. Nic nie będzie się działo w 2011 roku. Scenografia, kostiumy i użyte projekcje umiejscawiają akcję w latach 20. zeszłego wieku. Ale relacje między bohaterami są- mam nadzieję - absolutnie realistyczne i współczesne.

    Bliska jest Pani "Pułapka"?
    - Coraz bliższa, bo zafascynował mnie główny bohater. Zaczytywałam się biografiami Kafki i jego dziełami i myślę, że każdemu młodemu twórcy ta postać jest bliska, bo, zawodowo i rodzinnie, zmaga się z podobnymi demonami i problemami. Widzę, że wiele cech Franza odnajdują w sobie soliści. Mariusz Godlewski i Łukasz Rosiak, czyli śpiewacy kreujący role Franza, oraz ja jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, jesteśmy młodymi twórcami. Spotkaliśmy się we wspólnej wrażliwości i z próby na próbę Franz staje się nam coraz bliższy. Ucieszyłam się, że wystawię umuzycznioną "Pułapkę". To jest wspaniała sztuka, uważana za kameralną, ale wbrew pozorom ma też duże, potencjalnie "operowe" sceny.

    Które?
    - Zaręczyny Franza i scena, która nazywa się "czarna ściana", z więźniami w obozie koncentracyjnym.

    Widza, który nie jest twórcą, zafascynują problemy bohatera?
    - Nie mam żadnych wątpliwości, że relacje wewnątrzrodzinne, stosunki z ojcem, matką, siostrami, pokręcone ścieżki związków Franza z kobietami mogą być znajome każdemu i każdy widz może odnaleźć je w swoim życiu. Zresztą wiele osób mi to mówi: soliści, osoby obserwujące próby i sam Zygmunt Krauze - kompozytor. Śpiewacy nieczęsto mają taki materiał do pokazania na scenie. Myślę, że trudno jest im zrozumieć do końca i autentycznie się przejąć życiem postaci z opery klasycznej: króla, księcia, służącego, hrabiego. Tutaj mają tę szansę.

    Libretto napisali Grzegorz Jarzyna i Zygmunt Krauze. Konsultuje się Pani z autorami?
    - Z nikim się nie konsultowałam, dostałam gotową operę. Oczywiście porównałam sztukę Tadeusza Różewicza z librettem. Uważam, że libretto jest bardzo mądrze napisane. Zostały zachowane wszystkie najważniejsze obrazy, najważniejsze sceny i słowa, które pamiętamy z lektury dramatu.

    Czy Tadeusz Różewicz obejrzy "Pułapkę"?
    - Nie wiem, ale o ile mi wiadomo, poeta nie przepada za takimi fetowanymi premierami. Do sztuki podchodzę z nabożeństwem, staram się ją jak najgłębiej rozgryźć, jak najlepiej zrozumieć bohatera, jak najpełniej pokazać każdą scenę. I w tym sensie czuję obecność Tadeusza Różewicza. Na pewno nie robię niczego przeciw autorowi. Może to zabrzmi zbyt brawurowo, ale myślę, że żadna scena nie będzie wyglądała tak, jak by on sobie tego nie życzył.

    Spektakl ma przypominać przedwojenny film?
    - Będą tylko czarne, białe i szare kolory. Z wyjątkiem jednej sceny, nazywanej w sztuce "pułapka". To scena retrospektywna, trzy siostry i Franz są w ogrodzie na wsi, u Otli. Będzie trochę metaforyczna, sielsko-retrospektywna, jedyna scena z kolorową scenografią.

    Jest Pani scenografem swoich spektakli?
    - Tak. Z trudem wyobrażam sobie, że reżyser nie ma scenografa cały czas na próbach, bo te rzeczy często trzeba dopasować zaraz, teraz. Decyzje, czy jakiś element ma pozostać na scenie, często podejmuje się na próbach, wszystko zależy od tego, co się wydarzy w czasie pracy. Mogłabym pracować z innym scenografem, pod warunkiem że nie odstępowałby mnie na krok (śmiech). Prawda jest taka,że w głębi duszy jestem przede wszystkim scenografem. Najpierw chciałam nim być, potem - jakąś siłą rozpędu- zdałam na reżyserię, ale poszłam na te studia, żeby reżyserować spektakle, w których będę robiła scenografię, a nie po to, żeby być reżyserem i dodatkowo scenografem. Bardzo lubię projektować scenografię. Zrobiłam jedną w spektaklu innego reżysera, w sztuce Teatru Wierszalin, pt. "Wierszalin. Reportaż o końcu świata". To było bardzo ciekawe doświadczenie. Reżyser Piotr Tomaszuk pracuje w zupełnie odmiennej estetyce, więc nie miałam pokus, żeby się wtrącać. Samo projektowanie scenografii jest dla mnie przedłużeniem zabaw z dzieciństwa. Uwielbiałam klocki i domki dla lalek. To,że teraz te moje klocki są takie ogromne, jest po prostu super.

    Kiedy pierwszy raz spotkała się Pani z "Pułapką"?
    - Widziałam jedną z "Pułapek" w reżyserii Krzysztofa Babickiego kilkanaście lat temu w poznańskim Teatrze Nowym. Bardzo mi się podobała, pamiętam kreację Witolda Dębickiego jako ojca.

    W jakich pułapkach egzystuje dzisiaj człowiek?
    - Odpowiem może trochę zbyt serio: myślę, że w największą pułapkę wpadamy, przestając uważać za ważną sferę duchową. Mamy tak wiele bodźców z zewnątrz, tak wiele rzeczy walczy o to, żeby nas zaciekawić, zapłacić za nie, żebyje oglądać, słuchać i w nich uczestniczyć, że bardzo rzadko mamy czas na bycie ze swoimi myślami. I na czytanie! Jestem wielką fanką książki.

    Konkretnej?
    - Po prostu książki, z przerażeniem obserwuję upadek czytelnictwa. Zagrożenie jest tym bardziej niebezpieczne,że to, co się dzieje, przyjmuje się za normę. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie o wiele więcej ze sobą rozmawiali. Spotykali się, śpiewali, grali w gry, potrafili być bardziej ze sobą. Dziś technologiczne udogodnienia dają możliwość niewychodzenia z domu przez rok, będączaopatrzonym we wszystko.

    Pułapki Kafkinie są nam obce?
    - Dla niektórych osób pułapką jest własne ciało, z którym nie są pogodzeni. Franz Kafka całe życie walczył ze swoim ciałem, odchudzał się, był wegetarianinem, potem weganinem, codziennie ćwiczył, ciągle dręczył swoje ciało. Pułapką może być też umiejscowienie w konkretnym domu, w konkretnej rodzinie. To, w jakim mieście czy rodzinie ktoś się urodził, często zamyka mu jakiekolwiek drogi wyjścia do świata. Banalnie zabrzmi, ale pułapką jest każdy nałóg. Franz ich unikał, poza samoudręczeniem fizycznym, nie palił, nie pił alkoholu, chociaż często odwiedzał domy publiczne, ale to też jest pułapka związana z ciałem. Charakterystyczna dla niego i dla wszystkich artystów traktujących swój zawód bardzo poważnie jest świadomość swojego wielkiego talentu, a zarazem wieczne niespełnienie. Franz Kafka miał tę świadomość, wiedział, że jest naznaczony, że może być genialnym pisarzem,ale miał jednocześnie poczucie niedoskonałości formy. Dowodem jest słynna prośba do Maksa, żeby spalił wszystkie jego dzieła. Nie była to kokieteria. Naprawdę nie był z nich zadowolony, a wśród tych dzieł był np. "Proces".

    Rozmawiała: Małgorzata Matuszewska

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      język polski

      uczennica podstawówki (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 121 / 133

      Po 'wg' nie powinno być kropki...

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama