33-letnia Monika Folborska przyjechała na operację do Krakowa aż z Grudziądza. Miała guza za gałką oczną. Lekarze dawali niewiele szans na to, że będzie mogła widzieć. Dziś wraca do zdrowia i mówi: to był cud.

- To był szok. Nic się złego z moim wzrokiem przez całe życie nie działo, a nagle dowiedziałam się, że mogę go stracić - mówi Monika Falborska z Grudziądza (woj.kujawsko-pomorskie), która w kwietniu przeszła operację wycięcia guza oczodołu w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Zgłosiła się do „Gazety Krakowskiej”po tym, jak przeczytała artykuł o zabiegu, który przeszła. Napisała: „Mąż przeglądając w internecie informacje o mojej chorobie, natrafił na tekst o operacji w szpitalu uniwersyteckim. To ja byłam wtedy operowana. Chciałabym teraz podziękować lekarzom, którzy uratowali mój wzrok.”.

Szybka diagnoza

- Męczyły mnie częste zawroty głowy.

Wszyscy lekarze podejrzewali, że to coś związanego z neurologią - wspomina. - Zlecili mi tomografię kręgosłupa i głowy. I sami byli zaskoczeni, kiedy okazało się, że to problem ze zmianami za gałką oczną - opowiada.

Trafiła najpierw do szpitala w Grudziądzu, a potem do Bydgoszczy. Tam wykonano kolejne badania, żeby sprawdzić, co dzieje się w oczodole.

W marcu usłyszała diagnozę: naczyniak oczodołu.

Guz był zlokalizowany bardzo blisko nerwu wzrokowego.

- Było więc spore prawdopodobieństwo, że po wycięciu zmian stracę wzrok. Byłam tym przerażona, ale szybko musiałam poukładać sobie w głowie i sama siebie uspokoić. Jestem mamą siedmiolatka, mam cały dom na głowie, nie mogłam tego przecież zaniedbać - mówi.

W szpitalu w Bydgoszczy polecono jej, żeby zgłosiła się do Kliniki Otolaryngologii przy ulicy Śniadeckich w Krakowie. To jeden z nielicznych ośrodków, które decydują się na tego typu zabiegi. I jednocześnie najlepszy.

- Kiedy przyjechałam do Krakowa i pokazałam swoje wyniki profesorowi Jackowi Składzieniowi (kierownikowi kliniki - przyp.red.), krzyknął „ojej” - uśmiecha się pani Monika. - Od razu powiedział, że to trudny przypadek. Obiecał wyciąć guza, ale dawał mi 30 procent szans. 30 procent, że będę widzieć - opowiada.

Wyznaczono termin operacji: 21 kwietnia.

Dwie godziny operacji

Zabiegi, takie jak ten, który przeszła pani Monika, nie są nowością. Wymagają jednak wielkiego doświadczenia i delikatności. Niewiele ośrodków decyduje się na ich przeprowadzanie. Dlatego wielu pacjentów z całej Polski przyjeżdża do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, który wyspecjalizował się w takich zabiegach.

I, co ważne - po wycięciu guza w Krakowie, pacjent nie traci wzroku. A to wcale nie jest taką oczywistością. - Zwykle musi pogodzić się z tym, że po zabiegu będzie skazany na ślepotę, albo proponuje mu się usunięcie całej gałki - mówi kierownik kliniki otolaryngologii, prof. Jacek Składzień.

Cały proces leczenia zaczyna się od oceny położenia guza. Musi jej dokonać zespół złożony z radiologów, laryngologów oraz okulistów. Dopiero, gdy wiadomo, gdzie ulokowała się zmiana nowotworowa, można zaplanować operację.

- Generalnie guz znajduje się między nerwem wzrokowym, a mięśniem, który jest odpowiedzialny za ruszanie gałką oczną do boku - tłumaczy prof. Składzień. - Porównujemy gałkę oczną do kuli ziemskiej. W jednym miejscu ma najszerszy wymiar, który nazywamy równikiem oka. Operator musi w taki sposób dostać się narzędziami za ten równik, żeby móc wypreparować guza, jednocześnie nic nie uszkadzając - dodaje.

Lekarze w trakcie zabiegu wycinają kość znajdującą się przy oku. To niezbędne, by utorować drogę między gruczołem łzowym a mięśniem, który odpowiada za ruchy gałki ocznej na boki. Dzięki temu „korytarzowi” lekarze widzą wszystko, co znajduje się za gałką oczną.

Następnie guz się „objeżdża” narzędziami i wyciąga.

Zabieg trwa półtorej godziny, maksymalnie dwie. Sama zmiana nowotworowa wygląda niepozornie - jak kawałek ciała we krwi.

- Choć wygląda niegroźnie i w istocie jest niezłośliwy, to jeden zły ruch podczas operacji może mieć tragiczne skutki. Można na przykład uszkodzić gruczoł łzowy, przez co pacjent musi do końca życia zakraplać oczy. Trzeba też uważać na nerw wzrokowy i samą gałkę - tłumaczy prof. Składzień.

„Widzę postaci i kolory’

Dziś pani Monika wraca do zdrowia. Jest już w domu, w Grudziądzu, ale co miesiąc musi przyjeżdżać na kontrolę do Krakowa.

- Zaraz po zabiegu widziałam podwójnie, ale wiedziałam, że tak może być. Teraz wszystko idzie ku dobremu. Ciągle mam lekko zamazany obraz, ale widzę kolory i postaci - mówi pani Monika.

Lekarze przewidują, że z czasem jej widzenie się poprawi. Będzie mogła normalnie wrócić do pracy i funkcjonować tak, jak przed operacją.

- Pracuję w sklepie z książkami i płytami. Wzrok jest w moim zawodzie niezbędny, dlatego na razie jeszcze jestem na chorobowym - mówi.

To, że operacja się udała, nazywa cudem.

- Jestem bardzo wdzięczna za to, że trafiłam właśnie do tego szpitala, który znajduje się przecież 500 kilometrów od miejsca, gdzie mieszkam. Proszę napisać wyraźnie, że naprawdę z całego serca dziękuję Panu Profesorowi i całemu zespołowi - dodaje pod koniec rozmowy Monika Falborska.

WIDEO: Absurdalne zgłoszenia na pogotowie. W jakich sytuacjach nie powinno się wzywać karetki?

Autor: Dzień Dobry TVN, x-news