Słowo alkoholik - zazwyczaj kojarzy się od razu z patologią. Głównie z mężczyzną. Niestety, jak pokazują statystyki, pijących kobiet przybywa. Nawet co piąta osoba korzystająca z terapii odwykowej to kobieta. Jedne piją w zaciszu swojego domu - często bez świadomości, że są uzależnione. Dwie lampki wina lub drinki na wieczór dla relaksu nikomu krzywdy nie robią. Dramat zaczyna się, gdy nawet tej ilości alkoholu zabraknie. Inne staczają się na samo dno, a swoje życie podporządkowują temu, by zdobyć uzależniający trunek. Takim przykładem jest Aneta (imię zmienione), mieszkanka Zgorzelca. Od 5 lat jest niepijącą alkoholiczką. Jak sama przyznaje, wszystko zaczęło się niewinnie.

- W liceum. Dokładnie w trzeciej klasie liceum. Wcześniej byłam pilną uczennicą, ale nie miałam przyjaciół. Chciałam zaimponować kolegom ze szkolnej ławki i zaczęłam chodzić z nimi na imprezy. Nawet nie wiem, kiedy alkohol tak mocno mnie wciągnął. Kiedy moi znajomi „od kieliszka” zaczęli szykować się do matury, ja sięgałam po wino, wódkę czy piwo co najmniej cztery razy w tygodniu. W weekendy nigdy nie byłam trzeźwa - opowiada nasza rozmówczyni.

Kobieta matury nie zdała, na studia też nie poszła. Podejmowała się prac dorywczych jednak albo sama odchodziła, albo przyłapywano ją na kacu, bądź co gorsza, pijaną.

- Budziłam się rano, oczywiście na kacu i pierwszą myślą, jaką miałam, to znów się napić. Mama załatwiła mi pracę w sklepie u koleżanki. Miałam wtedy 20 lat. Praca była też w weekendy. Któregoś dnia miałam zacząć zmianę o 8 rano w sobotę. W piątek tak się upiłam, że zasnęłam na ławce w parku. Do pracy nie poszłam. Zostałam zwolniona. Wtedy nie było mi wstyd. Miałam wymówkę, by znów napić się alkoholu. Dopiero teraz jest mi wstyd, bo najbardziej zawiodłam moją mamę - opowiada Aneta.

Jej choroba zaczęła się pogłębiać. Gdy miała 25 lat przypominała wrak człowieka. Wówczas piła już codziennie i co popadnie.

- Ludzie myślą, że alkoholicy pochodzą lub są patologiczną rodziną. My rodziną byliśmy normalną. Dom z ogródkiem, tata pracował w elektrowni, mama była księgową. Brat świetny sportowiec. A ja - alkoholiczka. Wpadałam w ciągi. Naprawdę piłam z menelami i sama tak wyglądałam. Zaczęłam gubić zęby, ciągle bełkotałam, chodziłam z brudnymi włosami, w brudnych ciuchach. Miałam pełno długów. Nie pracowałam, rodzice na alkohol też mi nie dawali. To cud, że nie wyrzucili mnie z domu. W końcu byłam dorosłą kobietą. Znajomi udawali na ulicy, że mnie nie znają. Koleżanki wychodziły za mąż, rodziły dzieci. A ja zaczynałam dzień od wypicia pół butelki taniego bełta - opowiada kobieta.

W końcu w wieku 27 lat trafiła na odwyk. - Najpierw do szpitala. Któregoś lata upiłam się i zasnęłam w jakiejś bramie, w pełnym słońcu. Dostałam udaru. Ktoś zgłosił, że pijaczka leży na ulicy. Byłam kompletnie odwodniona. Lekarz powiedział mi, że jeśli nie przestanę pić, umrę w ciągu dwóch lat na marskość wątroby, że wykończę swoje nerki. Więc albo leczenie, albo wyrok śmierci. Przeraziłam się. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak źle ze mną jest. W lusterku zobaczyłam twarz starej, zmęczonej kobiety, bez zębów - a miałam dopiero 27 lat. Zgodziłam się na leczenie w Sieniawce. Chciałam, by mnie zamknięto. Wiedziałam, że w otwartym leczeniu nie dam sobie rady. Było trudno, ale poradziłam sobie. Dziś mam 32 lata i nie piję od pięciu lat. Od pół roku pracuję. W sklepie. Podaję też alkohol, ale już go się nie boję. Na początku trzęsły mi się ręce, gdy musiałam komuś sprzedać butelkę wódki czy piwo. Ale z każdym dniem jest coraz lepiej - mówi Aneta.

Jak przyznaje, chęć napicia się alkoholu wciąż u niej się pojawia. Czasami jest to tylko myśl, a czasami potrzeba, z którą musi walczyć. Ale każdy dzień bez picia to krok ku lepszej przyszłości.

- Na razie moje życie ogranicza się do pracy i domu. Regularnie chodzę na terapię. Jesienią planuję wrócić do szkoły i zdać maturę. Żałuję tych zmarnowanych lat. Chciałabym przestrzec wszystkich, szczególnie młode osoby, by nie zaczynały pić, nie warto - kończy Aneta.

Zobacz też: Polska gościnność - jak odmawiać picia alkoholu?