O przerwanej karierze modelki, o tym jak została pierwszą polską didżejką i o swoim życiu u boku założyciela Czerwonych Gitar - opowiada Jana Kras-Kossela

Zaczęło się od telefonu Adama Jarzębińskiego, gdyńskiego miłośnika bigbitu i animatora wydarzeń muzycznych.

- Panie redaktorze, mam dla pana sensacyjny dokument, który rzuca nowe światło na historię polskiego rocka. To list, jaki Franciszek Walicki napisał do Jerzego Kosseli. W tym liście Franek uznaje pierwszeństwo Kosseli jako pioniera i twórcy polskiego rock’n’rolla.

Wolna chata

Ponieważ list znajduje się w posiadaniu wdowy po zmarłym w styczniu tego roku muzyku, umawiamy się na spotkanie u niej w domu.

Działki Leśne, niepozorna ni to willa, ni kamieniczka, jakich wiele budowano na obrzeżach przedwojennej Gdyni. Jana Kras-Kossela ma na sobie krótką jasną sukienkę, która podkreśla fakt, że zachowała figurę modelki, choć ten zawód porzuciła już pół wieku temu.

Jana Kras - Kossela Piotr Hukało

- Jurek mieszkał w tym mieszkaniu niemal od niemowlaka, dlatego nie chciał się przeprowadzić, choć tu warunki raczej XIX-wieczne - mówi, wprowadzając do pokoju, gdzie się mieściło królestwo jej męża. - Tu jest całe jego archiwum. Jeszcze tego nie uporządkowałam. Nie mogłam. Za wcześnie.

Na razie pokój objęły we władanie dwa koty.

- Dzieci na szczęście nie mieliśmy, ale w domu zawsze były zwierzęta - wyjaśnia.

Teraz, poza dwoma kotami domowymi, Jana ma pod opieką cztery, jak to mówi, „flądry” ogrodowe, stadko wróbli oraz jedną polną mysz, która jesienią zagnieździła się w piwnicy.

- Tłumaczę jej, że już wiosna, pora, żeby się wyprowadziła, ale jej tutaj dobrze. Ma miseczkę z jedzeniem i osobną z wodą. Jak schodzę na dół i nic dla niej nie mam, patrzy z takim wyrzutem, że zaraz wracam do kuchni po kawałek kiełbasy. A pomyśleć, że kiedyś bałam się myszy.

Ale piosenka Czerwonych Gitar „No bo ty się boisz myszy” nie jest o niej, tylko o Adzie Rusowicz, która podobno dostawała histerii na widok tych małych gryzoni.

Koselowie (bo tak faktycznie pisze się to nazwisko, a zdwojone „s” w metryce Jerzego to efekt pomyłki jego ojca chrzestnego) dostali przydział na to mieszkanie w 1945 roku, po przeprowadzce z Częstochowy. Wcześniej podobno mieszkała w nim niemiecka prostytutka, którą wysiedlono po wyzwoleniu.

Rodzice Kosseli prowadzili na placu Kaszubskim pierwsze w Gdyni po wojnie delikatesy. Podobno Jurek jako dziecko wymykał się przez okno, uciekając opiekunce, i potrafił sam w piżamce dojść z Działek Leśnych na plac Kaszubski, do sklepu rodziców. A jak był starszy, podkradał stamtąd łakocie i rozdawał kolegom. Potem przyszła bitwa o handel, który „odwojowano” z rąk prywaciarzy. Państwo Koselowie pozostali w branży, ale już jako pracownicy uspołecznionych placówek handlowych.

Dla przyszłości rock’n’rolla miało to takie znaczenie, że nie było ich całymi dniami, a dom stał wolny. Jerzy miał zatem miejsce do prób, kiedy w liceum - gdyńskiej dwójce - założył zespół z kolegą z klasy, Markiem Tarnowskim, późniejszym wokalistą zespołów Rhythm and Blues oraz Czerwono-Czarni. Propozycję dołączenia do tej pierwszej grupy dostali od Franciszka Walickiego obaj, ale mama Jurka Kosseli, która była dla niego ogromnym autorytetem, powiedziała, żeby najpierw zdał maturę. Posłuchał.

- On nie wiedział, co chce robić w życiu - tłumaczy Jana Kras-Kossela. - Dostał się na elektronikę na politechnice, ale to mu nie pasowało. Przeniósł się na architekturę - też niedobrze. Porozmawiał z mamą, a ona mu powiedziała: „Rób to, co lubisz”. I tak się zaczęło pitolenie na gitarce.

***

Dalszy ciąg kariery Jerzego Kosseli jest dobrze opisany. Pierwszy własny zespół - Elektron. Potem kolejne zaproszenie od Walickiego, do Niebiesko-Czarnych, tym razem przyjęte. Służba wojskowa i założone na przepustce Pięciolinie, przekształcone potem w Czerwone Gitary.

I wtedy w jego życiu pojawiła się Jana.

Aktor kontra bałałajkarz

- Wszystkie nasze żony poznaliśmy w Non Stopie - mówił mi kiedyś perkusista Czerwonych Gitar Jerzy Skrzypczyk.

Jana potwierdza: Alicja Klenczon, Elżbieta Krajewska, Maryla Skrzypczyk oraz ona i jej młodsza siostra Helena, która została pierwszą żoną Benka Dornowskiego - wszystkie przychodziły do Non Stopu.

Poznali się 1 lutego 1965 roku. Było to niespełna miesiąc po powstaniu Czerwonych Gitar, ale fanki wiedziały już wtedy, kto jest kim w zespole.

- Z Kosselą nie ma szans, żeby się umówić - poinformowała Janę koleżanka.

- A założymy się?

Stawką była butelka wina. W przerwie Jana podeszła do gitarzysty i poprosiła o spotkanie.

- W sprawie prywatnej czy służbowej?

Trochę ją zamurował ten respons, ale tylko na chwilę.

- Oczywiście, że służbowej.

Jako miejsce spotkania Kossela zaproponował popularną gdyńską kawiarnię Liliput. Zgodziła się, ale potem nabrała wątpliwości. Nawet dobrze nie wiedziała, gdzie jest ten lokal. Do Gdyni z Wrzeszcza, gdzie mieszkała z rodzicami - daleko, trzeba się tłoczyć w kolejce SKM. A do tego wcale nie była pewna, czy ma ochotę się z nim spotkać. No i nie poszła.

Kiedy więc podczas kolejnej wizyty w Non Stopie Kossela z daleka ją wypatrzył i ruszył w jej stronę, nie bardzo wiedziała, co ma mu powiedzieć. Na szczęście nie musiała się tłumaczyć. To on zaczął od przeprosin. Okazało się, że też nie przyszedł, bo przez całą noc coś nagrywał i po prostu zaspał. Ale na drugie spotkanie stawili się już oboje.

Jana była wtedy modelką.

- Zaczynałam w Wojewódzkiej Agencji Imprez Artystycznych. Było nas tam pięć modelek na krzyż. I dwóch modeli. Później wziął mnie do swojej „stajni” Wowo Bielicki. Miałam parę pokazów z Modą Polską, między innymi z kolekcją kożuchów w Paryżu. Ale to były inne czasy. Modelki musiały mieć swoje kosmetyki, swoje buty. Wiadomo, że przecież nie wyjdę w polskich, więc kupowałam zagraniczne w komisie. Poza wybiegiem też trzeba było się ładnie ubierać, bo ludzie patrzyli. Był taki okres, nie powiem, że byłam najlepiej ubraną dziewczyną w Sopocie. Na mnie się wzorowano, ale to wszystko kosztowało. Okazało się, że nie mam z czego żyć.

Reprodukcje z archiwum prywatnego Piotr Hukało

Nic dziwnego, że taka atrakcyjna dziewczyna przykuwała uwagę mężczyzn. Jednym z nich był Zbigniew Cybulski. Gdzieś wypatrzył Janę, skądś zdobył jej adres i zaczął nachodzić w domu. Czasem w towarzystwie Bogumiła Kobieli. Rodzice byli zachwyceni takim wielbicielem, choć Cybulski był żonaty.

- Jak matka go zobaczyła w progu, to jej wszystkie gary z rąk wypadły. Ja się go bałam. Był wiecznie naprany, namolny. Poza tym ja miałam wtedy 20 lat, dla mnie to był starszy pan. Trochę wstyd było, że taki stary za mną biega.

Cybulski zorientował się, że jego rywalem jest gitarzysta bigbitowy, jak pogardliwie mówił: „bałałajkarz”. Ale - być może z powodu ciągłego przebywania „w stanie nieważkości” - nie odróżniał Kosseli od Klenczona. Dlatego któregoś razu obu wyciągnął z Non Stopu do barku w Grandzie, kazał im podnieść ręce i przysięgać, że żaden z nich nie skrzywdzi Jany, bo w przeciwnym razie on zrobi wszystko, żeby ich zniszczyć. No i przysięgli, chociaż Klenczon w ogóle nie wiedział, o co chodzi.

Wyszłam za mąż, zaraz wracam

Jana zapala kolejnego papierosa. Patrząc na tę energiczną kobietę, słuchając potoku słów, jaki wypowiada, i jednocześnie mając w pamięci obraz flegmatycznego Kosseli, trudno nie zauważyć analogii do innej, podobnie skontrastowanej pary: Marii Czubaszek i Wojciecha Karolaka.

Dlaczego wybrała właśnie Kosselę, do którego przylgnął wiele mówiący pseudonim Ciamcialamcia? Przecież byli tak różni jak ogień i woda.

Kiedy zadaję to pytanie, Jana zastanawia się przez dłuższą chwilę.

- Bo był... normalny. Opiekuńczy. Widział we mnie człowieka, a nie lalkę.

Reprodukcje z archiwum prywatnego Piotr Hukało

Ale ślub wzięli dopiero w 1972 roku. Od kilku lat mieszkali już wtedy wspólnie u rodziców Kosseli w jego pokoiku. Tylko mama Jany narzekała: Och, ja już niedługo umrę, wszystkie dzieci zabezpieczone, tylko ty taka niezrzeszona.

- Gadatliwa była jeszcze bardziej ode mnie. Cały czas nam truła d... Myśmy tego nie planowali, dobrze było, jak było, ale w końcu ustąpiliśmy dla świętego spokoju. Za to Franek Walicki do końca w to nie wierzył. Mówił: „Kaktus mi tu wyrośnie, jak ty kiedyś wyjdziesz za mąż”.

No i niewiele brakowało, a miałby rację, bo Jana o ślubie... zapomniała.

Występowała wtedy jako dyskdżokejka w warszawskim Domu Chłopa. Jej współlokatorka, Ilona, go-go girl, czyli pani uzupełniająca program rozrywkowy dyskoteki o prezentację nagiego biustu, spytała z głupia frant: A czy ty przypadkiem nie masz jutro ślubu? O k.... - Jana na to.

Na szczęście zdążyły na poranny ekspres do Gdyni, o piątej.

- Ślub był chyba koło 10-11, więc do USC wpadłam na ostatnią chwilę, z torebką pod pachą, jak ta głupia. A koleżanki: „Jana, gdzie masz kwiaty?”. Ja: „Skąd kwiaty w lutym?”. Na szczęście dziewczyny poszły i załatwiły.

Na zdjęciach z gdyńskiego USC widać, że Jerzy Kossela miał w tym czasie rzeczywiście długie włosy. Choć nie aż tak długie jak stojący w głębi Marcin Jacobson, późniejszy menedżer zespołów Krzak, Dżem i TSA.

- Jak urzędnik zobaczył tych długowłosych facetów i prześwitujący przez bluzkę goły biust Ilony, go-go girl - zaniemówił. A potem ja dostałam ataku śmiechu, kiedy wygłosił formułkę, że małżeństwo jest odzwierciedleniem naszego państwa.

Po ślubie był obiad u matki panny młodej, a rano, o piątej, Jana wsiadła w ekspres i wróciła do Domu Chłopa. W Warszawie spotkała Walickiego, pokazała mu swoją obrączkę ze słowami: A teraz ty pokaż mi ten kaktus...

Uszka po sobie

Kossela nie był już wtedy w Czerwonych Gitarach. Odszedł, a właściwie został wyrzucony na początku 1967 roku. Poszło o kierunek dalszej działalności zespołu, ale też o regulamin, który jako kierownik narzucił kolegom. Były kary za spóźnienia i opuszczanie prób, „opodatkowanie” honorariów na wspólne cele. Klenczon, który był wtedy gwiazdą zespołu, postawił się i doprowadził do usunięcia Kosseli z grupy, którą ten sam wymyślił i powołał do istnienia. Kossela nigdy mu tego nie wybaczył.

- To był dla niego szok - wspomina Jana. - Ten facet wszystkim ufał, wszystkim wierzył, nie wyobrażał sobie, że ktoś mógłby go przekręcić. Gdyby miał mój charakter, to by przyp... Klenczonowi i Krajewskiemu i powiedział: „Jak się nie podoba, to won! Na wasze miejsce są setki innych”. Ale on, zamiast tego, uszka po sobie położył i wrócił do domu. To był Kossela. I taki był przez całe życie. To ja musiałam za niego z pazurami do niektórych skakać. A on poruszył wąsami i na tym się kończyło.

- Seweryna można rozgrzeszyć, bo to jest indywiduum - kontynuuje Jana. - Jeden egzemplarz na ileś tam milionów. Inaczej myślał, zawsze był trochę dziwakiem, ale to jest Krajewski. A Klenczon to nie był żaden tam zbuntowany anioł. To był taki zły duch. On siał wiatr. Sam nie wiedział, czego chce, a przy tym miał zbyt wysokie mniemanie o sobie.

Wyrzucony Kossela założył nowy zespół, Perpetuum Mobile, z „rozbitkami” z innych trójmiejskich grup.

- Śmieszni ludzie tam byli, ale nie szło się dogadać - komentuje Jana. - Jeden utwór im się udał - „Morze za mgłą”, przepięknie zaśpiewany i zaaranżowany. Ale to nie miało racji bytu. Nie było koncertów, a każdy musi z czegoś żyć.

Muszki i brylanty w Panoramie

Nowe możliwości pojawiły się przypadkiem. Perpetuum Mobile występowało przez jakiś czas w Lilipucie. W przerwach między setami puszczano nagraną muzykę z magnetofonu. Do zmieniania taśm wyznaczono Janę. I takie były początki jej didżejstwa.

W tym czasie Franek Walicki zaczął zakładać pierwsze w Polsce dyskoteki. Najpierw w sopockim Grand Hotelu, potem kolejne. Ale Kosselowie produkowali się głównie w klubach studenckich. Wielkich pieniędzy z tego nie było. Któregoś wieczoru siedli przy stole i zaczęli rozmawiać o tym, że Jana powinna jednak poszukać jakiejś innej, solidnej pracy. I z tym mocnym postanowieniem poszli spać. Rankiem obudził ich listonosz z pismem poleconym z Ministerstwa Kultury, w którym napisano, że za wkład wniesiony w rozwój itd. itp. obywatelce Janinie Kras-Kossela zostaje przyznana kategoria S w zakresie prowadzenia imprez tanecznych. Najwyższa. Jana znalazła się w pierwszej dziesiątce polskich didżejów, razem z Markiem Gaszyńskim, Piotrem Kaczkowskim, Franciszkiem Walickim, Krzysztofem Szewczykiem czy Jackiem Bromskim.

Kosseli taką samą kategorię przyznano w drugiej turze. To były kolosalne stawki. Wreszcie mieli pieniądze.

Jana najcieplej wspomina pracę w Panoramie na Kamiennej Górze w Gdyni.

W latach 70. to była bardzo popularna dyskoteka. Bilety kupowało się w Orbisie.

- Dla młodzieży grałam normalnie: Deep Purple, Led Zeppelin, a oni tańczyli, trzęsąc głowami. W poniedziałki natomiast były imprezy dla gdyńskiej śmietanki: adwokaci, doktorzy, kapitanowie. Panowie w smokingach i muszkach, panie w długich sukniach i brylantowych koliach. Musiałam też przywdziać długą suknię. Nigdy w życiu tak się nie bałam, jak wtedy, kiedy pierwszy raz miałam dla nich zagrać. Ręce mi latały ze zdenerwowania. No i to była zupełnie inna muzyka: Tom Jones, Engelbert Humperdinck. Ale ci, którzy jeszcze żyją, nadal pamiętają te poniedziałki. Wokół czysta komuna, a tu co tydzień ekskluzywna impreza. Zawsze full, ani jednego wolnego stolika. Piękne to było.

Odłączony mikrofon

Granie w dyskotekach przeciągnęło się do późnych lat 80., ale z czasem stało się coraz mniej opłacalne.

- Bieda nas przycisnęła, nie było z czego żyć. Wtedy dostałam zaproszenie do Australii. Do pracy, jako housekeeper. Leciałam tam z płaczem. Prowadziłam domy dwóm zamożnym żydowskim rodzinom. Zapieprzałam, ale w sumie fajnie było. Dobrze płacili. Po dwóch miesiącach wysłałam Jurkowi do Polski tysiąc dolarów. Amerykańskich, nie australijskich, które są mniej warte. A on mi na to odpisał, że niepotrzebnie tak sobie żyły wypruwałam, bo jest wielki comeback Czerwonych Gitar, z nim w składzie, więc mogę już wracać. Za to on przez kilka kolejnych lat był prawie cały czas poza domem.

Powrót „polskich Beatlesów” w 1991 roku okazał się wielkim sukcesem. I w Polsce, i wśród amerykańskiej Polonii. Kossela koncertował z nimi przez prawie trzy lata. W końcu Seweryn Krajewski uznał, że wystarczy tego dobrego, jednak Jerzy Skrzypczyk i Bernard Dornowski postanowili mimo to kontynuować działalność pod szyldem Czerwone Gitary. Dornowski ze względów rodzinno-zdrowotnych odszedł w 1999 roku i wtedy do grupy znów wrócił Kossela i jeszcze jeden weteran z 1965 roku, Henryk Zomerski (zm. 2011).

- Czerwone Gitary to teraz spółka komandytowa, czy jak tam się to nazywa. Skrzypczyk ma prawo do wszystkiego. To jego prywatny biznes - tłumaczy Jana. - Maryla, czyli jego żona, jest prezesem spółki, córka Ania jest menedżerem grupy, syn Marek jest akustykiem i szoferem, a chłopak Ani, Arek, występuje z zespołem. Jurka traktowali jak piąte koło u wozu. Niepotrzebny facet, ale trzeba go trzymać, żeby ludzie nie mówili, że to nie są żadne Czerwone Gitary, tylko Skrzypczyk Band. Jak były koncerty, to Jurek stawał w drzwiach z gitarą w jednej i torbą podróżną w drugiej ręce i mówił do mnie: „Wszystko bym dał, żeby nie jechać”.

Ostatni koncert z Czerwonymi Gitarami Jerzy Kossela zagrał w listopadzie ubiegłego roku, w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Choć właściwie - wedle słów jego żony - „zagrał” to nie do końca właściwe określenie.

Jana Kras-Kossela: - Pitolił cały czas na gitarce po nocach, bo oni co chwila zmieniają tonacje tych piosenek. Z koncertu przywiózł go nasz kumpel. Stary postawił gitarę i mówi do mnie: „Dwa tygodnie nie wiadomo po co ćwiczyłem. Wyłączyli mi w ogóle dźwięk. Nie miałem ani gitary, ani mikrofonu”. Jak atrapa tylko tam stał! Pytałam o to potem Skrzypczyka, ale mówił, że nic o tym nie wie. Ja za to wiem, że Kossela nie kłamał. Przeżył to strasznie. Gasł.

Wcześniej ciężko chorował. Miał przesunięte trzy kręgi. Nieoperacyjnie.

- Wydaliśmy wszystkie oszczędności na rehabilitację, żeby mógł chodzić. Miał też chorą wątrobę i trzustkę, ale potem wszystko się cofnęło. Radiolog powiedział, że to się zdarza raz na milion, że uciekł grabarzowi spod łopaty. Wyniki ostatniej kontroli były dobre, no a jednak padł.

7 stycznia, kwadrans po pierwszej w nocy, Jana poszła do łazienki. Usłyszała, że w pokoju Jerzego jest włączony telewizor. Uznała, że mąż zasnął w czasie oglądania, i weszła, żeby wyłączyć odbiornik. Kossela leżał na wpół zsunięty z kanapy. Zadzwoniła na pogotowie. Reanimacja trwała 45 minut. Bezskutecznie. Jako przyczynę śmierci podano niewydolność układu oddechowo-krążeniowego.

Jerzy Kossela został pochowany na cmentarzu Witomińskim. Ceremonia miała charakter świecki. Odtwarzano jego piosenki. Na koniec, kiedy zabrzmiała „Historia jednej znajomości”, żałobnicy podjęli refren: „Sia la la la la la-a ”, a niektórzy nawet tańczyli.

- Patrzyłam na to i myślałam: „Dobrze, tak właśnie powinno się go pożegnać”.

Zaraziłeś mnie tą muzyką

Jana Kras - Kossela Piotr Hukało

Siedzimy w kuchni mieszkania Kosselów i oglądamy stare zdjęcia. I list, który był pretekstem do spotkania.

- Kiedy przyszedł ten list, trochę się zaniepokoiliśmy. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Z Frankiem Walickim pod koniec mieliśmy raczej luźne stosunki, chociaż chodziliśmy na te wszystkie jego uroczystości.

W kopercie były dwa zdjęcia: awers i rewers złotego medalu Gloria Artis oraz następujące słowa: „Drogi, Kochany Jurku! Piszę do Ciebie te słowa z potrzeby serca. W chwili gdy 20 sierpnia br. marszałek Województwa Pomorskiego wręczył mi Złoty Medal GLORIA ARTIS - najwyższe krajowe odznaczenie w dziedzinie kultury - doznałem uczucia wstydu i zażenowania, bo to TOBIE należy się to wysokie wyróżnienie. To Ty zaraziłeś mnie muzyką, która po latach przerodziła się w jeden z największych fenomenów drugiej połowy XX wieku - zapis nastrojów i oczekiwań kilku niegłupich pokoleń. Twoja rola w narodzinach tej muzyki na Wybrzeżu: powstanie zespołu N-C [Niebiesko-Czarni - red.], a zwłaszcza powstanie Czerwonych Gitar - zasługują na najwyższą ocenę...”.

- Tego tam niżej już nie musisz cytować - przerywa mi lekturę Jana.

Jak można to jednak pominąć?

„Jest w tym także zasługa zawsze pięknej Jany, w której wiele lat temu podkochiwałem się bez wzajemności, choć miałem piękną i atrakcyjną żonę. Gratuluję Ci, Drogi Jurku, tego co zrobiłeś i co robisz nadal. Życzę Ci dalszej wytrwałości, powodzenia i wielu dalszych sukcesów. Ściskam was serdecznie. Franciszek Franek Walicki”.

Siedzimy przez chwilę w milczeniu.

- Był taki utwór Niebiesko-Czarnych „Ciamcialamcia Blues”. I Kossela to był taki ciamcialamcia. Miał pomysły, miał ideologię, miał wszystko, tylko nie za bardzo wiedział, co z tym zrobić. Ci, którzy znali go dłużej, jak Franek Walicki, doceniali go, ale większość oceniała po liczbie przebojów, sprzedanych płyt - podsumowuje Jana.