Paulinę Chruściel polubiliśmy jako „Singielkę” . Ale to też świetna aktorka teatralna, która zagrała... Hamleta. Nam opowiada o mocy, jaką dało jej macierzyństwo i o miłości do Afryki, gdzie wzięła ślub.

Co Panią zaciekawiło w postaci Elki, że postanowiła Pani ubiegać się w zeszłym roku o tę rolę w serialu „Singielka”?

Nie ubiegałam się o nią. Sama przyszła. Zadzwonił do mnie Marek Palka, reżyser castingu „Singielki”. Byłam wtedy półtora roku po urodzeniu dziecka. Zdążyłam zrobić dwie duże premiery w teatrze, po raz pierwszy zagrałam w reklamie. Pamiętam, co powiedziałam przez telefon: „Wiesz, ja się do tego nie nadaję - jestem za dramatyczna i mam za małe cycki” (śmiech).

Sama siebie zaszufladkowałam jako aktorkę teatralną, specjalizującą się w rolach dramatycznych - a tu nagle „Singielka”. „Ja, która grałam Hamleta, miałabym być polską Bridget Jones? W życiu!” - myślałam. Marek jednak naciskał. Poszłam więc na casting z biegu, trochę niedospana, niedoczesana, w ferworze zajęć między dzieckiem a teatrem.

No i okazało się, że to strzał w dziesiątkę.

Widzowie polubili Elkę. Oczywiście zawsze są słowa krytyki, że jest zbyt naiwna, ale tak jest ta postać pisana. Tam, gdzie mogę dać jej coś więcej - daję mój temperament, czasem spieram się, że scena powinna być zagrana ostrzej. Ale nie ja odpowiadam za obraz całości - montaż czy scenariusz. Ja muszę wykonać zadanie. To pewna konwencja i ostateczny efekt jest zawsze kompromisem między tym, co aktor chciałby zagrać, a tym, co jest zapisane w scenariuszu. Cieszy mnie, że dziewczyny, które oglądają serial, często piszą do mnie, że postać Elki daje im pozytywną energię, siłę i wolę działania, jest ludzka i się z nią identyfikują. Dla mnie ważne jest też to, że jestem w tej roli wiarygodna. Ja sama nabrałam takiego bardzo pozytywnego nastawienia do życia. Pewnie dzięki temu, że zostałam mamą.

Ten serial chyba się nie podoba feministkom, bo pokazuje, że współczesna kobieta i tak znajduje spełnienie dopiero, kiedy znajdzie faceta.

Jeśli pyta mnie pan, co osobiście myślę na ten temat, to życzyłabym sobie, aby drugi sezon był dowodem na to, że szczęście kobiety nie zależy tylko od tego, czy znajdzie mężczyznę. Nasze damskie poczucie spełnienia w dużej mierze zależy od nas samych, od naszej samoakceptacji zalet i wad, bez potrzeby przypodobania się mężczyźnie.

Pani jest feministką?

Jak większość współczesnych kobiet. Mężczyzna jest dla mnie przede wszystkim partnerem, rozmówcą, może być przyjacielem. Ale nie uzależniam swojego spełnienia czy szczęścia wyłącznie od niego. Staram się budować i mieć swój własny niezależny świat. Lubię tych mężczyzn, którzy traktują kobiety jak partnerki, doceniają ich niezależność i mądrość, którzy są czuli na kobiecą wrażliwość i sposób patrzenia na świat.

Jednym z reżyserów serialu „Singielka” jest Pani mąż, Łukasz Wiśniewski. Lepiej dogadujecie się Państwo na planie czy jednak w domu?

Łukasz jest jednym z czterech reżyserów, więc nie zawsze pracujemy razem. Na planie dogadujemy się świetnie. Łukasz trzyma się swojej działki, a ja - swojej. Przy tym ufam mu jako reżyserowi, jestem otwarta na jego uwagi i propozycje.

Poznaliście się już w szkole teatralnej. Połączyła Was wspólna pasja?

Z pewnością. Ale też wspólne patrzenie na sztukę. Oboje kochamy teatr, jesteśmy z teatru. A że zaprzedaliśmy duszę diabłu i oboje wylądowaliśmy w serialu, to już inna sprawa.

A czy jest w tym naprawdę coś złego?

Absolutnie nie. Wierzę, że bez względu na to, gdzie się pracuje, trzeba swoją robotę wykonywać uczciwie. Oczywiście, każdy gatunek ma swoje prawa. Czego innego wymaga ode mnie teatr, a czego innego serial. W serialu mniej się ode mnie wymaga pracy artystycznej, a więcej rzemiosła - zagrania precyzyjnie i szybko, bo to jest fabryka. Po drugie: już coś zagrałam w teatrze, zdobyłam kilka nagród za takież role. Nie muszę więc udowadniać, że sprostam. Serial to dla mnie odskocznia i przygoda.

Wracając do męża: wzięliście Państwo ślub w... Tanzanii. Skąd taki ekstrawagancki pomysł?

Z potrzeby serca. Jeździliśmy do Afryki przez wiele lat - i zakochaliśmy się w tym kontynencie. Tam poznaliśmy ojców franciszkanów, którzy prowadzili misję. I właśnie u nich postanowiliśmy się pobrać. Ślub odbył się w kościółku pod Kilimandżaro. Cała wioska była naszymi gośćmi, a świadkami - stolarz Prosper z misji i kucharka Cecylia. Mieszkańcy grali na bębnach, zamiast wesela było ognisko. Pieniądze, które wydalibyśmy na wesele tu w Polsce, podarowaliśmy mieszkańcom wioski.

Pobyt w Afryce ponoć odmienia człowieka z Europy. To prawda?

Afryka to niezwykły kontynent, którego my, Europejczycy, ciągle nie rozumiemy. Widzimy głównie biedę, a przecież ma on niesamowity potencjał, coś co myśmy zatracili przez cywilizację, coś pierwotnie czystego, duchowość. A nasi franciszkanie pokazali nam Afrykę od innej strony. Ten kontynent zmienia hierarchię tego, co w życiu jest naprawdę ważne. Pokochałam Afrykę i mam nadzieję, że do niej wrócę.

Wiele młodych aktorek boi się założyć rodzinę, bo istnieje opinia, że urodzenie dziecka może przekreślić ich szanse na karierę.

Moje doświadczenie jest odwrotne. Aktorstwo to egoistyczny zawód - jesteśmy skupieni na sobie, bo sami sobie jesteśmy instrumentem. Przyglądamy się swojej psychice, wykorzystujemy swoją osobowość do kreowania nieprawdziwych postaci w nieprawdziwym świecie. Żyje się więc trochę w iluzji. Rzeczywistość jest zupełnie gdzie indziej. Nie wyobrażam sobie życia bez córki, bez rodziny, bez prawdziwego życia, zwyczajnej codzienności. Ona daje mi poczucie, że stoję obiema nogami na ziemi, że są w moim życiu wartości nieprzemijalne. Poza tym, bycie z drugim człowiekiem rozwija. Strach przed macierzyństwem jest więc może nieco irracjonalny. Mnie ono tylko posłużyło - nawet w zawodowym wymiarze, bo jestem inna nie tylko jako kobieta, ale też jako aktorka. Dziecko nasyciło mnie kobiecą siłą, pewnością siebie i odwagą. Widzę to po moich koleżankach, które zostały mamami: są piękniejsze, mądrzejsze, silniejsze i nie tracą czasu na głupoty. Macierzyństwo wzbogaca, choć nie jest łatwe.

Ale teraz spędza Pani całe dnie na planie serialu. Dla córki to nie jest trudne?

Mam nadzieję, że bardzo tego nie odczuwa. Ma wspaniałego dziadka, który jest jej „opiekunką”. A wieczorami i w weekendy zawsze jestem z Marianną.

To ze względu na telewizyjne i domowe obowiązki tak mało Pani w celebryckim światku?

Tak. Ale to też świadoma decyzja. Nie czuję się na ściance swobodnie, wydaje mi się, że nie byłabym wiarygodną celebrytką. Poza tym aktorstwo, tak jak je rozumiem, to nie jest tylko show-biznes.

Powiedziała Pani kiedyś, że „najgorsza w tym zawodzie jest niepewność”. Zdarza się, że telefon nie dzwoni przez dłuższy czas?

Kiedyś telefon nie dzwonił przez dwa lata. Mam jednak głębokie przekonanie, że aktorstwo to zawód dla długodystansowców, że nie można o sobie myśleć w perspektywie roku czy jednego projektu. Nie mam też poczucia, że „Singielka” wszystko odmieni w moim zawodowym życiu. Grałam przecież już w kilku serialach, to nie jest moja pierwsza główna rola. I zawsze potem następuje moment ciszy. Taki jest charakter tego zawodu.

A dlaczego teraz mniej Pani w teatrze?

Od roku jestem non stop na planie serialu, więc na chwilę musiałam zawiesić pracę na scenie. Po raz pierwszy w życiu postanowiłam też zrezygnować z „bezpiecznego” etatu w Teatrze Powszechnym w Warszawie, w którym spędziłam 7 lat. Szukam nowych możliwości i nowych wyzwań. Nie jest źle: właśnie dostałam zaproszenie od Michała Żebrowskiego do Teatru 6 Piętro, gdzie w cudownym towarzystwie Cezarego Pazury, Janusza Chabiora, Piotra Głowackiego, Joanny Żółkowskiej, Anny Dereszowskiej, no i oczywiście Michała Żebrowskiego, będziemy pracować nad klasyką rosyjską - „Ożenkiem” Mikołaja Gogola. Ja pojawię się w głównej roli Agafii Tichonownej.