W Indiach leworęczni mają przekichane, w Stanach - ci, co żałują napiwku. W Gruzji nigdy nie wznoś toastu piwem, bo tak się pije tylko za Putina, a na Wyspach Brytyjskich nie pokazuj gestu Solidarności, bo dwa palce znaczą tyle samo co jeden... środkowy.

Jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać tak jak one - ta zasada jest aktualna zwłaszcza w czasie podróżowania, bo czasem jednym błahym gestem można zrazić do siebie gospodarza albo przeciwnie - błędnie oceniając czyjeś intencje, odebrać sobie szansę na fantastyczną przygodę.

Wielu turystów, nie chcąc narażać się na zbyt duże zderzenie kulturowe, wybiera kraje pozornie nie różniące się kulturowo od naszego.

Takim są np. Stany Zjednoczone. Wydawać by się mogło, że Amerykanie są tylko trochę bardziej pewni siebie i że na tym różnice się kończą. Tymczasem wybierając się za wielką wodę, musimy pamiętać, że USA... napiwkami stoi.

- Gdy tam pracowałem, wielokrotnie zwracano mi na to uwagę. Podczas piątkowych spotkań szef podkreślał nawet, że jeśli gdzieś wychodzimy, to reprezentujemy nie tylko siebie, ale jego jako pracodawcę, więc mamy zostawiać napiwki. W Stanach ludzie - jeśli mówimy o barmanach czy kelnerach - zarabiają na tym więcej, niż dostają pensji - opowiada Patryk Szymański, opolski podróżnik, autor poradników o tanim podróżowaniu.

Co ważne, napiwki powinny być zostawiane nie tylko kelnerom, ale też barmanom. Jaka powinna być ich wysokość? Co najmniej 20 proc. wartości zamówienia.

Amerykanie są też bardzo wrażliwi na swoim punkcie. Można to zauważyć zwłaszcza podczas robienia zdjęć w miastach. - Byłem kilka razy zaczepiony i poproszony o usunięcie zdjęcia. W dwóch sytuacjach osoby przeze mnie sfotografowane były nawet agresywne. Tu nie chodzi o to, że ktoś obawia się, że źle wygląda. To raczej kwestia prywatności, która jest czułym punktem Amerykanów - opowiada Patryk Szymański.