Depresja sezonowa jest groźna - mówi dr Michał Skalski, psychiatra z Poradni Leczenia Zaburzeń Snu w Klinice Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego

Rozpoczęła się astronomiczna jesień i sezon na chandry. Czy można je uznać rzeczywiście za realny problem, czy raczej fakt medialny?
Nie, to problem jak najbardziej poważny, a dyskusja wokół niego jest bardzo złożona.

Na czym to złożenie polega?
Zaczyna się już od punktu wyjścia - jak zaawansowana jest taka chandra. Jeśli to zwykłe jesienne przygnębienie, to nie ma powodów do obaw, choć na pewno nie jest to przyjemne przeżycie. I na pewno nie można takiej chandry lekceważyć, bowiem może ona oznaczać, że cierpimy na depresję sezonową. Ale tu pojawia się kolejna wątpliwość: czy należy ją zaliczać do depresji, czy nie.

Psycholog: Depresja może być leczona przez internet

Agencja Informacyjna Polska Press/x-news

Pan do której szkoły się zalicza? Bo wielu psychologów twierdzi, że depresja sezonowa to tylko efektowna nazwa.
Tyle, że psychologowie nie mają w tej sprawie zbyt wiele do powiedzenia. Gdy ona się odzywa, nie jest to efektem żadnych procesów psychologicznych. Tu geny nawalają i zegar biologiczny, nic więcej.

Pan jest psychiatrą - ale ciągle nie wiem, jak odpowiada na wcześniejsze pytanie.
Uważam, że istnieje depresja sezonowa. Odsetek przypadków jej występowania rośnie wraz z szerokością geograficzną. Im bardziej na północ, tym więcej przypadków. Szacuje się, że w Europie Północnej dotyka ona 2 proc. mieszkańców. Skandynawia jest jej liderem.

Wystarczy poczytać tamtejsze kryminały, by się domyśleć, że to chyba ich choroba narodowa.
Nie wiem natomiast jak sytuacja z depresją sezonową wygląda w Stanach Zjednoczonych. Ameryka na granicy z Kanadą to kraj mocno północny, ale brakuje pewnych danych, które pozwoliłyby ocenić skalę zjawiska.

EWA WOYDYŁŁO: JESTEŚMY NARODEM ĆPUNÓW. KONCERNY WMAWIAJĄ NAM CHOROBY I FASZERUJĄ CHEMIĄ

Co to właściwie jest „depresja sezonowa”? Każdy z nas intuicyjnie wyczuwa znaczenie tego terminu, ale lepiej je usłyszeć z ust fachowca.
Generalnie depresję sezonową poznaje się po objawach. Są one mocniejsze niż w przypadku jesiennej chandry. Następuje wyhamowanie zegara. Odczuwamy spadek napędu, pogarsza się nastrój, spada codzienna aktywność, zaczynamy tyć. Ważne, by zapamiętać te objawy, bowiem w depresji sezonowej jest mniej zjawisk, które objawiają się w prawdziwej depresji: bólu, cierpienia. Także takie objawy, jakie przychodzą nam naturalnie na myśl, jak melancholia, głęboki smutek, są rzadsze - najczęstsze to są te objawy czysto fizyczne.

Subiektywne wskaźniki, trudno samodzielnie je odróżnić.
Najłatwiej odróżnić depresję od depresji sezonowej przez poziom senności. W pierwszym przypadku typowa jest bezsenność, natomiast w drugim bardzo wysoka senność. Przy depresji nie możemy zasnąć, gdy dopada nas jesienna chandra, ciągle chce nam się spać. W ten sposób najłatwiej odróżnić oba typy depresji.

Jakieś inne objawy warto mieć na uwadze?
To są naprawdę poważne sprawy, więc lepiej nie bawić się domowego psychiatrę i samemu stawiać diagnoz. Jeśli ktoś się naprawdę źle czuje, na przykład chodzą mu po głowie myśli samobójcze, to lepiej, żeby nie czekał, aż mu przejdą, tylko od razu poszedł do specjalisty.

Depresja sezonowa to termin stosunkowo nowy.
Bez przesady, używa się go od przeszło 30 lat.

W literaturze branżowej. Ja sam wpadłem na niego niedawno temu. Ale nawet 30 lat... Polacy żyją pod naszą szerokością geograficzną lat ponad 1000. Jak to możliwe, że wcześniej problemu nie było, a nagle się pojawił?
Kiedyś ludzie żyli w rytmie zegara słonecznego. Jak była noc polarna, spali po 16 godzin dziennie, a jak był dzień polarny, to spali od trzech do pięciu godzin. Sam jestem ciekawy, co by się działo, gdyby Eskimos przeprowadził się bardziej na południe i zaczął pracować w jakimś supermarkecie, gdzie nie byłoby zimowej przerwy na noc polarną - zakładam, że doświadczyłby tego, co nazywamy depresją sezonową, mimo że nic z jego organizmem złego się nie stało.