Jak pożerający ogień potrzebuję zawłaszczyć teren, w którym się znajdę. W taki sposób robię dokumentację do powieści, w taki sposób też piszę. Powiedziałabym - ostateczny - mówi pisarka Katarzyna Bonda.

Boisz się ognia?
Nie. Boję się wysokości i morskich głębin.

W dzieciństwie byłaś podpalaczką?
(Śmiech). Kobietom to się bardzo rzadko zdarza. Ale jako dziecko zobaczyłam pożar i być może w sposób podprogowy to na mnie podziałało, bo przypominało mi się, kiedy pisałam „Lampiony”. Otóż miałam rodzinę na wsi, u której rzadko bywałam; ale akurat byłam z wizytą przy okazji świąt.

Pamiętam, że była zima. W domu były piece kaflowe. W jednym pokoju załadowano do pieca za dużo opału i piec się rozpękł. Zadymiło się całe pomieszczenie, ale to, co dla mnie było wtedy najstraszniejsze, to ogień, jaki zaczął wychodzić z pieca. To moment, kiedy można zobaczyć, jaki to jest żywioł, jak wielka jest w nim siła i jak bardzo człowiek w jego obliczu jest słaby. Ogień to żarłoczne zwierzę. Wówczas pożar został szybko ugaszony; gorszy był dym, który szybko się rozprzestrzenił po całym mieszkaniu. Dym jest złudny, bo jego można nie czuć, ale ludzie częściej umierają od zaczadzenia, niż od samego ognia. Myślę, że dawniej ludzie, gdy posługiwali się ogniem i wiedzieli, że muszą go utrzymać, aby ugotować na nim strawę, czy się ogrzać, to bardziej go szanowali. Dziś ognia ani nie doceniamy, ani nie traktujemy z należnym mu respektem.

KATARZYNA BONDA: PROFILER TO SUPERBOHATER. WRÓCI NA ŚLĄSK [WYWIAD]

Dlaczego właściwie swoją tetralogię kryminalną zadedykowałaś czterem żywiołom? „Pochłaniacz” poświęcony jest powietrzu, „Okularnik” - ziemi, teraz w wydanych właśnie „Lampionach” mamy ogień. A w ostatniej części o profilerce Saszy Załuskiej ma być woda.
To jest czterotomowa opowieść o Saszy, kobiecie, która miała w życiu określone przejścia, niesie ze sobą konkretny bagaż życiowy. Jeśli po takich doświadczeniach chce się wyjść na prostą, wyjąć te nogi z przysłowiowej kałuży pełnej błota, to nie da się tak od razu wejść do czystego. Trzeba przejść przez cztery żywioły i wynika to z filozofii I Ching, według której taka właśnie jest kolejność: powietrze, ziemia, ogień, woda. Po traumie, jaką przeżyła moja bohaterka, która to trauma jest genezą i de facto będzie rozwiązaniem zagadki w ostatniej części powieści, najpierw musi znaleźć czyste powietrze. W życiu jest podobnie - po każdym krytycznym, szokującym, niebezpiecznym, nieprzyjemnym, czy niekomfortowym wydarzeniu otwieramy okno i musimy uwierzyć, że wyjście na prostą jest możliwe. Piszę o tym między wierszami w opowieści o Saszy w „Pochłaniaczu”. W „Okularniku” pokazuję, że Sasza musi mocno stanąć na ziemi i zmierzyć się z tym, przed czym ucieka. A nie da się twardo stanąć na ziemi, kiedy nie mierzy się z tym, co się w sobie skrywa. Ludzie mają naturalny odruch uciekania od kłopotów. Próbujemy je racjonalizować, umniejszyć tego potwora, którego się lękamy. Dopiero jednak, kiedy stanie się przed lustrem i zobaczy, że to, co się nam przydarza wynika, jak u Saszy, z konkretnych cech i niezałatwionych spraw, postępujemy tak, jak ona w „Okularniku”. Nie powiem jak, bo może ktoś jeszcze nie przeczytał.

Skupmy się na najnowszej Twojej książce, „Lampiony” i na ogniu.
Ogień ma w sobie siłę oczyszczającą. Dopóki nie spali się, nie unicestwi tych wszystkich elementów, które przeszkadzają, również w metaforycznym sensie, ale też emocjonalnym, dopóty zło będzie w nas tkwiło. To ogień może je zniszczyć, sprawić, że wypali się do szczętu. A potem jest woda - która zmywa wszystko i niesie odnowę, ożywienie. Zatem dopiero po przejściu tych czterech żywiołów Sasza może zacząć nowe życie. Wiesz, nikt wcześniej mnie o to nie pytał, nikogo to nie obchodziło. Jesteś pierwsza i to jest piękne, że akurat ty mnie o to pytasz i to zauważyłaś.

Może to będzie niestosowne, bo ledwo co wyszła trzecia część, a ja już dociekam, co będzie w ostatniej, ale może zdradzisz czytelnikom, co przygotowujesz?
Jak wspomniałam - po samospaleniu trzeba się obmyć, wyczyścić, ale niewiele by to dało, gdyby się nie przeszło wcześniej przez żywioł powietrza i nie uwierzyło w to, że świat może być dobry, że kiedy otwierasz okno, to wpuszczasz świeże powietrze do swojego życia. Zachowanie całego cyklu jest konieczne do odrodzenia się na nowo, do zakończenia destrukcyjnego procesu i rozpoczęcia nowego życia, nowego początku. W moich powieściach jeszcze jeden element, bardziej prozaiczny, łatwo zauważalny, czyli ta przestrzeń kryminalistyczna, gdzie przestępstwo łączy się z konkretnym żywiołem. W „Pochłaniaczu” jest kwestia osmologii, w „Okularniku” - ciało jest w ziemi, a jak nie ma ciała, to nie ma zbrodni, w „Lampionach” są pożary i wybuchy. W ostatniej części, zatytułowanej „Czerwony pająk”, jak już powiedziałaś, będzie dominować woda. Wrócę na wybrzeże, akcja będzie się działa w Gdyni i innych nadmorskich miejscach.

Zastanawiam się, czy to, co piszesz, to są tylko kryminały?
To nie są kryminały. Wątek kryminalny jest wiodący, bo ramy gatunku muszą być zachowane, ale wydaje mi się, że trudno moje powieści zaklasyfikować do klasycznego kryminału. Są to po prostu powieści z wątkiem kryminalnym. Jeśli ktoś oczekuje rasowego produktu, to może nie być zadowolony. Ale ja piszę też dla tych ludzi, którzy dostrzegają to, co ty - że jest to opowieść o kobiecie, trochę dziwna, bo rozłożona na cztery części i w każdej z nich istnieje oddzielna przestrzeń. Być może dopiero po zakończeniu będzie można to wszystko znaleźć i połączyć. Na razie prowadzę czytelnika przez kolejne tomy w określony sposób, starając się podrzucać tropy. Wszystkie te tropy, które podrzucam będą wiązały się w „Czerwonym pająku”. Ale, jak już wspomniałam, konkretne przygody bohaterki w konkretnych tomach, służą mi do czegoś innego - do tego, aby ona przeszła ten cykl. Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że ludzie na spotkaniach autorskich, pytają mnie, jak ta Sasza naprawdę wygląda. Bo dałam tylko proste informacje: ma rude, kręcone włosy, piegi, określoną figurę i nie nosi spódnic. I tyle. To czytelnik sobie ją stwarza, to od niego zależy, jaka ona będzie. To jest ta pusta przestrzeń, którą wypełnia sobie czytelnik. O to chodzi. O to walczę.

A Ty wiesz, jak wygląda Sasza Załuska? Ma swój pierwowzór w rzeczywistości?
Wiem dobrze jak wygląda. Ta osoba istnieje fizycznie. I z całą pewnością ją znasz. Kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam, że tak właśnie wygląda Sasza. Nie chodzi o osobowość, o zachowanie, ale Sasza jest skórą z niej zdjętą. Kiedy piszę o Saszy, myślę o tej kobiecie.

Teraz sprawiłaś, że nie zasnę, póki nie odkryję, kim ona jest. Ale wracając do żywiołów: ciekawa jestem, który z żywiołów Ciebie niesie? Przy okazji - choć znamy się wiele lat, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie znam ani dnia, ani miesiąca Twojego urodzenia.
Zdecydowanie mój żywioł to ogień. Urodziłam się 26 sierpnia, ale niespecjalnie wierzę w astrologię. Nie jest tak, że rano nie wstanę z łóżka, póki nie sprawdzę horoskopu (śmiech). Ale jest we mnie żywioł ognia. Zaogniam się bardzo, kiedy dochodzi do konfliktów. Są ludzie, którzy łagodzą ten obszar, a ja mam swoje honorowe zachowania. I potem, też jak ogień, czuję się wypalona. W każdą sprawę angażuję się maksymalnie, nie potrafię funkcjonować na pół gwizdka. Wchodzę najgłębiej, jak to możliwe, wiedząc, że w środku muszę płonąć, musi być we mnie rodzaj fascynacji, przerażenia, to musi być silne połączenie. Inspiracja nie jest tu dobrym słowem. Nie mam zbyt wiele wspólnego z powietrzem, nie bujam w obłokach. Potrzebuję, jak pożerający ogień, zawłaszczać teren, w którym się znajdę. W taki sposób robię dokumentację do powieści, w taki sposób też piszę. Powiedziałabym - w sposób ostateczny.