Wielki przekręt w handlu pieluchami, innymi artykułami sanitarnymi i chemią gospodarczą. Pokrzywdzoną jest znana wrocławska firma sprzedająca przez internet między innymi właśnie te towary. Prokuratura wyliczyła szkodę na przeszło 28 milionów złotych. Do sądu trafił akt oskarżenia w tej sprawie. Zarzuty usłyszało sześć osób. W tym były prezes firmy od handlu internetowego.

Wszystko działo się pomiędzy kwietniem 2014 a marcem 2015. Przekręt wymyślił – zdaniem oskarżenia – Sebastian M. pracownik firmy handlującej w internecie. To on odpowiedzialny był za kupowanie i sprzedawanie takich towarów jak pieluchy.

Mechanizm? Banalny. Kupował towar w firmie, która była oficjalnym dystrybutorem producenta. Potem sprzedawał go swoim znajomym, ale znacznie taniej. Czasem nawet za połowę ceny zakupu.

W efekcie firma zatrudniająca Sebastiana M. traciła potężne pieniądze, on sam i jego znajomi sporo zarabiali. Na rynku zaś pojawił się podejrzanie tani towar. Tańszy niż oficjalne ceny u oficjalnego dystrybutora tego produktu. I to z uwzględnieniem wszystkich możliwych rabatów. Po raz pierwszy tak tanie pieluchy zauważono w maju 2014 roku.

Zdaniem prokuratury w spisku uczestniczył szef Sebastiana, prezes firmy zajmującej się handlem internetowym. On też dostawał tanie pieluchy i sprzedawał je. Za pomocą firmy, która należała do jego narzeczonej. Inni uczestnicy przekrętu zakładali różne firmy tak by ukryć, że tanie pieluchy trafiają tylko do jednego odbiorcy.

Kluczowe dla powodzenia przekrętu było ukrycie faktu, że firma handlowa sprzedaje towar taniej niż cena, za jaką go kupiła. Sebastian M. - przekonywać ma w sądzie oskarżenie - wymyślił jak to ukryć. Fałszował księgowe zapisy w systemie komputerowym firmy. Fikcyjnie zwiększał ilość kupionych produktów. Przykładowo jeśli kupił 100 sztuk po 10 złotych to w systemie księgowym zapisywał 200 po 5 złotych. Suma jaką zapłacił dostawcy – 1000 zł – zgadzała się.

Mówimy o firmie zajmującej się handlem w internecie. Tu nikt nie ma żadnych magazynów, do których wjeżdżały pieluchy. Do odbiorcy trafiały bezpośrednio z hurtowni – od dystrybutora produktu. W pokrzywdzonej przekrętem firmie był tylko „wirtualny magazyn”. W internetowym systemie zapisywano ile, jakich produktów kupiono i sprzedano. Jeśli wierzyć ustaleniom śledztwa to ten właśnie „wirtualny magazyn” zgubił Sebastiana i jego szajkę.

A wszystko dzięki lojalnemu pracownikowi firmy handlującej w internecie. Zwrócił uwagę na „wirtualny magazyn” z pieluchami. Zauważył niesprzedany towar wart miliony złotych. Zainteresował się tym, zgłosił przełożonym. Tak cała historia zaczynała wychodzić na jaw. Sebastian M. nie miał jak „sprzedać” towaru z owego magazynu. Bo on nie istniał naprawdę. Był fikcyjny.

Z lektury aktu oskarżenia wynika, że uczestnicy przekrętu – ci którzy kupowali towar po zaniżonych cenach – zaczęli pozbywać się własnego majątku. Gdy tylko okazało się, że afera wyszła na jaw.

Główny oskarżony Sebastian M. przyznał się do oszustwa i – jak napisał prokurator w akcie oskarżenia - „złożył obszerne wyjaśnienia”. Nie przyznał się do drugiego z – postawionych mu – zarzutów czyli prania brudnych pieniędzy. Owe „brudne pieniądze” to właśnie zyski z przestępczego – jak chce oskarżenie – procederu. Do zarzutów nie przyznał się prezes – dziś już były prezes - firmy sprzedającej towary w internecie. Przekonywał na przesłuchaniach, że nie wiedział jakoby uczestniczył w przestępstwie. Prokurator będzie przekonywał sąd, że prezes nie ma racji, że o wszystkim świetnie wiedział i zarabiał na oszukiwaniu firmy, którą powinien był rzetelnie zarządzać.