Drożdże, lokomotywy i ludzie. Dlatego należy zacząć inaczej niż od listy grzechów głównych, które zresztą przypisać można każdej długości i szerokości geograficznej.

Bo na Podlasiu mamy najbardziej dynamiczną, nowoczesną branżę mleczarską. A na mleku Łaciatym i wiejskim serku się nie kończy. Niewielu wie, że w Augustowie działają nowoczesne stocznie jachtowe dla zagranicznych klientów. A jeszcze mniejsza Narew, położona na skraju Puszczy Białowieskiej, słynie nie tylko z urodziwych i skutecznych w obronie i ataku siatkarek, ale przede wszystkim z ciągników, przyczep i sprzętu rolniczego, który tamtejszy Pronar wysyła na cały świat.

Zaścianki, nie zaścianek Podbiałostockie Zaścianki z zaściankiem mają niewiele wspólnego. Przynajmniej, od kiedy kilkanaście lat temu, uczynił je swoją siedzibą Adampol. Na początku ta firma transportowa woziła po kilkaset samochodów miesięcznie. W tym roku ich liczba sięgnie 750 tysięcy sztuk. Podbili rynek rosyjski, ale trafiają praktycznie do wszystkich krajów Europy i Azji. Po przejęciu przez CEDC (głównego akcjonariusza białostockiego Polmosu) rosyjskiej wytwórni wódek Parlament, nasza Żubrówka zaatakuje wschodni rynek. Mleko i jego pochodne idą do krajów arabskich i afrykańskich, a mięso do Korei. Suwalski Mispol wysyła swoje pasztety nie tylko do Rosji, ale i Japonii i Korei Płd. Białostocki Promotech dostarcza maszyny i urządzenia do fabryk w Dubaju i Kazachstanie, które zajmują się produkcją konstrukcji stalowych hal. Magnes na firmy Takich firm przybywa, również z kapitałem zagranicznym. Podbiałostockie gminy, zwłaszcza te, które nie ociągały się z przygotowaniem terenów, puchną od inwestycji. BOS, Caterpillar, firmy spedycyjne i sieci hurtowni usadowiły się przy „ósemce”, która sama w sobie powodem do dumy nie jest, ale w robieniu interesów, jak widać, nie przeszkadza. A naszym ta rywalizacja z przyczółkami wielkich korporacji wychodzi całkiem nieźle. Konkurencja zachodnich supermarketów, które en masse pojawiły się w stolicy województwa nie do poznania zmieniła choćby naszych spółdzielców. Relikt minionych czasów, za jaki niektórzy uważali białostocką PSS Społem, przeszedł gruntowną operację – nie tylko kosmetyczną – i wykroił sobie całkiem spory kawałek tortu na rynku, wydawałoby się, szybko i definitywnie podzielonym między Auchan, Real i Carrefour. Tu się opłaca Przy zmianach, jakie zaszły w białostockim handlu warto zresztą zatrzymać się nieco dłużej. Bo to lekcja, której i nasi przedsiębiorcy, i władze, zapomnieć nie powinni: Przez lata w mieście było jedno centrum handlowe z prawdziwego zdarzenia. Powód do zażenowania raczej niż chlubny przykład wsparcia lokalnych tradycji handlowych – gdzieś coś zazgrzytało na styku polityki i biznesu. Teraz mamy pięć, kolejne w budowie, a ich rozwój niesie za sobą nowe drogi, obwodnice, miejsca pracy. Wystarczyło inwestorom dać czytelny sygnał, że tu się opłaca robić interesy. A że przedsiębiorcy to ludzie pragmatyczni do znudzenia i raczej mało skłonni do ulegania stereotypom, to resztę skalkulowali sobie sami. I wyszło na to, że warto. Podobny efekt przyniosły projekty w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego – jeden dotyczy białostockiej podstrefy Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, drugi to park technologiczny – to działania, które mają być „gotowcami” dla inwestorów. I ta strategia – biorąc choćby strefę za przykład – jak na razie się sprawdza. W jej trzech centrach przemysłowych funkcjonuje ponad 50 firm. Obecny jest m.in. kapitał niemiecki, szwajcarski, francuski i tajwański. Kupą, mości panowie – By nasze firmy lepiej radziły sobie z konkurencją, potrzebują wsparcia nauki, władzy i otoczenia biznesowego – tę mantrę od dawna już powtarzali i białostoccy przedsiębiorcy, i akademicy. Litania trafiła w końcu pod właściwy adres, bo działają już klastry: spożywczy, drzewny, piekarniczy, maszynowo-mechaniczny, bieliźniarski, turystyczny, mleczny, producentów jachtów i obróbki metali. Zanosi się na jeszcze więcej tego typu zrzeszeń, w których przedsiębiorstwa współpracują i współzawodniczą jednocześnie, żeby stworzyć silną konkurencję na rynku. Polska B. Niedoinwestowany, zdominowany przez rolnictwo – i to zacofane rolnictwo – region. Słabo wykształceni ludzie. Konflikty i awantury. Nie tylko z ekologią w tle. Tak nas widzą i tak o nas piszą. Czy słusznie? Chyba nie do końca, bo chociaż sen o podlaskiej Dolinie Krzemowej mamy już za sobą, to wielu doceniło nasz potencjał. A inwestorzy, którzy tu trafili, znaleźli społeczność, która ma dużo do zaoferowania. Czy z tej mąki będzie chleb? Prasa pisała niedawno, że w 2015 roku nasz poziom zamożności wzrośnie o połowę, w porównaniu do 2005 roku. Średnio i statystycznie, bo wychodzi na to, że bogaci wzbogacą się jeszcze bardziej, a biednym przybędzie tylko dystansu do nadrobienia. To na szczęście tyko prognozy. I wcale nie muszą się sprawdzić. Bo nie tylko motywacji i chęci do zmian nam nie brakuje. Liczymy przede wszystkim na siebie, ale i potrafimy korzystać z europejskiej polityki wyrównywania szans. Gdy śpiący się zbudzi Nasi przedsiębiorcy świetnie wykorzystali fundusze z unijnej kasy. Z samych dotacji zainwestowali ponad 130 mln złotych. Łącznie z inwestycjami w nieruchomości kilka tysięcy podlaskich firm uruchomiło miliardowy kapitał. Podobnie jak prawie miliard – euro tym razem – do wydania w najbliższych latach w ramach regionalnego programu operacyjnego i wsparcia dla Ściany Wschodniej. Taki zastrzyk do załatania dziur w jezdniach wystarczy, a do wsparcia kapitału społecznego, aktywności i przedsiębiorczości nie trzeba nam wcale wiele. Bo kreatywność nie kończy się na linii Wisły. Będziemy więc wypadać w rankingach coraz lepiej. Małe nasycenie inwestycji sprawia, że zostaje sporo miejsca dla nowych inicjatyw. Możemy bowiem zaoferować dobre warunki i przyjazne otoczenie dla biznesu. No i nie wolno zapomnieć, że do wschodnich rynków z Podlasia najbliżej.