Rosyjskie embargo na polskie owoce i warzywa to cios dla polskich rolników i sadowników. Nawet ci, którzy nie eksportowali ich bezpośrednio naWschód, już liczą straty. Ilość jabłek, które trafią jesienią na nasz rynek, drastycznie obniży ich ceny. Sadownicy mówią, że owoców nawet nie opłaca się zbierać.

O unijne rekompensaty na całym Dolnym Śląsku wystąpiło jedynie 7 producentów. Dwa wnioski pochodziły z dawnego województwa wrocławskiego – oba z powiatu trzebnickiego.
Teraz na decyzję czekają m.in. Sady Trzebnickie. Na cele charytatywne przekazały około 70 ton jabłek. Trafiły do Banku Żywności we Wrocławiu.

– Część zbiorów co roku wysyłamy do banku, bez względu na embargo. Ale rzeczywiście, w tym roku wysłaliśmy ich zdecydowanie więcej – mówi Jerzy Ciołkowski, prezes Sadów Trzebnica S.A. Rocznie sprzedaje około 3 tysięcy ton jabłek.

Skarbiec w banku pełny
Przekazywane do Banku Żywności we Wrocławiu przy ul. Rogowskiej 117d owoce i warzywa trafiają później do fundacji, stowarzyszeń zajmujących się pomocą potrzebującym, do schronisk dla bezdomnych i jadłodajni.
– W ostatnim czasie otrzymaliśmy ponad 100 ton warzyw i owoców. Nie tylko jabłek, ale również marchew i kapustę, także spoza Dolnego Śląska – mówi Alicja Abkowicz z Banku Żywności we Wrocławiu.
Czy przyjmą więcej? Abkowicz zwraca uwagę, że cały magazyn nie może zostać wypełniony przez jabłka. – Warto do nas zadzwonić i uzgodnić rodzaj pomocy – dodaje. Telefon do banku to 71-758-03-05.
Dlaczego nie wszyscy sadownicy złożyli wnioski o pomoc unijną? Jak dowiedzieliśmy się we wrocławskim oddziale Agencji Rynku Rolnego, trzeba było złożyć powiadomienie, przekazać odpowiednio opakowane i oznakowane owoce do zatwierdzonych organizacji i z pozytywnym wynikiem kontroli złożyć wniosek do 15 października.

Wpuszczą dzieci do sadu?
Szkoda, żeby owoce gniły na drzewach, skoro mogą przydać się potrzebującym. Sadownicy zwracają jednak uwagę, że ich zebranie, zapakowanie i transport do Banku Żywności lub domu dziecka to również koszty. Czyli dodatkowe obciążenie, gdy już i tak są pod kreską
A gdyby tak to dzieci chciały przyjechać i zebrać owoce, które później zjedzą? – Jesteśmy otwarci na rozmowę o takiej formie pomocy – mówi Mieczysław Ziętek.  Ale mówi też o drugiej stronie medalu. Bo o ile sadownik nie poniesie kosztów transportu, to nawet w wypadku takiej pracy trzeba dostarczyć sprzęt do przeprowadzenia zbiorów, zapewnić dozór, żeby nic się nie stało.
– Niestety, same dobre chęci nie wystarczą – mówi.