Rzesza ludzi, którzy w wyniku błędów urzędników czy prawników musieli zamknąć biznesy, którym złamano kariery i zniszczono zdrowie, jest wciąż zbyt liczna.

Gdy zawiązane w marcu stowarzyszenie Niepokonani 2012, zrzeszające osoby pokrzywdzone przez instytucje państwowe, ogłosiło chęć organizacji ogólnopolskiego zjazdu, liczba zgłoszeń zaczęła rosnąć tak szybko, że konieczne okazało się wynajęcie liczącej trzy tysiące miejsc Sali Kongresowej w Warszawie.

OBYWATEL, CZYLI PODEJRZANY

- Chcąc rozliczyć się z podatku dochodowego, musimy składać „zeznanie PIT-ileś tam”, a nie zwykłą informację.

To dowodzi, że z zasady każdy z nas jest podejrzany - mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. - Państwo doskonale wie od pracodawców, gdzie i ile każdy z nas zarabia, ale mimo to każe nam składać te zeznania, a za najdrobniejszy, nawet nieumyślny, błąd grozi surowa, liczona w setkach lub tysiącach złotych, kara.

Z ZUS-em wcale nie jest inaczej. Chociaż oddajemy mu lwią część każdej zarobionej kwoty, chcąc uzyskać emeryturę i tak na własną rękę i koszt musimy zbierać dokumenty potwierdzające - gdzie, jak długo i za ile pracowaliśmy. Jeśli dokumenty zaginą lub z innego powodu nie mamy do nich dostępu, oznacza to, że emerytura będzie niższa. Fakt, że opłacaliśmy składki, co było przecież księgowane, nie ma żadnego znaczenia, liczy się papier, którego instytucja zagarniająca przez całe życie nasze pieniądze nie czuje się w obowiązku wytworzyć ani zarchiwizować.

- Dlatego ZUS, wbrew oficjalnej nazwie, to Zakład Utylizacji Szmalu. Jak w modlitwie: owoc żywota twojego je ZUS - mówi z kwaśnym uśmiechem Janusz z Kędzierzyna-Koźla, jeden z tysięcy Polaków, którzy przenieśli swoje firmy do Wielkiej Brytanii. Fikcyjnie, tylko po to, by uciec przed pazernością państwa. Janusz świadczy usługi w branży rozrywkowej: wraz ze swoim zespołem gra na weselach. Nie chce podawać nazwiska, bo boi się, że jak „hieny” (tak nazywa polskich urzędników - red,) go nakryją, przypłaci to surowymi konsekwencjami. - Formalnie firmę mam w Anglii, czasami zagram tam na jakiejś imprezce i nasz ZUS może mi skoczyć - mówi.

JAK ZA CARA

- Od roku obowiązuje ustawa, która pozwala - zamiast zaświadczeń o niezaleganiu z podatkami i składkami na ZUS - składać zwykłe pisemne oświadczenia. Ale niech ktoś spróbuje dołączyć oświadczenie do dokumentacji, gdy ubiega się o udział w przetargu. Jak paniusia zza biurka powie, że ma być zaświadczenie z urzędową pieczęcią i podpisem, możesz tylko podkulić ogon i pokornie wykonać jej polecenie. Albo pożegnaj się z nadzieją na zarobek - mówi Zbigniew Żyromski, przedsiębiorca budowlany ze Śląska, który o kontrakty dla swojej firmy walczy od Katowic po Wrocław. - Urzędnicze „nie, bo nie” znaczy u nas więcej niż najgrubsza ustawa - dodaje.

Młodzi urzędnicy, nawet ci po najlepszych uczelniach, szybko przesiąkają zgnilizną doświadczenia starszych przełożonych. We współczesnej Polsce spierają się teraz dwa style urzędnicze: przyjazny obywatelowi (wciąż w mniejszości) i znany głównie na Wschodzie model dający urzędnikowi możliwość swobodnego interpretowania przepisów.

NOWY TOTALITARYZM

Demokratyczna Polska w marzeniach tych, którzy walczyli o nią za komuny, miała być krajem wolności i rajem dla ludzi przedsiębiorczych. Tak było tylko przez chwilę.

W 1988 roku rząd Mieczysława Rakowskiego wprowadził ustawę o wolności gospodarczej. Prostą, przejrzystą i bazującą na zasadzie „co nie jest zabronione, jest dozwolone”. Po 24 latach nieustannego dopisywania paragrafów mówiących, czego nam nie wolno, na co potrzeba koncesji, a na co zezwolenia, tworzenia setek restrykcyjnych ustaw i kontrolujących realizację tych ustaw inspekcji efekt jest taki, że ponownie żyjemy w państwie urzędniczego dyktatu.

- Kilka lat przed śmiercią Jan Paweł II powiedział, że tworzymy tak bezmierną ilość przepisów regulujących niemal każdą dziedzinę ludzkiej aktywności, że niedługo pod piękną nazwą „demokracja” wyhodujemy sobie kolejny totalitaryzm - analizuje Roman Kluska, przedsiębiorca, którego państwo niemal zniszczyło, chociaż produkcję, eksport i import komputerów marki Optimus, którą sam stworzył, prowadził w zgodzie z zawiłymi przepisami.

Kluska w minionej dekadzie był symbolem bezprawia, jakiego urzędnicy dopuszczali się na obywatelach, niszcząc ich wysiłek, dorobek i rujnując życie osobiste. Później politycy chętnie robili sobie zdjęcia z byłym szefem Optimusa, chcąc zaprezentować się w piórkach obrońców praworządności i obiecując wykarczowanie biurokratycznych patologii. Na obietnicach się skończyło.

A MASZ, PRYWACIARZU!

Jednym z drastyczniejszych przykładów działania wszechwładnego państwa jest Edward Marciniak, producent samochodowego płynu do spryskiwaczy.

Robi się go z koncentratu, czyli skażonego alkoholu. Marciniak kupował koncentrat na Wschodzie, bo tam taniej, i tranzytem woził do Niemiec. Odbiorca płynu zgłaszał go niemieckim urzędnikom, a ci po badaniach wystawiali certyfikat, potwierdzający, że w cysternach rzeczywiście jest alkohol przemysłowy. Od tej chwili na mocy unijnych przepisów towarem można było obracać na terenie całej Unii Europejskiej, transport wracał zatem do Skorogoszczy pod Brzegiem, gdzie mieści się firma pana Edwarda, a tam przerabiany był na pożądany przez kierowców płyn.

- W czerwcu 2008 roku niespodziewanie celnicy w Zgorzelcu zatrzymali sześć moich cystern z towarem wartym pół miliona zł - opowiada Edward Marciniak. - Sprawę nagłośniono w mediach, bo granice były już zlikwidowane, więc służby celne przedstawiły akcję jako wielki sukces swojej lotnej brygady. Mówiła o tym telewizja, pisały gazety.

Wydźwięk informacji był jednoznaczny: wielka kontrabanda wódy bez akcyzy znalazła się w rękach naszych dzielnych celników. Marciniakowi na 14 miesięcy zarekwirowano cysterny i z dnia na dzień naliczono akcyzę w wysokości 6,5 mln zł. Kwota w wyniku twórczej działalności urzędników szybko wzrosła do 38 milionów, a przedsiębiorca był na skraju obłędu. Żył w takim napięciu, że ze strachu przed urzędnikami i policją, która jak wiadomo przychodzi o szóstej rano, przed świtem uciekał z własnego domu.

Kilka dni po zarekwirowaniu cystern ekspertyza wykazała, że jest w nich rzeczywiście alkohol przemysłowy, skażony według unijnych norm. Ale celnicy w ciągu kolejnego roku poddali płyn jeszcze 13 innym badaniom, mimo że wynik za każdym razem był identyczny.

W końcu sprawę przeciw Marciniakowi umorzono, ale nikt z izby celnej nie pomyślał nawet, by chociaż półgębkiem powiedzieć przedsiębiorcy przepraszam.

JAK ZUS ZAŁATWIŁ IVETT

Edward Marciniak o mało nie postradał zmysłów, ale ocalił firmę. Iwona Świetlik z Rawy Mazowieckiej straciła wszystko: zakład, kilkanaście sklepów, a nawet dom. Pani Iwona była właścicielką znanej firmy odzieżowej Ivett i sprzedawała swoje ciuchy w Polsce oraz za granicą. Marka była znana tysiącom klientów, a także kibicom siatkówki, gdyż zatrudniający 60 osób Ivett kilka lat temu należał do tytularnych sponsorów renomowanego klubu z Jastrzębia. W 2008 roku w firmę uderzył kryzys, rok później zaczęły się zaległości wobec ZUS-u i skarbówki. Iwona Świetlik była jednak dobrej myśli, gdyż właśnie negocjowała lukratywny kontrakt na dostawę dużej partii odzieży do Skandynawii. I w tym momencie zabrał się za nią ZUS.

Z powodu zaległości sięgających 270 tys. zł urzędnicy zażądali od sądu ogłoszenia upadłości Ivettu. I to pomimo, że dług wobec państwowego molocha był zabezpieczony hipoteką działki inwestycyjnej o wartości 1,9 mln zł. Przed wyznaczoną na kwiecień 2010 roku rozprawą pani Świetlik wpłaciła do ZUS-u 80 tys. zł, redukując dług do 190 tys., czyli jednej dziesiątej wartości zabezpieczenia. Mimo to sąd w Łodzi ogłosił upadłość firmy, odwołania nic nie dały, a kilka dni po uprawomocnieniu wyroku do domu pani Iwony wszedł syndyk i zabrał jej wszystko, na co pracowała przez 30 lat prowadzenia biznesu. Kobieta z dnia na dzień straciła majątek wart 10 mln zł.
NIEPOKONANY

- Nie może być tak, że urzędnicy działający na zlecenie państwa niszczą życie normalnym ludziom. Ale tak w Polsce jest - mówi Krzysztof Stańko, właściciel ośrodka wypoczynkowego Kormoran w Turawie pod Opolem. Dramat Stańki zaczął się, gdy skruszony gangster Maciej B., ps. „Gruby”, postanowił uzyskać status świadka koronnego. Żeby osiągnąć cel, musiał poinformować prokuraturę o poważnych przestępstwach, o których organy ścigania wcześniej nie miały wiedzy. Zmyślił więc historyjkę o tym, że Stańko, u którego w ośrodku „Gruby” był kilka razy na rybach, w kuchni produkuje duże ilości amfetaminy, które łódką wywozi do domku na wyspie pośrodku Jeziora Turawskiego.

Ani jeden wątek tej opowieści nie trzymał się kupy: policyjni specjaliści nie wykryli najmniejszych śladów narkotyków w kuchni Krzysztofa Stańki, a na jeziorze, przy którym stoi jego ośrodek, nigdy nie było żadnej wyspy. Dla prokuratora Romana Pietrzaka z Katowic nie miało to jednak żadnego znaczenia. Ślepo zawierzył gangsterowi i bez trudu przekonał sąd do zamknięcia Stańki w areszcie. Gdy tymczasowe zapuszkowanie przedsiębiorcy dobiegało końca, Pietrzak składał wniosek o przedłużenie aresztu, a sądy bez mrugnięcia okiem realizowały wnioski prokuratora.
- Spędziłem za kratami łącznie 27 miesięcy - opowiada Stańko.

Gdy wyszedł - wyglądał, jakby wrócił z Auschwitz. Na początku maja Krzysztof Stańko, po dziesięcioletniej gehennie, został prawomocnie uniewinniony. Nie potwierdził się nawet cień zarzutów stawianych mu przez prokuratora. „Gruby” zresztą teraz siedzi, bo widząc, jak łatwo owinął sobie wokół palca śledczego z Katowic, postanowił zmyślać kolejne historie i obciążać niewinnych ludzi. Potem przez swoich kompanów proponował swoim ofiarom odwołanie zeznań w zamian za duże sumy pieniędzy. Zabawa skończyła się, gdy jedna z rodzin wynajęła detektywa Krzysztofa Rutkowskiego, który przyłapał szantażystę i jego współpracowników na gorącym uczynku.