Zgłoszenie zamiast zezwolenia na budowę? Pewnie już niedługo. Architekci przestrzegają jednak przed nadmiernym optymizmem. Zezwolenie czy zgłoszenie - i tak trzeba mieć szczegółowy projekt.

Sejmowa komisja będzie pracować nad rządowym projektem nowelizacji Prawa budowlanego. Założenie jest takie, że przejście procedury związanej z rozpoczęciem inwestycji nie będzie już drogą przez mękę. Ma temu sprzyjać zniesienie wymogu uzyskania pozwolenia na budowę. Wystarczy zgłosić jej zamiar do wydziału architektury starostwa czy miasta. Jeśli urzędnik w ciągu miesiąca nie wniesie zastrzeżeń, inwestor będzie miał otwartą drogę do rozpoczęcia budowy.

Nie za blisko sąsiada

Z uproszczonej procedury będą mogli skorzystać planujący budowę domów jednorodzinnych, ale nie wszyscy. Warunek: inwestycja nie może naruszać praw właścicieli sąsiednich nieruchomości, np. dom nie może stanąć za blisko sąsiada, bo wtedy urzędnik zakwestionuje zgłoszenie.

Zniesienie pozwoleń pozytywnie ocenia Krzysztof Piątek, naczelnik wydziału inspekcji i kontroli Wojewódzkiego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Rzeszowie. Jego zdaniem, nowy tryb  ułatwiłby rozpoczynanie wielu inwestycji. - Teraz urząd ma 65 dni na wydanie pozwolenia. Musi wszcząć postępowanie, zawiadomić sąsiadów, a potem jeszcze decyzja musi się uprawomocnić. Bywa że czas oczekiwania rozciąga się nawet do 3 miesięcy. Tymczasem wiele osób dysponuje dużymi działkami, na których budowa domu z niczym nie koliduje. Nie ma sensu, by czekali w kolejce razem ze skomplikowanymi inwestycjami - przekonuje.

4 miesiące czekania

Łucja Miśko kończy właśnie budowę domu w Moderówce w pow. krośnieńskim. - Bardzo długo trwało zdobycie wszystkich wymaganych dokumentów. Np. cztery miesiące czekałam na uzyskanie warunków zabudowy. Do tego uzgodnienia w energetyce, gazownictwie oraz drogownictwie. Na szczęście, mogłam liczyć na fachową pomoc naszego architekta. Przygotowanie projektu było czasochłonne, ale z samym uzyskaniem zgody ze starostwa poszło już łatwo. Dostałam je w kilka dni - opowiada Miśko.

Bez  entuzjazmu

Piątek podkreśla, że duża odpowiedzialność spadnie na projektantów. Jeśli coś przeoczą albo popełnią błąd - konsekwencją może być kontrola na budowie i kary dla inwestorów. Dlatego architekci sceptycznie podchodzą do proponowanych zmian w prawie. -  Zapowiedzi polityków brzmią pięknie i ludziom się wydaje, że będą mogli stawiać domy, nikogo nie pytając - mówi architekt Paweł Ungeheuer. - A to nie tak. Nadal trzeba będzie przedstawiać opasłą dokumentację projektową, uwzględniającą wszelkie wymagania.

Witold Żukowski, architekt, który kilka lat pracował w biurze projektowym w Anglii, zwraca uwagę, że budujący, chcąc obniżyć koszty, będą  szukać tanich rozwiązań. - Na Wyspach można samemu zrobić rysunek domu i na tej podstawie dostać zgodę. W trakcie budowy pojawiają się problemy techniczne i ostatecznie wychodzi drożej.