Nie da się ukryć, że rozgrywany od 1977 roku Rajd Dakar jest imprezą bardzo komercyjną. Wydane pieniądze muszą się nie tylko zwrócić, ale trzeba na tym interesie także zarobić. A zarobić chce każdy i ten mały i ten duży.

Pierwszy przykład miałem zaraz po przylocie, kiedy kierowca autobusu wiozącego grupę dziennikarzy do hotelu, chciał od każdego "co łaska". Znacznie pazerni są organizatorzy. Za dwutygodniowe łącze internetowe trzeba zapłacić aż... 2 tysiące. euro. Można też wypożyczyć skuter, którym łatwiej poruszać się po parku maszyn, ale na to też trzeba wydać nie małą kwotę. Skoro jest tak drogo, to wydawać by się mogło, że wszystko powinno być przygotowane perfekcyjnie i do niczego nie powinno się przyczepić.

Powinno, ale nie jest. Na ogół Dakar opanował bałagan i chaos. Południowa maniana. Od choćby przeloty z jednego biwaku na drugi. Zaplanowany po pierwszym etapie wyjazd z Villa Carlos Paz na 3 w nocy, opóźnił się o... 8 godzin. Zdarza się także, że z dnia na dzień zmieniana jest trasa. To stanowi utrudnienie dla zawodników, którzy szybko muszą wprowadzić zmiany do swoich roadbook'ów. I przy tym muszą uważąć, bo za każde przekroczenie prędkości na "dojazdówkach" , tak jak w przepisach ruchu drogowego otrzymują mandaty i punkty karne. A po przekroczeniu limitu kierowca możę być wykluczony z rajdu...

Zawodnicy poczuli moc

Dakar wreszcie ruszył na dobre. Po prologu i anulowanym 1. etapie dakarowa karawana ruszyła ostro w stronę Andów. Kiedy zawodnicy opuszczali ośrodek dla rugbystów Villa Carlos Paz niebie wisiały nad nim ciemne chmury. Nie wróżyło to niczego dobrego, zwłaszcza po tym co się wydarzyło na poprzednim etapie. - To był koszmar, takiej ulewy jeszcze nie przeżyłem - relacjonował Rafał Sonik. - A do tego wiatr. Jak zobaczyłem nade mną helikopter, to gdybym był w środku, to miałbym pełne portki - obrazowo opisywał warunki na wczorajszym etapie krakowianin. W obawie przed kolejnymi ulewami organizatorzy przesunęli start o ponad godzinę. Skrócili także odcinek specjalny. Niepotrzebnie, bo po przejechaniu kilku kilometrów zza chmur wyjrzało słońce i etap kończył się już w upale. Trasa nie była trudna, bez pułapek nawigacyjnych, ale wymagająca. - I niebezpieczna - dodaje lider po prologu Joan Barreda Bort. - Głównie z powodu zwierząt które biegały przy trasie, trzeba było bardzo uważać. Zawodnicy wreszcie poczuli moc pod pedałem z gazem. Prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Dobrze na trasie wypadli kierowcy Orlen Teamu, choć z pewnością mają jeszcze luzy i pokażą to na następnych etapach. Najszybciej poniedziałkowy odcinek pokonał Francuz Sebastian Loeb, który wyprzedził drugiego Stephana Peterhansela z Francji o ponad dwie minuty. Pierwszy z Polaków do mety na 15 miejscu dojechał Adam Małysz, tuż za nim był Jakub Przygoński, a Marek Dąbrowski ukończył etap na 24 miejscu. Nie martwił się szóstym miejsce Rafał Sonik i zapowiada, że to dopiero pierwsze "koty za płoty". - Nie można wszystkiego pokazać od początku, to co dobre zostawiam sobie na potem - śmiał się triumfator sprzed roku. Widać było jednak, że etap dla niego nie był łatwy. Znowu brawurowo pojechał jego najgroźniejszy rywal do zwycięstwa Chilijczyk Ignacio Casale. Triumfator Dakaru w 2014 roku może na trasie liczyć na wsparcie swoich kibiców. Chile wycofało się z organizacji rajdu, ale jego fani mają nadzieje, że to nie przeszkodzi Casale znowu stanąć na najwyższym miejscu podium. Wczorajszy etap miał metę w Termas de Rio Hondo, na torze który co prawda nie gościł Formuły 1, ale rozgrywano tam zawody Formuły Renault. Zaprojektowany przez Włocha Jarno Zaffelliego ma homologację FIM i FIA. Obok głównej trybuny znajduje się MotoMuzeum.