Zapytaliśmy o to Marka Lewandowskiego z "Solidarności" oraz Jeremiego Mordasewicza z Lewiatana.

Marek Lewandowski: rzecznik prasowy NSZZ "Solidarność":

d
(FOT. NSZZ "Solidarność") 

- Protestują pielęgniarki, wcześniej to byli jeszcze między innymi nauczyciele i górnicy. Kto następny?

- Na pielęgniarkach na pewno się nie skończy, ponieważ w naszym kraju nie prowadzi się dialogu z ludźmi.

Pracownicy zgłaszają swoje problemy zanim wyjdą na ulicę.żą się na przykład, że za dużo się od nich wymaga, a za mało zarabiają. Często brakuje im pieniędzy na podstawowe potrzeby. Problem w tym, że nikt nie chce ich słuchać. To nie są protesty przeciwko firmom, w których są zatrudnieni, ale skierowane do polityków. Czas, by wreszcie zrozumieli, że obywatelom naprawdę dzieje się krzywda. Szczególnie od czasu, gdy wprowadzono elastyczne formy zatrudnienia. Zezwalają na poniżające warunki pracy.

Zatrudnieni w prywatnym sektorze też są przepracowani, wielu haruje za najniższą krajową pensję. Niektórzy są zmuszeni zarabiać nawet bez umowy. Jednak oni nie protestują.

- W wielu prywatnych firmach, a już na pewno w tych najmniejszych, nie ma związków zawodowych, które by reprezentowały interesy takich osób. Nie są to również tak reprezentatywne grupy, jak pielęgniarki czy nauczyciele. Im łatwiej zrzeszyć się i wyjść na ulicę. Trudno, by taki protest odbył się na przykład z udziałem jedynej zatrudnionej w butiku na umowę-zlecenie. Pamiętajmy, że dzięki dużym grupom, które głośno pokazują swoje niezadowolenie, korzystają również pracownicy prywatnych firm. Manifestacje dotyczą przecież choćby "śmieciówek", które są także ich problemem.  
 
Jeremi Mordasewicz: ekspert Konfederacji Lewiatan

f

(FOT. KONFEDERACJA LEWIATAN)

Manifestuje sfera budżetowa, a pracownicy prywatnych firm milczą. Dlaczego?
Okres przedwyborczy zawsze sprzyja organizacji protestów. To dobra okazja, by wywrzeć presję na polityków. Ciekawe rzeczy więc jeszcze przed nami. Pracownicy prywatnego sektora są w innej sytuacji. Niewiele mogą sobie "wystrajkować". Ich wynagrodzenia są ściśle związane z wynikami firm i wydajnością pracy. W ciągu ostatnich dziesięciu lat pensje urosły o 30 proc., podobnie jak wydajność pracy w Polsce. Tymczasem w górnictwie poszły w górę aż o 60 proc., czyli powyżej wydajności. Doprowadziło to do upadku niektórych kopalń. Przedsiębiorcy nie mogą liczyć na pomoc państwa. Muszą na siebie, więc płacą, ile mogą. Gdy w grę wchodzi ekonomia, strajki w niczym nie pomogą. Dobrze, że pracownicy mają tego świadomość.

Państwo nie dopłaci także do ich emerytur, jak to robi choćby w przypadku górników.

W przypadku górników to jest aż 15 mld zł rocznie. Ich składki z pracy nie pokrywają nawet połowy emerytur, którą otrzymują przechodząc na nie średnio w wieku 50 lat. Natomiast na przykład pielęgniarki muszą na nie zapracować w całości. Zaś ich pensje rosną wolniej niż lekarzy, więc są rozczarowane, że państwo o nie dba. Jednak nie wiem czy zdają sobie sprawę, że wspierając strajki górników, marnują szansę na zdobycie, po likwidacji ich przywilejów, dodatkowych miliardów do budżetu. Te pieniądze przydałyby się na służbę zdrowia, w tym podwyżki dla sióstr. 

CZYTAJ TEŻ: Pielęgniarki i położne chcą podwyżek swoich pensji