Rozmowa z Piotrem Kuczyńskim, głównym analitykiem Domu Inwestycyjnego Xelion - o rządowej pomocy dla posiadaczy kredytów walutowych.

 - Senat opowiedział się, by ustawowo podzielić koszty przewalutowania pół na pół na kredytobiorców i banki. Chodzi konkretnie o różnicę między nadwyżką długu powstałą w wyniku spłaty zobowiązania we frankach w stosunku do złotówkowego. Kredyt po przewalutowaniu zamieni się w dwa nowe - główny zabezpieczony hipoteką i dodatkowy bez takiego zabezpieczenia, niskooprocentowany, opiewający na pozostałą po umorzeniu kwotę wyliczoną przez bank. Wiem, że nie jest pan zwolennikiem "ślepego" pomagania frankowiczom. Ta propozycja zapewne również się panu nie spodobała? 

- Żeby było jasne, nie do końca jestem przeciwnikiem pomagania kredytobiorcom walutowym, ale uważam - i nadal będę uparcie bronił swoich racji - że nie wszystkim taka szczodrość się należy.

Znam wielu frankowiczów, którzy nie mają żadnych problemów z płaceniem rat, zresztą potwierdzają to nawet banki.  Niektórzy nawet nie oczekują pomocy! Kłopoty dotyczą przede wszystkim Polaków, którzy zadłużyli się ponad stan. Kupili większe mieszkania niż podpowiadał im, bądź nie, rozsądek. Zapożyczeni od początku na styk ledwo dopinali budżety.

Gdy więc kurs helweckiej waluty poszybował w górę, znaleźli się w potrzasku. Nie mieli żadnych oszczędności, bo żyli od pierwszego do pierwszego. Owszem, można im pomóc i również tym, którzy nie mogli przewidzieć utraty pracy czy ciężkiej choroby. Jednak na pewno nie osobom, które kupiły kilka mieszkań i zarobiły na nich krocie, gdy kurs franka był niski. Wiele innych też bardziej zyskało na frankach niż straciło. Od dziesięciu lat, a może i wcześniej, ostrzegałem, że należy brać kredyty w walucie, w której się zarabia. Powtarzało to zresztą dziesiątki różnych ekspertów. Dlatego, gdy teraz widzę, jak zadłużeni protestują na ulicach, żądając przewalutowania po kursie wzięcia kredytu, nóż mi się w kieszeni otwiera. Tymczasem sejmowy projekt ustawy poparty przez Senat wprowadza niezwykle demoralizujące i szkodliwe zmiany, które mogą zaszkodzić wszystkim Polakom. 

- Ostre słowa... Może być aż tak źle? 

- Oczywiście, bo jeśli koszty banków związane z tą operacją sięgną prognozowanych 20-22 mld zł, grube miliardy nie trafią już do budżetu w formie podatku CIT i nie zostaną wypłacone do Skarbu Państwa dywidendy PKO BP czy BGK.  Stracą wszyscy podatnicy, posiadacze funduszy inwestycyjnych, emeryci, zmniejszy się akcja kredytowa banków.  Każdy Polak, w tym nawet niemowlaki, zapłacą za pomoc kredytobiorcom frankowym po około 130 zł. Dlatego pytam: czy tego chcemy i czy politycy zdają sobie sprawę, że pomagając nielicznej grupie szkodzą wszystkim?  Ich propozycja oznacza bowiem tylko tyle, że można wziąć ryzykowny kredyt, zyskiwać na nim, a gdy w końcu zacznie się nie udawać, poprosić resztę Polaków o zrzutkę. 

- Zapewne w tej sytuacji nerwy puszczają tym, którzy posiadają kredyty w złotówkach. 

- Wcale się im nie dziwię, choć Platforma Obywatelska złożyła w przedwyborczym pośpiechu projekt, by także oni mogli liczyć na wsparcie. Jednak miałaby to być pomoc zwrotna. Jakież to niesprawiedliwe, bo przecież ich raty od początku były dużo wyższe niż frankowiczów. Ja się nawet zacząłem ostatnio zastanawiać czy to, co proponuje rząd tylko wybrańcom, jest zgodne z Konstytucją RP. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale obawiam się, że nie jest. 

W jaki sposób ostrzegłby pan polityków? 

Od połowy lipca systematycznie rośnie kurs euro - frank szwajcarski. Nic dziwnego, że wreszcie ujemne stopy procentowe i recesja w szwajcarskiej gospodarce muszą przełożyć się na zmniejszenie popytu na franki. 
To jest przestroga dla szalejących polityków, o czym też piszę na swoim blogu, żeby przestali mnożyć szalone pomysły pomagające wybrańcom, a szkodzące całej reszcie. Jeśli frank wejdzie w stały trend spadkowy, może wrócić do poziomu sprzed styczniowej decyzji szwajcarskiego banku, a nawet zejść niżej. Wtedy ci, którzy chcą pomagać mogą stać się pośmiewiskiem.