Poseł PiS Z. Chmielowiec z Podkarpacia zapewnia, że projektu ustawy wprowadzającego opłaty za pobór wody dla celów hodowlanych nie akceptuje premier B. Szydło.

 

 

- Jestem w stałym kontakcie z hodowcami ryb z ziemi sandomierskiej, z Kolbuszowej  i z Wilczej Woli, rozmawiałem kilka razy z ministrami Gajdą i Kowalczykiem. Mogę na pewno powiedzieć, że projektu ustawy w tym kształcie, jakiego obawiają się rybiarze, nie akceptuje ani Komitet Stały Rady Ministrów, ani sama premier Szydło, dlatego nie wejdzie on w życie - mówi Zbigniew Chmielowiec, poseł, członek komisji ochrony środowiska.

Przypomnijmy, że pierwotny projekt ustanawiał wysokość opłat na poziomie 10-krotnie przekraczającym średnie roczne przychody gospodarstw rybnych.

Hodowcy uczulali, że wtedy ich działalność przestanie się opłacać, a gospodarstwa upadną. A skoro nie będzie polskich hodowców, polski karp i pstrąg po prostu znikną ze sklepowych półek. Jak argumentowali, nie powinni ponosić żadnych opłat za pobór wody, bo jej nie zużywają, tylko używają do celów hodowlanych, zwracając środowisku. Aby nie dopuścić do  wejścia w życie przepisów, właściciele gospodarstw rybnych z całej Polski zwarli szyki i powołali Ogólnopolskie Pogotowie Protestacyjne. Chcą szerokich konsultacji społecznych i rozmów.

Poseł Chmielowiec wyjaśnia, że ministerstwo chce zmienić przepisy tak, by opłaty obejmowały wyłącznie pobór wód, dokonywany przy pomocy urządzeń mechanicznych. To znaczy pomp i urządzeń pompowych. - Wobec tego opłata ta będzie dotyczyła wyłącznie podmiotów, wykorzystujących do poboru wody tego rodzaju urządzenia - wyjaśnia Zbigniew Chmielowiec. - Dopływ wody do około 65 procent wszystkich stawów karpiowych nigdy nie był stały i powtarzalny, bo zależał głównie od opadów. Wobec tego hodowcy karpi i pstrągów nie byliby objęci opłatą za pobór wód, skoro nie wykorzystują pomp i urządzeń pompowych do napełnienia stawów wodą - dodaje i zaznacza, że pomysł będzie konsultowany ze środowiskiem hodowców, a poseł będzie w tych rozmowach pośredniczył.

 

Komentarz:

Gdyby władza słuchała...

W sprawie ustawy wprowadzającej drakońskie opłaty dla hodowców ryb widać światełko w tunelu. Posłowie z Podkarpacia zadeklarowali pośrednictwo w rozmowach pomiędzy resortem a właścicielami gospodarstw, są nawet pierwsze pomysły na to, jak prawo zmienić, by nie uderzało w rodzimych przetwórców. Pytanie tylko, czy trzeba było medialnego szumu i specjalnej kurateli członków poselskich komisji, by ministerstwo zaprosiło przedstawicieli branży do stołu i rozpoczęło rozmowy? Czy hodowcy musieli założyć pogotowie protestacyjne, żeby ktoś ich usłyszał? Myślę, że buble prawne nie wychodziłyby z ministerstwa, gdyby władze zaczęły słuchać. A zdaje się, że to właśnie politycy zapowiadali w ostatniej kampanii. No, chyba że w Polsce przyjęło się, że problem niepodkreślony strajkiem nie jest problemem. Oby przypadek hodowców nie potwierdził tej tezy.