Sadownicy żartują, że na złość Putinowi zjedliśmy więcej jabłek i wszystkim wyszło to na zdrowie. Polskie owoce nie wyjeżdżają do Rosji, ale inni kupują je chętnie.

- Pomimo suszy to może być całkiem dobry rok dla polskich sadowników - uważa Wojciech Klimkiewicz, sadownik z podbydgoskiego Wtelna. 

 

We wteleńskim gospodarstwie produkowane są głównie jabłka. - Plon tych owoców jest w tym roku zadowalający - twierdzi. - Na drzewach jabłek jest sporo, ale wielkość owoców jest mniejsza niż zwykle, bo zabrakło opadów deszczu. Właściwie to prawie w ogóle nie było ich od wielu miesięcy. Jednak będziemy mieli co sprzedać i mam nadzieję, że będzie też chociaż jakaś korzyść z tego, że było tak sucho - ceny powinny być wyższe niż przed rokiem. 


Strefę AGRO znajdziesz na Facebooku - dołącz do nas! 

 

Jego zdaniem w sadownictwie wiele złego zrobiła panika wśród właścicieli sadów, którzy przestraszyli się tego, że po wprowadzeniu rosyjskiego embarga, nie będą mieli gdzie sprzedać towaru. - Od jesieni 2014 roku do zimy na początku 2015 roku, cena jabłek była niska - wspomina Klimkiewicz. - Na rynku było dużo tych owoców. Wcześniej wiele polskich jabłek jechało do Rosji, także okrężną drogą, przez inne państwa. Kiedy i to okazało się niemożliwe, niektórzy sadownicy wpadli w panikę. 

 

Zdaniem Wojciecha Klimkiewicza to zamieszanie na rynku wykorzystały duże sieci handlowe: - Niektóre chciały kupować owoce za grosze tłumacząc sadownikom, że przecież w ogóle mogą ich nie sprzedać, a tylko ponieść straty. Na szczęście od Agencji Rynku Rolnego można było otrzymać wsparcie za wycofanie owoców z rynku i to trochę uspokoiło sytuację. 

 


Sadownik dodaje, że sporo dobrego zrobiła też medialna akcja zachęcająca do jedzenia jabłek na złość Putinowi. - Dzięki temu spożycie tych owoców w Polsce wzrosło. 

 

Jabłka nie jadą do Moskwy, ale na przykład do Afryki

Kiedyś jabłka z wteleńskiego gospodarstwa - także przez inne kraje - jechały na Wschód. Dziś nie można ich kupić w Moskwie, ale na przykład w krajach północnej części Afryki, na Dalekim Wschodzie. - Zapewne, gdyby nie było rosyjskiego embarga, to nie szukalibyśmy nowych rynków zbytu - uważa. 

 

Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej, przyznaje iż po wprowadzeniu przez Federację Rosyjską zakazu eksportu polscy sadownicy mieli ogromne obawy. Bo tak się złożyło, że embargo wprowadzono w sezonie, gdy zbiory były duże. - A Rosja była do tej pory naszym największym odbiorcą - dodaje prezes Maliszewski. 

 

Zdobywamy nowe rynki zbytu, nawet we wschodniej Azji

Dlatego trzeba było szybko zabrać się za szukanie nowych rynków i miejsc sprzedaży. - Chodzi mi głównie o daleko położone kraje azjatyckie takie jak Chiny, Wietnam, Indie, Tajlandię, Singapur oraz leżące bliżej nas:  Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie - dodaje Maliszewski. - W ostatnim sezonie sprzedaliśmy także sporo do krajów leżących w Afryce Północnej, głównie do Algierii i Egiptu. Tam polskie owoce są bardzo doceniane. 

 

Zdobycie nowych odbiorców, to nie była prosta sprawa. Bo w Unii Europejskiej - wymogi są takie same, poza nią - mogą się różnić. Trzeba było zatem dostosować się do nowych wymogów fitosanitarnych, wykonać badania, zdobyć  pozwolenia. Na niektóre nowe rynki już udało się wejść, niektóre dopiero się przed naszymi owocami zaczynają otwierać.  

 

Polubili nasze owoce, sprzedamy ich więcej

Zdaniem Maliszewskiego perspektywy są bardzo dobre. - W kolejnych latach na nowych rynkach możemy umieścić całkiem spore ilości owoców - mówi prezes związku. - Zainteresowanie tamtejszych handlowców polskim towarem jest bardzo duże. 

 

Na szczęście eksportem zainteresowani są także nasi sadownicy, głównie ci zrzeszeni w grupach producenckich, które inwestowały na przykład w nowoczesne sortownie owoców, przechowalnie, linie do pakowania, transport. 

 

W polskich sadach była istna rewolucja

- Przez ostatnie trzy - cztery lata w polskim sadownictwie nastąpiła istna rewolucja - uważa sadownik z podbydgoskiego Wtelna. - Kiedyś nie byliśmy tak konkurencyjni, bo owszem, produkowaliśmy wspaniałe owoce, ale nie mieliśmy nowoczesnych przechowalni, nie mieliśmy sortowni, linii do pakowania. Byliśmy na końcu „łańcuszka” produkcyjnego.  Dziś dla wielu z nas przygotowanie dobrej jakości, posortowanego, odpowiednio zapakowanego towaru do sprzedaży na eksport, to już nie jest problem. 

 

Inni sprzedają na Wschód, my więcej na Zachód

Zdaniem prezesa Mirosława Maliszewskiego jednak chyba największą sprzedaż odnotowaliśmy na rynku europejskim. - Ze względu na bardzo atrakcyjne ceny niektóre państwa europejskie (nieobjęte rosyjskim embargiem), jesienią 2014 roku prawie całą produkcję jabłek z własnych krajów sprzedały do Federacji Rosyjskiej - dodaje prezes związku. - Mam na myśli na przykład Serbię, Ukrainę, Białoruś oraz Mołdawię, która później kupowała więcej naszych owoców.

 

Potrzebne kolejne inwestycje, by pogoda nie przeszkadzała

Sadownicy twierdzą, że na nowych rynkach zbytu polskie owoce (nie tylko jabłka, ale także np. śliwki, czereśnie czy wiśnie) doceniane są za wysoką jakość. Jednak kapryśna pogoda w ostatnich latach zmusza sadowników do kolejnych inwestycji. Na przykład do zakupu osłon, siatek, których coraz więcej można zobaczyć na przykład w sadach czereśniowych. 

 

- Dziesięć lat temu, gdy w Sadzie Doświadczalnym w Dąbrowicach zakładaliśmy siatki przeciwgradowe, nie sądziłem, że tak się one upowszechnią - mówi prof. dr hab. Waldemar Treder z Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach (Zakład Agrotechniki, Pracownia Nawadniania). 

 

Jego zdaniem sadownicy, którzy stawiają na towar bardzo wysokiej jakości nie mogą ryzykować. - Przecież może być wiele tygodni bez opadów, ale wystarczy, że akurat w okresie zbiorów raz spadnie deszcz albo grad i straty mogą być ogromne - twierdzi profesor Treder. - No, bo co odbiorcę z Berlina może obchodzić, że gdzieś tam w Polsce spadł grad? On chce towar dobrej jakości i tyle! Jeśli gradobicie zniszczy plon w dwóch kolejnych latach, to sadownik może nie utrzymać się na rynku. 

 

Aby zmniejszyć ryzyko strat warto inwestować nie tylko w siatki chroniące przed gradem, ale także w systemy nawodnieniowe.  


- Ten rok pokazał, że bez systemów nawodnieniowych gospodarować się nie da - dodaje profesor. 

 

Sadownicy są podobnego zdania. I wielu z nich już w tym roku chciało zainwestować w budowę systemu nawodnieniowego. Niektórzy zdecydowali się jednak przełożyć inwestycje do wiosny, bo z powodu suszy podrożały usługi świadczone przez firmy budujące studnie głębinowe. Poza tym wydłużyły się kolejki oczekujących na takie usługi.