Niektórzy eksperci przekonują, że w Polsce jest miejsce tylko dla dużych hodowców i producentów trzody chlewnej. Rolnicy denerwują się, bo znaleźli niszę.

 

- Materiał hodowlany sprzedaje się bardzo dobrze - uważa Karol Kropiwiec, rolnik z miejscowości Dawidy, pow. parczewski (woj. lubelskie), który  specjalizuje się w hodowli zarodowej trzody chlewnej ras: polskiej białej zwisłouchej i puławskiej.

 

Cztery loszki rasy puławskiej z gospodarstwa w Dawidach kupił w 2014 roku  Sławomir Homeja, rolnik z Chomętowa (pow. nakielski, woj. kujawsko-pomorskie). Oprócz tego kupił jeszcze osiem loszek tej rasy z gospodarstwa na Pomorzu i jednego knurka z woj. lubelskiego. 

 

- Dziś mam 32 lochy, a docelowo - po przebudowie chlewni - chciałbym, żeby było ich 36 - mówi rolnik z Chomętowa, który przyznaje, że do rasy puławskiej przekonały go dopłaty. - No i było warto. Nie tylko ze względu na dopłaty, bo ich kiedyś nie będzie. Mięso tych świń jest coraz bardziej poszukiwane przez przetwórców i restauratorów. A wszystko dlatego, że konsumenci posmakowali np. wyśmienitych kotletów schabowych, żeberek i docenili to mięso. 

 

Odpowiedni udział tłuszczu śródmięśniowego sprawia, że nawet podczas obróbki termicznej, wieprzowina ze świń tej rasy nie traci aromatu, jest krucha i soczysta. - Wcześniej miałem krzyżówki ras białych i kryłem je krzyżówką wielka biała polska/duroc. Dziś dostrzegam duże różnice w smakowitości mięsa na korzyść rasy puławskiej - mówi gospodarz z pow. nakielskiego. Dostrzegają to także konsumenci i coraz częściej szukają tej wieprzowiny i przetworów. 


Rolnicy, przetwórcy, restauratorzy, naukowcy i doradcy - w projekcie

 

Niestety, te poszukiwania konsumentów często kończą się niczym. Dlatego do akcji wkroczył Kujawsko-Pomorski Ośrodek Doradztwa  Rolniczego w Minikowie, który postanowił powiązać rolników, przetwórców, restauratorów i naukowców. Powstał projekt „Kujawsko-Pomorska Wieprzowina produkowana z wykorzystaniem polskiego białka pochodzenia roślinnego”.

 

- Postawiliśmy na rasy zachowawcze nie tylko ze względu na walory takiej wieprzowiny, ale także zdajemy sobie sprawę, że rolników zachęcają dopłaty - mówi Ryszard Kamiński, dyrektor Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. - Poza tym bardzo ważne jest znalezienie także alternatywy, bo trzoda wciąż jest karmiona przede wszystkim paszami z wykorzystaniem soi modyfikowanej genetycznie. Rocznie importujemy ponad 2 mln ton soi. Dopóki nie będzie alternatywy, zakazy stosowania pasz GMO nie mają jednak sensu, bo polska  produkcja przestanie być konkurencyjna. Nie zrezygnujemy z takiego źródła białka ze względów ideologicznych, jeśli rolnicy nie dostaną nic w zamian. 

 

Kamiński uważa, że w przypadku krajowych źródeł białka problemem jest wciąż zbilansowanie pasz. - Zbilansowanie białek w tych paszach to rzeczywiście „wyższa szkoła jazdy” - mówi prof. dr hab. Wojciech Kapelański z Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy. - Bo niedobór aminokwasów może spowodować np. problemy z przyrostami zwierząt. Dlatego pracujemy nad tym, prowadzimy doświadczenia, które m.in. mają odpowiedzieć na pytanie, na ile możliwe jest zastąpienie białka soi ziarnami roślin bobowatych. 

 


Sławomir Homeja: - Świnie rasy puławskiej żywione krajowym białkiem. Warto na to postawić!

 

- Wykorzystanie krajowych źródeł białka w żywieniu drobiu to największy problem, ale w przypadku wieprzowiny naukowcy wypracowali już takie mieszanki, iż coraz bardziej realne jest zastąpienie chociaż 20 procent importowanej soi - uważa dyr. Kamiński. - Najlepiej by było, gdyby w przypadku tych białek, producentów pasz obowiązywały podobne wymogi jak w przypadku paliw. By byli zobowiązani do wykorzystywania polskiego białka w jakimś procencie. 

 

Ryszard Kamiński wspomina, że jeszcze dwa lata temu producenci pasz niechętnie podejmowali ten temat: - Gdy rozmawiałem z dużym producentem pasz o stworzeniu produktu na bazie polskiego białka, to stwierdził, że może to zrobić, ale interesuje go co najmniej 10 tysięcy ton łubinu. Po roku odezwało się kilka firm, które takie produkty mają już w swoich ofertach! Zatem i to zmienia się na lepsze.  

 


- Bo firmy  wyczuły w tym biznes - uważa Sławomir Homeja, który zdecydował się na żywienie świń tylko polskim białkiem. 

 

Przyznaje, że początki nie były łatwe. - Teraz już nauczyłem się wykorzystywać zbilansowane pasze - mówi rolnik. - Stosuję łubin, groch, susz z lucerny i zboża. Zdecydowałem się też na podawanie probiotyków i dziś już wiem, że dzięki temu mają one mniejsze problemy zdrowotne i nawet poziom amoniaku w chlewni jest mniejszy. 

 

Jego pierwsze doświadczenia z rasą puławską też łatwe nie były. Od początku starał się, żeby pod względem liczebności zwierząt w miocie dorównać doświadczonym hodowcom z woj. lubelskiego. - Średnio w miocie jest 10-12 prosiąt, ale rekord w moim stadzie to 21 prosiąt - twierdzi Karol Kropiwiec, rolnik z miejscowości Dawidy, pow. parczewski. - Jednak zbyt liczny miot nie jest dobry, bo wtedy zwierzęta są zbyt małe. Generalnie rasa puławska nie odbiega plennością od ras białych. 

 

- Teraz też uzyskuję średnio 10-12 prosiąt od maciory, najwięcej to 16 sztuk, ale na przykład po kryciu knurem latem, wynik był gorszy: 4-5 sztuk w miocie - dodaje gospodarz z Chomętowa. - Dziś już wiem, że to był efekt upałów. 

 

W przypadku ras zachowawczych rolnicy muszą bardziej uważać, by uniknąć pokrewieństwa w hodowli. - Dlatego korzystam z pomocy Polskiego Związku Hodowców i Producentów Trzody Chlewnej POLSUS  oraz  Instytutu Zootechniki - PIB w Krakowie - mówi Sławomir Homeja. - Pomagają sprawdzić zwierzęta w ogólnopolskiej bazie danych. 

 

- Ze względu na to, że w Polsce jest ok. 1000 macior rasy puławskiej, z tego połowa w aktywnej hodowli, to nie ma szans na szybkie namnożenie tych świń, bo mogłoby dojść do kojarzenia wsobnego - mówi prof. Kapelański. - Jednak radzę rolnikom, by wykorzystywać tę rasę w krzyżowaniu, wtedy będzie szybki efekt. Niech to będą np. samce puławskie i samice ras: duroc albo wielka biała polska. Mięso z takich krzyżówek zyskałoby na smakowitości, a restauratorzy na pewno by to docenili. Dzwonią do mnie i pytają, gdzie mogą taką wieprzowinę kupić. Są w stanie zapłacić nawet o 2 zł za kilogram takiego mięsa więcej, bo wiedzą, że ich  goście szukają czegoś wyjątkowego. 


Preczytaj też: Dopłaty na zakup bydła mięsnego i trzody. Sprawdź czy ci się należą

 

Więcej za świnie puławskie płacą w skupie także przetwórcy prowadzący rodzinne zakłady w  Bożejewiczkach k. Żnina oraz we Władysławowie k.  Łabiszyna. - Coraz więcej klientów szuka żywności najwyższej jakości, jak najmniej przetworzonej, takiej jak dawniej, także wyrobów z mięsa pochodzącego od świń ras rodzimych, które były żywione polskim białkiem, np. łubinem, peluszką  - mówi Andrzej Zawistowski, współwłaściciel masarni we Władysławowie. Dodaje, że wciąż jest to produkt niszowy: - Bo brakuje nam przede wszystkim surowca. 

 

Kwiecińscy z Bożejewiczek mają ten sam problem z brakiem surowca. Ci przetwórcy oraz restaurator z podbydgoskiego Ostromecka, wzięli udział w projekcie koordynowanym przez ośrodek doradztwa w Minikowie. 

 

Co dalej? - Do czerwca powinna powstać grupa operacyjna złożona z  rolników, przetwórców, restauratorów, naukowców  i doradców rolnych - mówi dyr.  Kamiński. - Jest szansa na pomoc unijną dla grupy, której zadaniem będzie rozpropagowanie hodowli i chowu świń ras  rodzimych karmionych polskim białkiem roślinnym. 

 

- Warto stawiać na rodzime rasy świń i stosować krajowe białko - uważa Sławomir Homeja, który przekonuje do tego kolejnych rolników. Pierwsze efekty już są. - Zapotrzebowanie na prosięta i loszki rośnie. Kolega z okolic Torunia sprzedaje materiał mateczny i ma już zamówienia na wszystkie loszki. 

 

- Co prawda, świnie rasy puławskiej wolniej rosną (ok. 120 kg osiągają miesiąc później), ale ja sprzedaję tuczniki, których mięso trafia do sieci handlowej i otrzymuję średnio  o 15 procent więcej (w klasie E i U) - mówi Karol Kropiwiec  z woj. lubelskiego. - Poza tym świnie tej rasy są bardziej odporne na choroby, maciory bardziej mleczne i na ogół nie są agresywne. Bardzo dobrze opiekują się prosiętami.

 

Rolnik z Chomętowa dodaje, że bardzo denerwują go eksperci, którzy próbują przekonywać, iż tylko najwięksi producenci trzody chlewnej mają szanse na przetrwanie: - To nieprawda! - uważa Homeja, który gospodaruje na 23 hektarach. - Miejsce jest dla dużych i małych! Ale ci mniejsi poradzą sobie, jeśli będą mieli się czymś wyróżnić - np. wieprzowiną ze świń rodzimych ras (lub krzyżówek z tymi rasami), żywionych polskim białkiem. Mam nadzieję, że rolniczy handel detaliczny sprawi, iż jeszcze większa grupa gospodarzy zechce się wyróżnić. Będzie się im to opłacało.