CETA to umowa o wolnym handlu, która znosi różnego rodzaju ograniczenia - wyjaśnia prof. Robert Ciborowski. Obawia się Pan CETA?

Prof. Robert Ciborowski, ekonomista i rektor Uniwersytetu w Białymstoku: Trzeba zdawać sobie sprawę, że każda umowa o wolnym handlu, zresztą jak wszystko, ma swoje plusy i minusy. To oczywiste. Plusem jest to, że otwieramy nowe rynki. Cła zostaną zniesione, jeśli chodzi o przepływ różnego rodzaju towarów, usług, etc. Jednak w sytuacji wolnego rynku zawsze pojawiają się zagrożenia. Ekonomiczną przewagę mają bowiem duże firmy, korporacje.

One na pewno sobie poradzą, będą zresztą skrzętnie wykorzystywać zatwierdzone przepisy. Co do mniejszych przedsiębiorców, mniejszych firm, czy rolników, o czym często się mówi w tym kontekście, to mogą pojawić się obawy. Przepisy, które mają Kanadyjczycy są trochę inne niż europejskie. W przypadku rolnictwa wymienia się na przykład żywność genetycznie modyfikowaną.

Czyli na czym w praktyce polega umowa CETA?

To umowa o wolnym handlu z Kanadą, która znosi różnego rodzaju ograniczenia w przepływie towarów i usług. Chodzi przede wszystkim o ograniczenia celne i regulacyjne. To oznacza, że niektóre przepisy są likwidowane. Podobnie dzieje się z cłem.

To oznacza, że Kanadyjczycy bez problemu będą mogli wszystko u nas sprzedawać?

Tak, ale my w Kanadzie również, bo taka umowa działa w dwie strony. Przy czym, raz jeszcze powtarzam, niektóre regulacje w Kanadzie są inne niż w Polsce, czy krajach europejskich. Takim przykładem jest choćby żywność genetycznie modyfikowana. Za oceanem można to łatwo produkować i sprzedawać. W Europie jest to bardziej ograniczone. O ile dobrze pamiętam, Kanada jest drugim albo trzecim producentem na świecie GMO. Na pewno w rolnictwie unijne przepisy są bardziej restrykcyjne. I takich przykładów jest więcej. Można powiedzieć, że w przypadku przedsiębiorstw, których dotyczą podobne przepisy prawne w Kanadzie i w Europie wielkich zagrożeń nie ma. Będzie działało prawo handlowe i tyle. Ale w bardziej szczegółowych kwestiach można mieć wątpliwości. Natomiast ja nie negowałbym całej umowy CETA, bo świat musi się otwierać. Kolejne gospodarki muszą likwidować różnego rodzaju ograniczenia w handlu. To sprzyja ekonomii. Wróćmy do zagrożeń. Wśród nich pojawia się obawa, że nasze rodzime rolnictwo przestanie istnieć, że zaleje nas GMO. Na pewno otwarcie rynku zmusza przedsiębiorstwa (ale z obu stron, i kanadyjskiej, i europejskiej) do tego, by nastawić się na silniejszą konkurencję. To zawsze tak działa. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, że polskim rolnikom nie będzie się np. opłacać produkowanie zdrowej żywności, bo konsumenci będą kupować tańszą - kanadyjską. Dlatego umowy o wolnym handlu sprzyjają tym, którzy są w stanie szybko się do nich dostosować. Natomiast są zagrożeniem dla tych, którzy są słabsi, produkują drożej itp. Z punktu widzenia ekonomicznego można powiedzieć: trudno, są słabsi, muszą poprawić swoje wyniki. Natomiast zawsze takie umowy muszą być przemyślane. Tak, by przynajmniej na pewien czas zabezpieczyć niektórych producentów. Bo ktoś może nie być przygotowany do nowej umowy.

To co w tej sprawie może zrobić polski rząd?

Umowa o wolnym handlu nie jest złym rozwiązaniem, natomiast warto przyjrzeć się tym rozwiązaniom, które w punktu widzenia Unii Europejskiej, czy Polski byłyby zagrożone nadmierną działalnością przedsiębiorstw kanadyjskich. Pewnym zabezpieczeniem jest na pewno wprowadzanie równych warunków. Czyli jak u nas są regulacje bardziej restrykcyjne, to niech przestrzegają ich Kanadyjczycy, a nie, że to my będziemy dostosowywać się do przepisów kanadyjskich. Pojawia się też obawa, że duże korporacje będą pozywać dane państwa do sądu, choćby przez podniesienie minimalnej pensji. Ponoć rządy są wtedy bezsilne. Jeżeli umowy są podpisane, to wymagają one takich działań. Rządy nie będą mogły umyć rąk i wycofywać się z jakiś przepisów. Trzeba będzie przestrzegać zasad, które obowiązują na obu rynkach.

Czyli Unia Europejska może w takiej umowie narzucić swoje przepisy?

Oczywiście, że tak. Zaczynają się też protesty społeczne. I one będą, bo są obszary, które mogą stracić przez CETA.

To jakie według Pana jest najlepsze rozwiązanie?

Tu idealnych rozwiązań, niestety, nie ma. Jeżeli nasze gospodarki działałby na podobnych zasadach, to zagrożeń by nie było. Jeżeli są różnice, są też obawy. Dlatego trzeba wszystko robić ostrożnie i patrzeć na te obszary gospodarki, które mają gorsze warunki i gorsze wyniki niż potencjalne firmy, które mogą do nas napłynąć. Pozostali sobie poradzą.

Wyobraża Pan sobie polskie przedsiębiorstwa, które podbijają Kanadę dzięki CETA?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie w niektórych branżach mogłoby się to udać. W niektórych sektorach jesteśmy silni, choćby w przetwórstwie rolno-spożywczym. Patrząc jednak generalnie, to raczej średnio oceniam nasze szanse. Kanada to jedna z najsilniejszych gospodarek świata. Trzeba pamiętać też o tym, że działa tam bardzo wiele przedsiębiorstw amerykańskich. One również będą mogły trafić do Europy poprzez Kanadę.

Podsumowując, nie unikniemy znoszenia ograniczeń gospodarczych?

Nigdy jeszcze niczego dobrego w ekonomii nie dały ograniczenia, bariery. Rynki muszą się otwierać. Natomiast wszystko zależy od zasad, na jakich będą się otwierać. Jeśli państwa mają się rozwijać, nie mogą się zamykać. To jak dwa razy dwa. Trzeba tylko zabezpieczać się w pewnych sytuacjach, wiedząc, że nasze warunki są dużo gorsze niż w państwach z którymi takie umowy podpisujemy.