Rozmowa ze Stanisławem Kalembą, byłym ministrem rolnictwa i rozwoju wsi o sytuacji polskich gospodarzy oraz unijnym wsparciu.

„Co Wspólna Polityka Rolna dała polskim rolnikom i czy mogliby sobie poradzić, gdyby Unia Europejska nagle się rozpadła?” - to temat dyskusji podczas Forum Rolniczego „Gazety Pomorskiej”, w której wziął Pan udział. Zatem, co im takiego dała?

Obserwowałem te zmiany od dawna (zanim zostałem ministrem rolnictwa, przez 21 lat byłem posłem i zasiadałem w komisjach rolnictwa oraz tej do spraw UE) i wiem, że początkowo Wspólna Polityka Rolna w I filarze (płatności bezpośrednie) nie dała naszym gospodarzom (wszystkim rolnikom z dziesięciu nowych państw Unii), takiej pomocy, jak ich kolegom z zachodniej części Europy. Natomiast w II filarze - PROW- na inwestycje na wsi i gospodarstwach Polska otrzymała z budżetu UE ok. 13,5 miliarda euro, zdecydowanie najwięcej z wszystkich państw UE. 

 

W starej części Unii rolnicy mieli wyższe dopłaty niż gospodarze z nowych krajów członkowskich UE. Nasi czuli się skrzywdzeni.

Rzeczywiście początkowo nie było równych warunków, ale polski rząd walczył o wyrównanie dopłat. Pamiętam jak 6 i 7 lutego 2013 roku z premierem Donaldem Tuskiem, braliśmy udział na szczycie Unii Europejskiej w Brukseli dotyczącym budżetu UE na lata 2014-2020. Łatwo nie było, ale udało się osiągnąć lepsze warunki dla naszych gospodarzy. Efekt? W tej perspektywie finansowej Polska jest jednym z 7 państw, w których stawki rosną i zbliżają się do średniej unijnej, która wynosi ok. 255 euro na hektar.


Przeczytaj też: Polska pieczarkową potęgą. Jesteśmy największym eksporterem w UE

 

Żeby było sprawiedliwie, to państwa, które wcześniej miały lepiej, teraz powinny mieć zmniejszoną pomoc.

No i tak właśnie jest. Np. Belgia, Holandia, Włochy, Niemcy i Francja mają zmniejszone płatności od 18 do 13 procent. Co prawda nadal wszystkie dopłaty w Unii nie są na takim samym poziomie, bo wciąż nie doszło do ich wyrównania, ale przynajmniej zmniejszono dysproporcje. Poza tym polski rolnik, który np. uprawia buraki cukrowe, chmiel, tytoń (o zachowanie wsparcia dla tej licznej grupy naszych gospodarzy zabiegałem w Brukseli, no i się udało), ma krowy lub inne zwierzęta do których przysługują płatności bezpośrednie, to może dostać jeszcze większe wsparcie, około 300 euro na hektar. 

 

Jednak polscy rolnicy czują się wciąż gorzej traktowani niż ich koledzy z Europy Zachodniej.

Gdyby ich dopłaty zależały wyłącznie od polskich elit, to byłoby zdecydowanie gorzej.

 

Dlaczego?

W mentalności Polaków pozostało coś takiego - być może z czasów Polski szlacheckiej - że rolników traktuje się jak ludzi niższej kategorii. Bardzo nie podoba mi się takie poniżanie gospodarzy! Przed członkostwem Polski w Unii Europejskiej warunki ekonomiczne dla polskich rolników były dyskryminujące, duża stagnacja w rolnictwie, bieda na wsi, a przecież gdyby była wola naszych polityków to można było zdecydowanie zwiększyć wsparcie dla wsi i rolnictwa. Dlaczego tego nie zrobiono? Zabrakło woli. 

 

Badania pokazują, że ostatnio znacząco wzrósł prestiż społeczny zawodu rolnika.

Na szczęście tak. Także badania Polskiej Akademii Nauk pokazują, że zmieniła się wiejska infrastruktura. Wsie są bardziej zadbane, gospodarstwa są zmodernizowane, nowocześniejsze. No i również dzięki temu zawód rolnika jest lepiej postrzegany niż kiedyś. Żal mi tylko, że w Polsce nie docenia się wciąż gospodarzy w takim stopniu jak np. w Europie Zachodniej. Tam nawet na lotniskach widać, że są dumni z rolnictwa, pokazują sukcesy tej branży np. na plakatach, makietach. Im bogatszy kraj, tym bardziej docenia i wspomaga rolnictwo.

 

Zatem, gdyby Unia Europejska się rozpadła, to czy polscy rolnicy daliby sobie radę?

Tak, ale pod warunkiem, że inne kraje nie dotowałyby swoich rolników, by nasi gospodarze mogli z nimi konkurować na tych samych warunkach.

 

To raczej nierealne.

Też tak sądzę. To raczej utopia. A rolnictwo to wielki skarb dla Polski. Powiedziałem o tym podczas dożynek na Jasnej Górze i zawsze będę to powtarzał. Ministrowie rolnictwa w innych unijnych krajach zazdroszczą nam naszego rolnictwa.

 

Sukcesów w eksporcie żywności też? Czesi nawet próbowali walczyć z polską konkurencją i nie zawsze robili to fair.

Rzeczywiście był taki czas, gdy pojawiała się nagonka na polską żywność. To efekt strachu, bo Czesi a także Słowacy są w stanie wyprodukować tyle, żeby zaspokoić potrzeby żywnościowe w połowie, resztę muszą importować. A my wytwarzamy tyle żywności, że jedną czwartą możemy wysłać w świat. W dodatku dynamika eksportu w Polsce jest ogromna. Rozmawiałem o tym m.in. Z Petrem Bendlem, szefem ich resortu. Początkowo słyszałem, że nie da się z tym nic zrobić, a jednak się udało.

 

Także od Czechów słyszałem, że zazdroszczą nam rolnictwa, bo polscy chłopi obronili prywatną własność i także dzięki temu nasze rolnictwo rozwija się lepiej. U nich jeśli jedno gospodarstwo, liczące np. 500-600 ha należy do wielu udziałowców, to niektórzy z nich mogą nawet nie wiedzieć, gdzie leżą ich pola. Tego samego zazdroszczą nam Węgrzy, którzy podczas rozmów z polską stroną podkreślali jak ważna jest tradycja, miłość do ziemi.


Przeczytaj też: Chcesz 500 tys. zł na rozwój usług rolniczych? Trwa nabór 2016

 

Miłości do ziemi nie zabrakło, ale pieniędzy i dlatego niektórzy polscy rolnicy nie zdążyli wsiąść do unijnego pociągu. Czy kolejni będą musieli z niego wysiąść?

W ostatnim 25-leciu ok. 800 tysięcy gospodarstw (liczących 0,5- 1 ha) w naszym kraju przestało istnieć, choć polskie rolnictwo jest przykładem sukcesu w UE. Żeby kolejni nie musieli tak szybko odchodzić z roli, skutecznie walczyliśmy o utrzymanie systemu SAPS (dotyczy płatności bezpośrednich) i przygotowaliśmy rozwiązania takie jak np. do 60 tys. złotych wsparcia na restrukturyzację małych gospodarstw.

 

Nawet naukowcy mówią o tym, że nadmierna koncentracja gruntów nie jest wskazana. Przecież ci, którzy mają niewiele ziemi, też mogą znaleźć dla siebie miejsce np. w rolnictwie ekologicznym, w warzywnictwie. Gdy byłem ministrem sporo jeździłem po kraju i widziałem np. jak w pow. miechowskim świetnie radzą sobie producenci warzyw, którzy mają 8 czy 9 hektarów. Poza tym jesteśmy największym w Europie producentem jabłek, malin, pieczarek i wielu innych.

 

Producenci malin coraz częściej narzekają na współpracę z przetwórcami.

Bo niektórzy ich po prostu rolują. W tej sytuacji jedyną możliwością jest przetwórstwo w ramach grup producentów, spółdzielni, klastrów i sprzedaż konsumentom.

 

Po uwolnieniu unijnego rynku narzekają także producenci mleka, zaś końca kwotowania na rynku cukru boją się plantatorzy buraków cukrowych...

Nie dziwię się im, bo Unia Europejska za szybko zrezygnowała z limitów. W przypadku kwot mlecznych walczyłem, by ten termin przesunąć, ale nie było na to szans, bo za dużo państw było temu przeciwnych. Z kolei w przypadku kwot cukrowych udało się przeciągnąć chociaż do 2017 roku. Zabiegałem o dalszy termin - 2020 rok. Usłyszałem, że gdyby on został przyjęty, to niektóre kraje (Portugalia, Grecja, Słowacja, Finlandia) - powołując się na reformę unijnego rynku cukru - wróciłyby wcześniej do jego produkcji. To byłoby niedobre.

 

Nie będzie kwot, ceny coraz bardziej rozchwiane...

Dlatego trzeba wspierać rolnictwo w ramach wsparcia dopłatami do produkcji. To jest możliwe. 

 

Nie wszystkim Polakom to się podoba. Jak ich przekonać?

Trzeba zrozumieć, że rolnictwo to strategiczna część gospodarki. Po wojnie Niemcy i Francja, właśnie od rolnictwa rozpoczęły odbudowę kraju, Stany Zjednoczone podobnie postąpiły po kryzysie. Na rolnictwo stawiają tak bogate państwa jak Japonia, więc bierzmy z nich przykład. Co prawda kapitał w rolnictwie krąży sześć razy wolniej niż w innych branżach, ale jest to biznes pod chmurką, bardzo wrażliwy, który trzeba wspierać. Wynika to nie tylko z praktyki, ale poważnych badań naukowych.

 

Wiem, że niektórzy mówią, iż rolnicy dopłaty przepuszczą na głupoty, przepiją ... Nie ma się co przejmować takimi wypowiedziami. Jest to nieprawda. Wspólna Polityka Rolna ma na celu przede wszystkim ochronę konsumentów żywności i wspieranie rolnictwa. Bez tego wsparcia żywność w Polsce byłaby o 40-50 proc. droższa.