O celach i możliwościach wrocławskiego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych opowiada dyrektor oddziału Piotr Regiec. Niedawno rozpoczął Pan pracę we wrocławskim oddziale ANR. Jaki cel stawia Pan przed agencją?

To nie jest jeden cel, mamy ich kilka. Przede wszystkim będziemy wykonywali obowiązki nałożone na Agencję przez ustawodawcę, a więc wzmocnienie ochrony i rozwój gospodarstw rodzinnych, które w świetle Konstytucji stanowią podstawę ustroju rolnego. Ustawodawca w nowej ustawie zobowiązał Agencję do zapewnienia właściwego zagospodarowania gruntów rolnych, w trosce o zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego obywateli i dla wspierania zrównoważonego rolnictwa. Jednak o szczegółach na razie wolałbym nie mówić, bo czekamy na przepisy wykonawcze do nowej ustawy.

Kolejnym istotnym fragmentem naszych działań jest współpraca z samorządami. Chodzi oczywiście o przekazywanie przez nas – nieodpłatnie – gruntów dla gmin, które na nich mogą budować szkoły, sale gimnastyczne, boiska, czy świetlice. Możliwości jest wiele. Chcemy też pomagać finansowo gminom przy remontach mieszkań (najmowanych przez byłych pracowników PGR) czy niektórych dróg, w przypadku woli ich przejęcia od ANR.

Trzecim celem jest zagospodarowanie zabytków, które znajdują się w zasobie Agencji. Jest ich blisko 200, a wśród nich ok. sto pałaców i dworków. Niektóre są w złym stanie technicznym, wymagają remontów, zabezpieczenia, a także ubezpieczenia. Jeśli chodzi o nasze pałace, to możemy pochwalić się prawdziwymi perełkami, jak choćby obiekty w Bobolicach (gmina Ząbkowice Śląskie), Dalborowicach (gmina Dziadowa Kłoda) czy w Tyńczyku Legnickim (gmina Krotoszyce).

Ostatnim celem, choć równie istotnym jak poprzednie, jest sprzedaż gruntów inwestycyjnych. W naszej ofercie znajduje się kilka bardzo atrakcyjnych nieruchomości, tuż przy dużych miastach, a nawet w ich granicach administracyjnych. Można by długo wymieniać tereny na sprzedaż. Dlatego ograniczę się do działek w Bielanach Wrocławskich, które w tym zestawieniu są chyba najatrakcyjniejsze.

 

Podobno ANR nie może sprzedawać ziemi…

To nie jest prawda! Wstrzymana została sprzedaż nieruchomości rolnych – sprawę za chwilę rozwinę. Możemy natomiast sprzedawać grunty inwestycyjne, czyli takie, na których można np. budować osiedla mieszkaniowe, sklepy wielkopowierzchniowe, czy fabryki. W społeczeństwie panuje przekonanie, że cała sprzedaż jest wstrzymana, ale na szczęście inwestorzy wiedzą, jak jest w rzeczywistości. Często zgłaszają się do nas przedstawiciele biznesu, którzy chcą kupić określoną ilość hektarów, wtedy proponujemy im najkorzystniejsze rozwiązania.

Jeśli zaś mówimy o gruntach rolnych… Jak już wspomniałem, sprzedaż została wstrzymana. Ale są od tej zasady wyjątki. Pierwszy dotyczy nieruchomości rolnych o powierzchni do 2 ha, które mogą nabywać rolnicy. Drugi - nieruchomości o powierzchni do trzydziestu arów (tzw. siedlisko) mogą być nabywane bez żadnych ograniczeń.

Większe grunty obecnie są rolnikom dzierżawione, kupić ich nie można.

 

Dlaczego zaostrzono zasady? Wcześniej ziemię można było kupować bez problemu.

Prostuję. Zasady nie zostały zaostrzone, a wyrównane w stosunku do tych, które obowiązują w innych krajach Unii Europejskiej. Przykładowo w Danii czy we Francji obcokrajowiec praktycznie nie może kupić ziemi. Przepisy tam bardzo restrykcyjne. Tymczasem w Polsce zdarzały się niestety sytuacje, że tysiące hektarów ziemi - za bezcen - zostały wykupowane przez obcokrajowców. Dla czystego zysku, który wynikał z dopłat unijnych. Ceny ziemi w Polsce są – w stosunku do zarobków w starej Unii – niskie, co pozwalało na zakup wielkiej jej ilości za stosunkowo niewielkie pieniądze poprzez różnego rodzaju spółki czy tzw. „słupy”. W samym województwie zachodniopomorskim dotyczy to kilku tysięcy hektarów! To sytuacja patologiczna, która na szczęście już jest przeszłością.

 

Pracownicy Agencji żyli w strachu, gdy zmieniła się władza. Mówiono, że nastąpią masowe zwolnienia…

I nie nastąpiły. Zatrudniamy obecnie ponad 200 osób. Po objęciu przeze mnie stanowiska dyrektora, rozstaliśmy się raptem z kilkoma osobami. Dodam, że wśród tych kilku pracowników część odeszła z własnej inicjatywy, a z resztą rozwiązaliśmy umowę za porozumieniem stron. Nie było żadnych czystek.

Parę spraw we wrocławskim oddziale ANR trzeba jednak uporządkować. Zaznaczam jednak, że jestem zwolennikiem ewolucji, a nie rewolucji.

 

Co już udało się Panu uporządkować?

Została choćby powołana komisja społeczna, która zaczęła działać przy naszym oddziale. Jej członkowie, wywodzący się z różnych organizacji rolniczych, mają sporo zadań m.in. dotyczących przetargów. Mogą np. sugerować, aby nie organizować przetargu ustnego (licytacji), a przeprowadzić konkurs ofert. Do tego ogromne znaczenie ma ich znajomość środowiska. Ci ludzie wiedzą np., że któryś z uczestników przetargów może być tzw. słupem. To bezcenna wiedza, dlatego też ze współpracy z komisją jestem bardzo zadowolony.

 

Panie dyrektorze, szerszej publiczności znany jest Pan, jako wieloletni samorządowiec z Oławy.

Jestem radnym Rady Miejskiej tego pięknego miasta już trzecią kadencję. Przez rok miałem zaszczyt nawet przewodniczyć jej pracom. Zawodowo (obecnie na bezpłatnym urlopie) jestem pracownikiem naukowym, ze stopniem doktora, Uniwersytetu Przyrodniczego.

Moje prywatne zainteresowania, ze względu na brak czasu, są mocno ograniczone. Kiedyś sporo grywałem w brydża, a nawet w brydża sportowego. A ciekawostką jest to, że gry uczyłem się najpierw od rodziców, a potem, z książki autorstwa świetnego zawodnika tej dyscypliny, czyli Janusza Korwin–Mikkego.

Jednak moim największym hobby jest wędkarstwo spinningowe. To dla mnie forma odpoczynku, ale aktywnego. Spinning nie polega na siedzeniu z wędką, trzeba nieraz przejść kilka kilometrów wzdłuż brzegu, aby znaleźć obiecującą „miejscówkę” i złowić rybę. Z uwagi na pracę, prowadzę siedzący tryb życia, spinning jest więc dla mnie świetną odskocznią. Nie mam na niego tyle czasu, ile chciałbym poświęcić, może dlatego istotnym elementem jest też gromadzenie sprzętu. A tego może być bardzo dużo. Samych przynęt jest mnóstwo, można powiedzieć że każdy gatunek ryby wymaga innych, zmieniają się one również w zależności od łowiska czy pory roku.

 

To proszę się pochwalić, jaką największą rybę Pan złowił.

Było ich trochę (śmiech). Jednak dumny jestem przede wszystkim z nieco ponad metrowego szczupaka, 11-to kilogramowego karpia oraz sumów – te ogromne ryby (nawet 70 kg wagi, ponad dwa metry długości) złapałem już trzykrotnie, choć moje, niestety były znacznie mniejsze.

 

A w kuchni, która rybka najlepiej smakuje?

Pieczony karp, no i sandacz, fantastycznie przyrządzane przez moją żonę.