Sport

    Kłopoty latającego cyrku F1

    Kłopoty latającego cyrku F1

    Dominik Lutostański

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Kierowcy od początku sezonu głośno krytykują wprowadzenie nowych zasad w kwalifikacjach. To nie jedyny absurdalny pomysł, który w ostatnim czasie wprowadzono w wyścigach
    W pierwszym Grand Prix tego sezonu w Australii zadebiutował nowy system kwalifikacji. Okazał się jednak całkowitym niewypałem. Na torze pogubili się wszyscy - kierowcy, drużyny, a przede wszystkim kibice. Miało być ciekawie, a wyszło nudno.
    Plan był prosty. Zawodnicy ścigają się w trzech sesjach. Pierwsza trwa szesnaście minut, po pierwszych siedmiu odpada najwolniejszy zawodnik, a później co 90 sekund, tor opuszcza kolejny, aż pozostaje ich 15. Podobne wygląda to w drugiej serii, tylko na torze zostaje ośmiu zawodników, a najsłabszy odpada po sześciu minutach.

    Finałowa runda trwa 14 minut. Eliminowanie kierowców przebiega tak samo, jak podczas dwóch pierwszych serii, jednak rozpoczyna się po pięciu minutach. Dwóch najlepszych, którzy zostają na torze, przez ostatnie 90 sekund walczy o pierwsze pole startowe.

    W rzeczywistości wyszło fatalnie - drużyny miały problem z dokończeniem pomiarowego okrążenia. Pokrzywdzony mógł się poczuć Esteban Gutierrez z Haasa, który zaliczył świetny czas, dający wówczas czwarte miejsce, ale zrobił to po upływie kolejnej rozliczeniowej półtorej minuty i odpadł z kwalifikacji. Po wyścigu wszyscy krytykowali nowy pomysł. - To największy błąd, jaki można było zrobić! Katastrofa! - protestował głośno Niki Lauda, były mistrz świata Formuły 1, a obecnie doradca Mercedesa.

    Sprzeciw całego światka F1 sprawił, że w Bahrajnie planowano przywrócenie starego systemu kwalifikacji. Jednak ostatecznie wycofano się z tego pomysłu i w najbliższy weekend kierowcy pojadą w tym samym systemie jak w Australii. Bernie Ecclestone, szef Formuły 1, który zdołał nazwać nowy system „gó...em”, stwierdził, że ewentualne zmiany mają być wprowadzane po drugim w tym sezonie GP.

    - Jestem rozczarowany tak samo jak każdy, kogo znam, że nie wracamy do starych kwalifikacji - denerwował się czterokrotny mistrz świata, Sebastian Vettel.

    - Wyobraź sobie, że sprzedajesz lody waniliowe, ale każdy, kto przychodzi do twojej lodziarni, pyta o lody czekoladowe. Następnego dnia otwierasz sklep i wszyscy spodziewają się, że będziesz miał dla nich lody czekoladowe, a ty dalej sprzedajesz waniliowe… Zazwyczaj starasz się zadowolić klientów. Na pewno nie można powiedzieć, że wykonujesz dobrą robotę, jeżeli działasz dokładnie na odwrót, jak chcą tego ludzie - mówił.

    - Nowe kwalifikacje to nie jest powrót do dumy. Gdy wszyscy są przeciwko czemuś, a ty ciągle decydujesz się to utrzymać… Zresztą kwalifikacje są tylko jednym przykładem tego, co nie jest w porządku - zakończył.
    Podobnego zdania jak Vettel i reszta kierowców jest obecny mistrz świata Lewis Hamilton.
    - To całkowita strata czasu. Nie widzę w tym nic pozytywnego. Nie uważam, że zmiany w kwalifikacjach w jakikolwiek sposób mogą poprawić spektakl dla widzów, a przecież do tego dążymy - podsumował Brytyjczyk.
    Nowe kwalifikacje to nie jedyny pomysł, który w ostatnich kilku latach był mocno krytykowany przez kibiców i samych zawodników.
    W 2009 roku na spotkaniu Światowej Rady Sportów Motorowych władze podjęły decyzję o zakazie tankowania w trakcie wyścigu. Jako argument podawano oszczędność. Jednak kibiców to nie przekonywało. Większość fanów uwielbiała patrzyć na to, ile trwa cały pit-stop z zatankowaniem bolidu i zmienieniem opon. Do tego dochodził element strategiczny. Zespoły szachowały się nawzajem, tworząc niesamowity spektakl przez cały wyścig. Po tej decyzji kombinowano ze zmianą opon, ale dla wielu to nie było to samo. Jednak władze F1 poszły po rozum do głowy i... od sezonu 2017 roku wróci możliwość tankowania.

    Przez zmiany w regulaminie zespoły w 2014 roku musiały dostosować kształt nosów bolidów. Wyglądały fatalnie. Niektórzy nazywali je dziobkami, inni porównywali do odkurzaczy, a nieco bardziej odważni porównywali je do penisa. - Dzieciaki patrząc na bolidy F1 powinny marzyć. Nie jestem przekonany, czy widząc te bolidy zobaczą marzenie, czy koszmar. Mi przypomina się film „Obcy” z tym czymś wychodzącym z ust - mówił Cyril Abiteboul, szef teamu Caterham.

    Sezon 2014 w ogóle był pechowy dla Formuły 1. Oprócz nosów, wymyślono podwójne punktowanie ostatniego wyścigu, tak by emocje o tytuł toczyły się się do samego końca. Pomysł spalił na panewce, bo Lewis Hamilton kilka wyścigów wcześniej zapewnił sobie tytuł najlepszego kierowcy na świecie. Po sezonie zrezygnowano z tego udziwnienia.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Sport z kraju i ze świata

      Zobacz więcej na Sportowy24.pl

      Sportowy24 na Facebooku

      Galerie

      GOL24 na Facebooku

      Gry On Line - Zagraj Reklama