Sport

    Istnieje życie po Euro 2016, ale... Marcin Feddek o...

    Istnieje życie po Euro 2016, ale... Marcin Feddek o reprezentacji i Adamie Nawałce [ROZMOWA]

    Marek Fabiszewski

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Marcin Feddek, dziennikarz Polsatu, w trakcie Euro 2016 na murawie Stade de France przed meczem biało-czerwonych z Niemcami (0:0).

    Marcin Feddek, dziennikarz Polsatu, w trakcie Euro 2016 na murawie Stade de France przed meczem biało-czerwonych z Niemcami (0:0). ©Twitter/Marcin Feddek

    Przeżyjmy to jeszcze raz oczami bydgoszczanina, który na Euro 2016 nie odstępował biało-czerwonych na krok. A z Adamem Nawałką spotykał się na kawie. Rozmowa z Marcinem Feddkiem, dziennikarzem telewizyjnym Polsatu.
    Marcin Feddek, dziennikarz Polsatu, w trakcie Euro 2016 na murawie Stade de France przed meczem biało-czerwonych z Niemcami (0:0).

    Marcin Feddek, dziennikarz Polsatu, w trakcie Euro 2016 na murawie Stade de France przed meczem biało-czerwonych z Niemcami (0:0). ©Twitter/Marcin Feddek

    Zacznę troszkę filozoficznie: czy istnieje życie po Euro 2016?

    Czy istnieje? Myślę, że tak. Ja do tego tak nie podchodzę, że coś się skończyło i człowiek nie ma co ze sobą zrobić. Rzeczywiście było to dla mnie fajna przygoda dziennikarska. Ale mam nadzieję, że z tą reprezentacją jeszcze trochę pobędę, np. kiedy zaczną się eliminacje do mundialu w Rosji. I mam nadzieję, że wspólnie przeżyjemy jeszcze fajne chwile z biało-czerwonymi.


    Od finału Euro minęły już ponad dwa tygodnie, a od ostatniego meczu Polaków jeszcze więcej, zdążyła już wystartować ekstraklasa. Czy rozgrywa Pan w głowie jeszcze turniej we Francji?

    Jak wracaliśmy samolotem i były już teoretycznie dwie doby po meczu, to w piłkarzach jeszcze to wszystko siedziało. Myślę, że w trenerach, dziennikarzach i kibicach też. Wszyscy mieli i mają wrażenie, że można było osiągnąć coś więcej. Szczególnie po tym jak się oglądało Portugalczyków. Może to głupio mówić tak o mistrzach Europy, ale w tamtym momencie, gdy z nimi graliśmy, byli najsłabszą drużyną, z którą się zmierzyliśmy. Nawet teraz o tym myślę.

    Próbował Pan sobie wyobrazić takie mecze jak półfinał Polska - Walia i finał Polska - Francja?

    Oczywiście. I jestem przekonany, że w tym półfinale byśmy sobie spokojnie poradzili. Nasz zespół był na pewno dobrze przygotowany fizycznie, były takie sygnały z ławki podczas tej dogrywki z Portugalczykami, że wyglądamy lepiej od nich, żeby ich jeszcze przycisnąć, natomiast gdzieś chyba w głowach naszych piłkarzy było wyczekiwanie na rzuty karne, nie chcieli zaryzykować. I może teraz tego żałują. Co ciekawe, gdy Portugalczycy zeszli po meczu do tunelu, to większość z nich oparta o ściany nie była w stanie cieszyć się i udzielać wywiadów. Byli totalnie i skrajnie wyczerpani. Nasi piłkarze sami zauważyli, że rywale ledwie przeżyli tę dogrywkę.



    Był Pan bardzo blisko naszej reprezentacji, nie tylko na Euro, ale też w trakcie eliminacji. Chyba najbliżej z wszystkich dziennikarzy. Skąd taki przywilej?

    Wielokrotnie słyszałem od Adam Nawałki, że jestem prawie jak członek jego sztabu szkoleniowego (śmiech), bo jestem z nimi prawie od samego początku, od pierwszego zgrupowania w Grodzisku Wielkopolskim. To już prawie trzy lata. Rzeczywiście, jestem jedynym dziennikarzem, który wchodził na wszystkie treningi zamknięte, do których nikt nie miał dostępu, nawet moi koledzy z Polsatu, ani nikt inny. Na pewno zdobyłem sobie sympatię selekcjonera jeszcze jak był trenerem Górnika Zabrze. Potem jak się spotykaliśmy w różnych okolicznościach, komentując wspólnie mecze, czy przy okazji wywiadów, albo gdy był naszym ekspertem przy okazji Euro 2012, to ta znajomość się utrwalała. Robiłem wtedy w studio analizy rywali i Nawałka był pod dużym wrażeniem tego, jak to robię, jak ja widzę piłkę. Często sympatycznie dyskutowaliśmy. W Zabrzu przed każdym meczem zapraszał mnie do siebie na kawę i mogłem z nim o wszystkim porozmawiać, o każdym detalu piłkarskim, składzie, taktyce. Oczekiwał ode mnie tylko tego, że nigdy nie wyciągnę na zewnątrz sekretów, które mi powierzał.

    A jakie były Pana początki przy reprezentacji Nawałki?

    Zaczęło się od tego, że pierwsze dwa, trzy treningi w Grodzisku oglądałem z ukrycia, po ciemku, w budynku hotelowym i nikt o tym nie wiedział. A potem Nawałka pozwolił mi już wejść oficjalnie na trening. I wszyscy wiedzieli, przynajmniej piłkarze, że jestem tym dziennikarzem, który może te treningi oglądać. Umowa była prosta, że ani składu, ani tego, co robią na treningach nie sprzedaję przed meczem, broń Boże, natomiast mogę z tej wiedzy korzystać, analizując mecze naszej reprezentacji do naszego programu „Cafe Futbol”. Sprawiało mi to dużą radochę, że mogę ludziom pokazywać, jak ta drużyna się rozwija, wiedząc co robią na treningach i wiedząc co wyszło w meczu, mogłem to kibicom przed telewizorami wytłumaczyć. I w ten sposób ta nasza współpraca się docierała. Na początku Adam miał trochę uwag, jak to pokazywać, jak to robić. Pod tym względem był i jest bardzo konkretny i zasadniczy. Wiedziałem, że pewnych barier nie można przekroczyć, na przykład do szatni nigdy nie wchodziłem. W samolocie jak z nimi wracałem, to zajmowałem z moim operatorem dwa ostatnie miejsca w tyle, bo samolot był traktowany tak samo jak szatnia, jak autobus, do którego nie mają prawa wejść też kobiety. To rzecz święta miejsce dostępne tylko dla reprezentacji.

    A co na to piłkarze?

    Oni się już przyzwyczaili, że im towarzyszę od trzech lat na każdym treningu, każdym zgrupowaniu i każdym meczu, więc na swój sposób traktowali mnie jak członka reprezentacji. Po pierwsze, że jestem, po drugie, że robiąc analizy nie czepiam się ich, nie wytykam błędów. Jeśli mówiłem, że tu się spóźnił Krychowiak, a tu zawalił Glik, to nie mieli do mnie pretensji, bo sami wiedzieli, że tak było.

    Jak się ogląda mecz z wysokości boiska, nie tęsknił Pan do miejsc komentatorskich na wysokości kilku pięter, gdzie siedzieli Pana koledzy?

    Powiem szczerze, że nie. Bliskość ławki sprawiała, że czułem te wydarzenia tak, jakbym siedział z nimi na ławce, albo tak jakbym był naprawdę jednym z zawodników tej reprezentacji. Po drugie: wrażenie na dole jest zupełnie inne, szczególnie na takim poziomie sportowym, gdzie jest cały stadion i grają niekiedy najlepsi piłkarze świata. Musiałem mieć podzielną uwagę: pilnować tego co się dzieje na murawie, na ławce i tego co słyszę od realizatora w słuchawkach. Patrząc na mecz szukałem tych fragmentów, które Nawałka ćwiczył z piłkarzami na treningach. Każdy mecz miał inną historię, na każdy była inna taktyka, inny wariant przygotowywany. Na te warianty Nawałka poświęcał właściwie dwa dni, bo między meczami były cztery dni, a tu przeloty w obydwie strony. Tych treningów w La Baule nie było wiele, dużo rzeczy przećwiczyli w Arłamowie.



    Podczas eliminacji, a potem na Euro mógł Pan poprawić tzw. czytanie gry...

    Z tym nigdy nie miałem problemów, ale nie ukrywam, że Adam Nawałka nauczył mnie dostrzegać pewne niuanse, które decydują o tym, że ktoś może, albo nie może w danym meczu zagrać. Albo że ktoś może wskoczyć na poziom reprezentacji, a ktoś musi jeszcze poczekać na swoją szansę. On w ten sposób prowadził młodych zawodników: Kapustkę, Linetty’ego, czy Milika. Widziałem jak pracuje z nimi, na co zwraca uwagę, że szuka odpowiedniego momentu, żeby wprowadzić do gry. I zawsze trafiał, to jest jego zaleta. Każdy zawodnik, który wchodził do gry, choćby Peszko w eliminacjach z Irlandią, był dobierany pod zespół. Bo dla Nawałki najważniejszy jest zespół. Ułożył tak taktykę, żeby wykorzystać walory Lewandowskiego, ale żeby „Lewy” mógł z tego też korzystać. Nagle się okazało, że możemy atakować dwoma napastnikami, dwoma skrzydłowymi. W momencie finalizacji akcji masz w polu karnym aż czterech piłkarzy, czego wcześniej nigdy nie było. On zawsze był tam sam, zawsze się musiał cofać po piłkę, potem się frustrował. Teraz to się zmieniło. I nawet jak nie strzela goli, to nie ma z tym problemu. Nawałka potrafił zbudować atmosferę i nastawić do zespołowej gry.

    Czy w trakcie Euro piłkarze czuli, że tak zapytam górnolotnie, naród żyje ich meczami?

    To było widać już na trybunach. A każdy z nich zaglądał przecież do Internetu i widział co się tam pisze, ale największe zaskoczenie było po powrocie, już na Okęciu. Takiego zainteresowania się nie spodziewali. Jako ciekawostkę dodam, że w La Baule, gdzie mieliśmy bazę, w ogóle nie czuć było atmosfery Euro. I to było dobre, bo piłkarze potrzebowali takiego miejsca do pełnej regeneracji i wyciszenia.

    A czy odczuwaliście zagrożenie terrorystyczne?

    Mieliśmy troszkę szczęścia, bo pierwszy mecz z Irlandią Północną graliśmy w Nicei, a wiemy przecież, co się tam wydarzyło już po Euro. Organizatorzy ostrzegali nas, że to jest najbardziej zagrożone miasto we Francji i przestrzegali przed niepotrzebnym „zwiedzaniem”. W fazie grupowej towarzyszyło nam non-stop w hotelu dwóch funkcjonariuszy służb specjalnych, a w fazie grupowej nawet czterech. Ale tylko dlatego, że połowy reprezentacji już nie było na turnieju i trzeba było „zagospodarować” ludzi.

    Który z zawodników zaskoczył Pana na boisku, a który z nich poza boiskiem?

    Na pewno zaskoczył mnie Szczęsny. Wydawało mi się, że po tej kontuzji w pierwszym meczu, która wyeliminowała go z dalszej gry, będzie zły i będzie to negatywnie przeżywał. Ale on się bardzo szybko w tej sytuacji odnalazł i jak tylko mógł to motywował Fabiańskiego i Boruca do pracy. Gdy nie mógł trenować, to był bardzo blisko z nimi. Nie było takiej fałszywej rywalizacji i zazdrości. Zaskoczył mnie też Błaszczykowski, który wstrzelił się absolutnie z formą. Biorąc pod uwagę, że praktycznie pół sezonu nie grał, można się było obawiać, czy wytrzyma końcówki, a on szedł w górę! Bardzo mocno przepracował Arłamów. Przede wszystkim tam fajnie odbudowała się relacja między nim a Nawałką i Lewandowskim. To mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. Kuba był uśmiechnięty, czerpał z tego radochę. Te konflikty, o których sie mówiło, poszły gdzieś na bok. Najważniejsza była drużyna, najważniejszy był wynik. Niestety, był też na swój sposób takim naszym tragicznym bohaterem, gdy nie wykorzystał rzutu karnego z Portugalią.

    Właśnie, jak to wyglądało z Pana perspektywy, jeszcze z boiska, w drodze do szatni, już w hotelu?

    No, nie da się ukryć, był załamany. Podobnie jak Łukasz Fabiański, który po wywiadzie z Mateuszem Borkiem ryczał. Musiał wyjść na murawę, długo nie wracał, cały czas miał pretensje do siebie, że to jest jego wina, że na dziesięć karnych powinien przynajmniej dwa złapać, że to od bramkarza się wymaga, żeby coś obronił, a nie od piłkarza, żeby coś strzelił. Taką miał swoją filozofię i tak to przeżywał. A Kuba? Nawałka chodząc po samolocie próbował ich podbudować, podnieść, bo taką ma naturę, żeby szybko zapomnieć co złe. Dostaliśmy w łeb, ale trzeba docenić to co zrobiliśmy i trzeba iść dalej. Pytał się zawodników, gdzie jadą na wakacje, jak widzą eliminacje do mundialu, najdłużej zatrzymał się przy Kubą. Trener próbował go podbudować, ale on chyba zdaje sobie sprawę, że to był może nie jego ostatni turniej, ale wielka szansa na jeszcze większy sukces, niż ćwierćfinał.

    Trzy owocne lata z reprezentacją Adama Nawałki. To się nadaje na dobry film, albo na dobrą książkę. Powstaną?

    Film może nie, ale książka? Zobaczymy...

    Dziękuję za rozmowę.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Sport z kraju i ze świata

      Zobacz więcej na Sportowy24.pl

      Sportowy24 na Facebooku

      Galerie

      GOL24 na Facebooku

      Gry On Line - Zagraj Reklama