Sport

    Adam Małysz: Nie wytrzymałbym za biurkiem

    Adam Małysz: Nie wytrzymałbym za biurkiem

    Przemysław Franczak

    Aktualizacja:

    Dziennik Polski 24

    Lahti. Adam Małysz, obecnie dyrektor-koordynator PZN, oraz Kamil Stoch, dwukrotny mistrz olimpijski

    Lahti. Adam Małysz, obecnie dyrektor-koordynator PZN, oraz Kamil Stoch, dwukrotny mistrz olimpijski ©Fot. Paweł Relikowski

    - Nasi zawodnicy będą chcieli odkuć się na dużej skoczni - mówi Adam Małysz, dyrektor-koordynator PZN przed czwartkowym konkursem na mistrzostwach świata w Lahti.
    Lahti. Adam Małysz, obecnie dyrektor-koordynator PZN, oraz Kamil Stoch, dwukrotny mistrz olimpijski

    Lahti. Adam Małysz, obecnie dyrektor-koordynator PZN, oraz Kamil Stoch, dwukrotny mistrz olimpijski ©Fot. Paweł Relikowski

    - To pierwsze mistrzostwa świata, na których jest Pan w roli…

    - ...działacza (śmiech). Nie bójmy się tego słowa.

    - Jak jest po drugiej stronie lustra?

    - Bardzo dobrze. Choć inaczej. Non stop w ruchu, w zasadzie nie ma na nic czasu. Zawodnicy mają sporo wolnego, natomiast sztab pracuje na okrągło. Dużo spraw organizacyjnych jest do ogarnięcia, tu trzeba zajechać, tam coś załatwić.
    To się tylko tak wydaje, że to są wakacje. Chłopaki czasem przychodzą do naszego domku i mówią: „Kurczę, coś byśmy porobili, bo już się nudzimy”. A Stefan Horngacher odpowiada: „Langsam, langsam, my tu jesteśmy zajęci”. Ale ja to lubię, coś się dzieje. Siedzenia za biurkiem bym nie wytrzymał.

    - Adrenaliny nie brakuje?

    - Trochę czasem brakuje.

    - Przez kilkanaście lat dostarczały jej Panu skoki, potem rajdy. I nagle trzeba było gwałtownie odciąć jej dopływ.

    - Teraz adrenalina rośnie mi na konkursach, o wiele mocniej przeżywam starty chłopaków niż własne. Cóż, tak się to potoczyło, że ta moja kariera sportowca została nagle urwana, na rajdy nie było mnie stać, ale nie zapomniałem o tym, co było. W Polsce kiedy mam czas, to jadę sobie potrenować, żeby jednak mieć cały czas kontakt z samochodem.

    - W Finlandii też są ładne tereny.

    - Oj, tak. Niesamowite. I faktycznie, gdy tutaj jeżdżę, to czasem w głowie pojawiają się takie myśli: ale fajne miejsce na off-road, tu też byłaby niezła zabawa. Tam, gdzie mieszkamy, w Vierumaeki, również są piękne tereny, a do naszych domków prowadzi kręta droga. I jest takie uczucie, żeby nacisnąć mocniej gaz i pójść bokiem przez las. Ale się powstrzymuję (śmiech).

    - Trudniej być dyrektorem czy sportowcem?

    - To jest zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności. Ale czy trudniej? Na pewno inaczej. Wiem jednak, jaka jest moja rola, co mam robić. Doświadczeń zebrałem sporo. Bardzo dużo nauczyłem się będąc w rajdach, zobaczyłem, jak ta strona organizacyjna wygląda w innych dyscyplinach. I wiem, że w sporcie nie można się zatrzymywać, cały czas trzeba się rozwijać. Nie zadowalać się jednym dobrym rozwiązaniem, tylko na podorędziu mieć już następne. Przykładem, że to działa, może być choćby kadra Horngachera.

    - Gdyby ktoś Panu zaproponował zakład, czy Polak stanie na podium w czwartek, to by go Pan przyjął?

    - Nie. Ja nigdy nie rozdaję medali przed konkursami. Tak dużo jest elementów, które mają wpływ na wynik - forma, szczęście, zaangażowanie, dobre samopoczucie, świeżość, to, czy dobrze się wyspałeś - że głupotą jest układanie podium przed startem.

    - Niektórzy mówią: duża skocznia będzie bardziej pasować Polakom. Można tak stawiać sprawę?

    - Nie wiem, czy będzie pasować wszystkim. Kamilowi? Może. Ja lubiłem obie te skocznie, bo tutaj jest dosyć stary profil, przejście jest dość szybkie i krótki próg, co jest lepsze dla mniejszych zawodników. Tacy są dużo szybsi, dużo agresywniejsi i zdążają z odbiciem. Ci więksi mają z tym problem.

    Ale z drugiej strony Norwegowie są wysocy, a na treningach w Lahti wyglądali bardzo dobrze. To wszystko jest więc względne. Jeśli jesteś w formie, to po prostu robisz swoje. O Stefanie Krafcie mówili, że on na normalnej skoczni nie za bardzo ma szanse, bo to lotnik (Austriak zdobył złoto - red.). Ze mną było tak samo po wygraniu Turnieju Czterech Skoczni. Mówili tak: „Jedziemy teraz do Harrachova na mamuta, to zobaczymy czy sobie poradzi. Odbicie ma dobre, ale co z tego”. I wygrałem. Gdy skaczesz dobrze, to wtedy mniejsze znaczenie ma to, gdzie skaczesz.

    - Po konkursie na normalnej skoczni trzeba było chłopaków podnosić na duchu?

    - Nie było tak źle. De facto nic takiego się nie stało. Wiem, że był niedosyt, ale to jest sport, nie da się wszystkiego przeskoczyć. Dzień później jechaliśmy na ceremonię medalową, rozmawialiśmy, nie było widać, żeby Maciek i Kamil byli przygnębieni. Na pewno gdzieś tam to przeżywali, wiem jak to jest, bo sam byłem w takich sytuacjach. Najgorsza jest pierwsza noc, bo wtedy krążą ci po głowie myśli w rodzaju „kurczę, niewiele zabrakło, a jednak nie ma, dlaczego?”. Próbujesz sobie to tłumaczyć, a wyjaśnienia nie ma - to jest poza tobą. Wstając rano trzeba więc spróbować totalnie o tym zapomnieć. Wiadomo, gdzieś to będzie przewijało się w głowie, ale trzeba to przerodzić w pozytywną agresję na następny konkurs. Żeby udowodnić, nie wszystkim wokół, tylko sobie, że potrafię. Ja w nich bardzo wierzę, nie zapomnieli przecież jak się skacze. Będą chcieli odkuć się na dużej skoczni.

    - Jak dyrektor Małysz czuje się w kadrze, w której prawie wszyscy są dziećmi Małyszomanii?

    - Jestem dumny z tego, co chłopaki wyczyniają. Bo to pokazuje, że moja praca, sukcesy, zaangażowanie pociągnęły za sobą młodzież. Ktoś zadał mi ostatnio pytanie, czy jestem zazdrosny o sukcesy Kamila, a ja nigdy w ten sposób nie myślałem. Dla mnie najważniejszy jest całokształt, to, że udało mi się pociągnąć za sobą tylu chłopaków. Teraz mogę się spełniać w innej roli, mogę im pomagać, a gdybym był zazdrosny, to bym z nimi nie pracował.

    - O tym, żeby samemu skoczyć dla zabawy Pan nie myślał? Narty by się znalazły, kombinezon też, o skoczni nie wspominając.

    - Zdarzały się takie momenty, ale znam swój organizm, wiem, ile mam lat.

    - Andreas Goldberger jest starszy, a skacze z kamerą na kasku przed zawodami.

    - Nie, to nie dla mnie. Ostatni skok w życiu oddałem na swoim pożegnaniu w Zakopanem i on już tym ostatnim pozostanie. Tego uczucia się jednak nie zapomina. Czasem mi się śni, że skaczę na nartach. I to są bardzo przyjemne sny.




    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      PRL bis to nie Polska!

      podatnik (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 6 / 5

      A może tak pora przejść na swoje i to za swoje a nie ciągle na garnuszku podatnika a swoje w skarpecie?

      Sport z kraju i ze świata

      Zobacz więcej na Sportowy24.pl

      Sportowy24 na Facebooku

      Galerie

      GOL24 na Facebooku