O czym lepiej nie rozmawiać przy stole, gdy nie chcemy wojny...

    O czym lepiej nie rozmawiać przy stole, gdy nie chcemy wojny w święta. Bardzo krótki poradnik

    Robert Migdał

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Już za chwileczkę, już za momencik, ruszamy na wielką trasę objazdową po domach naszych najbliższych (no, chyba, że szoł będzie się odbywać w naszych czterech kątach). Większość z nas czekają jednak odwiedziny u Rodziców, Teściów, Rodzeństwa, Ciotek, Wujków...
    Robert Migdał - redaktor

    Robert Migdał - redaktor ©Polska Press Grupa

    A że nie samym chlebem człowiek żyje (barszczem, uszkami, krokietami, kutią, pieczonym karpiem, sałatką śledziową, zupą grzybową, pierogami z kapustą), więc siedzenie przy wieeeeelkim stole (jak zwykle suto zastawionym - aż trzeba go lewarkiem samochodowym z czterech stron podpierać, żeby się nie zawalił od kilogramów świątecznych przysmaków) nie kończy się tylko na jedzeniu.

    Każdego roku biesiadnicy biją się z myślami: jakich tematów nie poruszać w rozmowach, żeby nie było kłótni, marsowych min, przewracania oczami i długiego milczenia w świąteczne dni?

    Pędzę z pomocą. Zrobiłem dokładne rozeznanie wśród swoich znajomych, kolegów i przyjaciół, i oto efekt: kilka rad, kiedy warto się ugryźć w język i czego lepiej przy świątecznym stole nie chlapnąć (jakich tematów nie poruszać), zgodnie z zasadą: milczenie jest złotem, srebrem, platyną i innym cennym kruszcem.

    Po pierwsze - a propos jedzenia - trzeba tylko chwalić to, co jest na stole, nie wybrzydzać, nie narzekać („nie lubię karpia, bo śmierdzi mułem i ma dużo ości”, „w sałatce za dużo cebuli”, „a czy aby się sernik trochę nie przypalił?”, „bigos jakiś taki tłustawy...”). Jeden taki głupi (bardzo głupi) komentarz i gospodyni, pani domu, się obrazi i nie przejdzie jej do Nowego Roku.

    Po drugie - jeszcze a propos jedzenia - nie mówić: ile, co ma kalorii, a że z pewnością się po świętach przytyje (no bo tyle jedzenia na stole), nie wspominać słów: BMI, odchudzanie, fitness, dieta.

    Po trzecie - zero polityki. Nieważne, że ciocia lubi tych z prawej strony, a tato tych z lewej, a mama to wiejski elektorat. Każdy lubi co innego i uszanujmy to - nie ma sensu wytykać błędów jednej opcji politycznej i wychwalać zalety drugiej. Zwolenników PiS-u nie przekonamy do PO, a Nowoczesnej do PSL. Będzie tylko przepychanka (słowna, licytowanie i rozliczanie), wszyscy się naburmuszą, a i tak po świętach jedni pójdą do kościoła, a drudzy na zakodowany marsz. Z pewnością świąteczne, polityczne spory przy stole, nie spowodują, że ktokolwiek zmieni swoje preferencje. Politykę więc zostawiamy za drzwiami (balkonu najlepiej).

    Po czwarte. Nie gadamy o chorobach - co, kogo boli, gdzie go strzyka, co miał ostatnio robione („Ciociu, a kolonoskopia bolała czy była robiona w znieczuleniu?”). Rozmawianie o chorobach porusza lawinę narzekań i powoduje najczęściej przechodzenie do zakazanego tematu rozmów przy świątecznym stole numer pięć - o śmierci (kto umarł, kto umiera, a kto źle wygląda i z pewnością zaraz umrze).

    Po szóste - zakaz rozmów o pracy (narzekania na zarobki i że szef to kretyn, a roboty tak dużo, że taczek nie ma czasu załadować). Mamy wolne - cieszmy się tym.

    Po siódme - młodych samotnych nie pytamy: „A masz już wreszcie kogoś?”, młodych w parach: „A kiedy ślub?”, młodych po ślubie: „A kiedy będziecie mieć dzieci?”. To tematy drażliwe, zabronione.

    Mam nadzieję, że choć trochę Państwu tym poradnikiem pomogłem. I że święta będą dzięki temu udane.

    PS. Tylko o czym teraz gadać, jedząc barszcz z uszkami...?

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama