durszlak porusz ten temat, odwagi! a POmatoły szykujcie POrtfele!!!
WP
27.07.10, 12:55:21
Uniwersytet Jagielloński promuje szkalujących Polskę (1) - Marian Marzyński, bardzo znany reżyser filmów dokumentalnych, w niezwykle szkodliwy sposób oczerniający Polskę i Polaków. - Marian Marzyński, bardzo znany reżyser filmów dokumentalnych, w niezwykle szkodliwy sposób oczerniający Polskę i Polaków, jest promowany na pierwszej stronie internetowej Centrum Badania Holokaustu Uniwersytetu Jagiellońskiego (zresztą obok innego, podobnego sobie paszkwilanta Jana Tomasza Grossa). Oprócz tego, we Wrocławiu był przegląd filmów Mariana Marzyńskiego. Kto lansuje i za czyje pieniądze człowieka, który powinien być w Polsce "persona non grata"? Poniższy artykuł idealnie wpisuje się w przemilczaną w mass-mediach międzynarodową i międzyrządową konferencję w Pradze ►"Mienie ery holokaustu", czyli - Czeski film, czyli handel żywym towarem (dwa cyrografy) - 26-30 czerwca br. w Pradze czeskiej odbyła się bardzo ważna międzynarodowa konferencja "Mienie ery holokaustu". Byli na niej przedstawiciele 49 państw oraz 30 organizacji pozarządowych. Napisałem wówczas o tym istotnym wydarzeniu trzy artykuły: "Polska": "Mienie ery holokaustu" (części 1 - 3) - Mocno zastanawiające jest, dlaczego tak duża i ważna konferencja o zasięgu światowym została w mass-mediach przemilczana. Już podczas samej konferencji nie było żadnych relacji. Przypomnę krótki fragment mojego artykułu, z części 3: "Medialną ciszę wokół kończącej się, w Pradze międzyrządowej konferencji ", "Mienie ery holokaustu" można wytłumaczyć... wakacjami. Lato, gorąco, urlopy... tak, ale nie do końca. Skoro to może być (?!) wytłumaczeniem, to czemu taka konferencja odbywa się właśnie w czasie, kiedy większość polityków, publicystów i ludzi mediów zasłużenie wypoczywa. A może właśnie o to chodziło?" - To po pierwsze, a po drugie, przecież wszyscy wiemy, że wakacje są "sezonem ogórkowym", w którym na siłę wymyśla się sensacje, przeróżne historie, zwłaszcza z potworami, np. z Loch Ness... Bo nie ma o czym pisać. Tak samo było pod koniec minionego czerwca. Media milczały jak zaklęte. I to niemal wszystkie. Nie trzeba mieć nadzwyczajnej pamięci, by spróbować porównać dwa podobne wydarzenia. Mam na myśli poznańską XIV Konferencję Klimatyczną ONZ (1-12 grudnia 2008). W tamtych dniach nie było tytułu prasowego i programu radiowego, a zwłaszcza telewizyjnego, by nie było relacji z tej konferencji. Byliśmy dosłownie bombardowani ilością informacji, do tego stopnia, że strach było otworzyć lodówkę, w obawie, że wyskoczy z niej ekolog z jakąś złowrogą prognozą. Również nic nie uległo zmianie na witrynie internetowej Centrum Badań Holokaustu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Darmo szukać tam fachowych debat na temat "Mienia ery holokaustu". Ani słowa (albo nie umiem szukać). Natomiast już na pierwszej stronie można się natknąć na bardzo kontrowersyjne postaci, które sobą na pewno nie wniosą nic dobrego: reżyser Marian Marzyński, pisarz Jan Tomasz Gross i ks. Stanisław Musiał. Niektórzy rozmówcy sugerowali, że po wakacjach, jesienią, przyjdzie czas na podsumowanie konferencji w Pradze. Otóż dziś, po niemalże czterech miesiącach, nic takiego nie odbyło się, więcej: cisza medialna w tym temacie trwa nadal. Proszę przeczytać dwa artykuły, aby wyrobić sobie zdanie, jak my Polacy jesteśmy nie poważnie traktowani przez rządzących. - Otrzymaliśmy "Oświadczenie senatorów Prawa i Sprawiedliwości skierowane do premiera RP Donalda Tuska w sprawie udziału ministra W. Bartoszewskiego w międzynarodowej konferencji w Pradze na temat "Mienie ery holokaustu" - Panie Premierze, jak informowały środki przekazu, minister Władysław Bartoszewski reprezentował Polskę na międzynarodowej konferencji w Pradze na temat "Mienie ery holokaustu", podczas której organizacje żydowskie domagały się ułatwień prawnych w odzyskiwaniu dawnych majątków ofiar holokaustu. Minister W. Bartoszewski miał powiedzieć, że "obecny rząd pracuje nad formą rozwiązań prawnych, aby zrekompensować własność, która została utracona wskutek działań władz komunistycznych oraz niemieckiego okupanta. Regulacja ma dotyczyć wszystkich pokrzywdzonych, także tych przebywających za granicą". Wcześniej Yuli Edelstein, izraelski minister informacji, wezwał wszystkie kraje do jak najszybszego stworzenia specjalnego funduszu, który miałby zasilać ofiary holokaustu. Natomiast we wnioskach z konferencji strona żydowska zawarła żądanie, iż Polska powinna zwrócić mienie należące przed wojną do Żydów, a jeśli jest to już niemożliwe - to wypłacić ekwiwalent pieniężny. Organizacje żydowskie domagają się również złagodzenia wymogów, jeśli chodzi o dokumentację posiadaną przez osobę składającą wniosek o zwrot majątku, co może umożliwić nadużycia. Postuluje się także powołanie specjalnych "trybunałów albo agencji ds. roszczeń", którym do wydania decyzji miałyby wystarczać "alternatywne formy dowodów". Wnioski w tej sprawie składano by przy tym drogą elektroniczną lub za pośrednictwem placówek dyplomatycznych, przy czym ani miejsce zamieszkania, ani obecne obywatelstwo składającego wniosek nie miałoby żadnego znaczenia. Wnosi się również o to, aby odszkodowania za własność żydowską pozbawioną spadkobierców przekazać Światowej Organizacji na rzecz Restytucji Mienia Żydowskiego (World Jewish Restitution Organisation), czyli instytucji nie mającej nic wspólnego ze spadkobiercami. Tu można dodać, że z apelem w tej sprawie wystąpił Dawid Peleg, który jeszcze kilka tygodni temu był ambasadorem Izraela w Warszawie, a obecnie stanął na czele Światowej Żydowskiej Organizacji na rzecz Zwrotu Mienia (WJOPR). To on podczas konferencji oszacował wartość utraconego w Polsce majątku żydowskiego na wiele miliardów dolarów, na których zwrot będzie nalegał. Jak dodał: "Polska nie powinna się, jednak obawiać, że to zbyt obciąży jej budżet - płatność można rozłożyć na raty". Panie Premierze, spadkobiercy polscy i obcy w naszym kraju nie mają powodu do narzekań: państwo oddaje majątki lub wypłaca odszkodowania spadkobiercom, jednak własność osób nie mających spadkobierców przechodzi na rzecz Skarbu Państwa. Dotyczy to wszystkich obywateli, niezależnie od ich pochodzenia etnicznego czy wyznawanej przez nich religii. Takie jest polskie prawo i - mamy nadzieję - nie zostanie zmienione. Chcielibyśmy jednak w tej kwestii wyjaśnień, czy się nie mylimy. Ponadto zaniepokoiła nas wypowiedź prezydenta Izraela Szymona Peresa, który na konferencji ekonomicznej w Tel Awiwie wypowiedział zdanie: "Wykupujemy Polskę". Czy był to jedynie lapsus, w którym Prezydentowi zależało na pokazaniu wizerunku Izraela, który jest mocny ekonomicznie i prowadzi interesy na całym świecie? Chodzi o słowa: "Izraelska ekonomia jest w stanie rozkwitu. Izraelscy biznesmeni inwestują wszędzie na świecie. Izrael może poszczycić się niespotykanym sukcesem. Na dzień dzisiejszy wygraliśmy ekonomiczną niezależność i wykupujemy Manhattan, Polskę i Węgry. (...) Dla naszego małego kraju jak nasz, to jest naprawdę zadziwiające". Rzecznik Ambasady Izraela András Büchler potwierdził prawdziwość tej wypowiedzi, zaznaczył jednak, że słowa "były źle dobrane". Panie Premierze, chcielibyśmy poznać Pańskie stanowisko na temat poruszonych wyżej kwestii, a głównie pragniemy zaznajomić się, z przygotowywaną przez rząd formą zwrotu majątków czy odszkodowań dla wszystkich pokrzywdzonych. Czy to oznacza, że polski podatnik będzie płacił wszystkim za krzywdy wyrządzone w Polsce przez Niemców i Rosjan?
Z poważaniem
senatorowie: Czesław Ryszka, Stanisław Zając, Zdzisław Pupa, Władysław Dajczak, Ryszard Bender, Bohdan Paszkowski, Stanisław Gogacz, Tadeusz Skorupa, Norbert Krajczy, Witold Lech Idczak, Henryk Górski, Bronisław Korfanty, Waldemar Kraska, Krzysztof Majkowski, Jan Dobrzyński, Zbigniew Romaszewski, Stanisław Kogut, Grzegorz Banaś, Wiesław Dobkowski, Stanisław Karczewski, Piotr Kaleta, Jerzy Chróścikowski, Dorota Arciszewska-Mielewczyk, Zbigniew Cichoń, Kazimierz Wiatr, Władysław Ortyl, Tadeusz Gruszka, Stanisław Piotrowicz, Janina Fetlińska
Warszawa, 1 lipca 2009" - Marian Miszalski, "Delegacja polska podpisała "deklarację praską". Coś więcej niż lekkomyślność?" - "Na niedawnej konferencji w Pradze, zwołanej przez brukselskie organy Unii Europejskiej, uchwalono deklarację, która toruje drogę rozmaitym organizacjom żydowskim do wyłudzenia od Polski olbrzymich sum pieniędzy. Wbrew pokonferencyjnym zapewnieniom przedstawicieli rządu Tuska, że roszczenia tych organizacji nie mogą dotyczyć Polski – sprawa wygląda zupełnie inaczej. Te roszczenia mogą dotyczyć Polski i z wszelkim prawdopodobieństwem – będą jej dotyczyć. Godząc się na uczestnictwo w tej konferencji, a zwłaszcza podpisując deklarację końcową – rząd Tuska wyraził zgodę na umiędzynarodowienie tych bezpodstawnych żądań o charakterze majątkowych wyłudzeń, a nadto na wniesienie ich na agendę Unii Europejskiej oraz na przyszłą możliwą zmianę polskiego prawa (pod presją Unii Europejskiej, zwłaszcza pod rządami Traktatu Lizbońskiego), tak by te wydrwigroszowskie, rasistowskie żądania – niemające oparcia w żadnym cywilizowanym prawie – mogły być zrealizowane kosztem polskiej własności. Delegacja polska wyraziła więc na tej konferencji także zgodę na możliwą barbaryzację polskiego prawa...Już samo uczestnictwo polskiej delegacji w konferencji, której celem była legalizacja „dziedziczenia rasowego”, postulowanego przez wspomniane organizacje żydowskie z "przedsiębiorstwa holocaust", było karygodną decyzją rządu Tuska. Uczestnictwo w tej konferencji było aktem akceptacji rasistowskiego uproszczenia, że Żydzi nie podlegają tym zasadom prawa, jakie obowiązują pozostałych ludzi... Natomiast podpisanie deklaracji przez delegację polską sprawia, że w przyszłości gwarantem tych żądań żydowskich będzie Unia Europejska, której – jeśli Traktat Lizboński wejdzie w życie( niestety już wszedł) – Polska stanie(stała się,) się, już tylko częścią składową, ze wszystkimi prawnymi konsekwencjami. Co więcej – w deklaracji zawarto zobowiązanie do powołania w ramach Unii Europejskiej (!) żydowskiego instytutu monitorowania realizacji tych żądań, z prawem wydawania zaleceń co do sposobu i zakresu realizacji tych żądań. Twierdzenia zatem Władysława Bartoszewskiego, przewodniczącego polskiej delegacji, i innych przedstawicieli rządu Tuska, jakoby deklaracja ta nie miała skutków prawnych wobec Polski – mijają się, z prawdą. Polscy sygnatariusze tej haniebnej deklaracji – narażającej polskie mienie na olbrzymie straty – usiłowali po fakcie tłumaczyć się, że zawarty w deklaracji zwrot o jej obowiązywaniu tylko wobec "niektórych krajów" wyklucza Polskę jako obiekt żydowskich żądań. "Zapomnieli" jednak dodać, że deklaracja ta otwiera pole (nie tylko polityczne, także prawne) do nacisków na Polskę już nie tylko ze strony organizacji żydowskich, ale i ze strony Unii Europejskiej, aby zmieniono nam w Polsce prawo, "dostosowując" je do rasistowskich "standardów". Znamiennym faktem jest, że podpisanie przez delegację rządu Tuska tej godzącej nader poważnie w polskie interesy państwowe i narodowe "deklaracji praskiej", "przykryte" zostały tematami zastępczymi, spychając dalej niż na margines wydarzeń jakże niebezpieczną w swych skutkach "deklarację praską". Niestety, trudno znaleźć dla rządu Tuska najmniejsze nawet usprawiedliwienie dla lekkomyślności (czy czegoś więcej?...), jaką popełnił, wysyłając oficjalną delegację na tę konferencję, uczestnicząc w niej i podpisując jej deklarację końcową. Ani nie powinien tego uczynić, ani nie musiał. - Dlaczego więc to uczynił? - Tłumaczenie, że w trosce o osobistą, dalszą karierę zarówno premiera, jak i ministra spraw zagranicznych – wydaje mi się tłumaczeniem najbardziej dla nich uprzejmym. Ale materialne konsekwencje osobistej, politycznej prywaty ponoszą zwykle niewinni obywatele. Nabiera groźnej realności niebezpieczeństwo, że już pod dyktatem Traktatu Lizbońskiego – "prawo unijne" przymusi niesuwerennego wówczas ustawodawcę polskiego do takiej "zmiany" prawa krajowego, by holocaustowe firmy mogły spokojnie i "zgodnie z prawem" wyprowadzić z Polski ciężkie miliardy dolarów.( 65 mld$).. Podpis Bartoszewskiego pod tą deklaracją znakomicie to ułatwi."
Eliza Sarnacka-Mahoney, "Prywatna historia holokaustu", "Życie Warszawy"
"W USA słowo "Polska" coraz częściej występuje w kontekstach faszystowskich, a Polaków coraz głośniej oskarża się o przyłożenie ręki do holokaustu. Wysiłki Polonii, która próbuje bronić dobrego imienia ojczyzny, są często po prostu lekceważone. Przykładem tocząca się od czterech lat wojna o szkalujący nas film "Sztetl". "Sztetl" to dokument nakręcony przez Mariana Marzyńskiego, żydowskiego reżysera, który urodził się, w Polsce i jako dziecko przetrwał wojnę, ukrywany przez polską rodzinę. Od ponad 20 lat mieszka on i pracuje w USA i uważany jest za jednego z czołowych dokumentalistów współpracujących z telewizją publiczną. Na początku lat 90. Marzyński postanowił zrealizować projekt swego życia i nakręcić prywatną historię holokaustu - taką, jaka rozegrała się w jego rodzinnym mieście Brańsku. Do pomocy zatrudnił młodego historyka z Brańska Zbigniewa Romaniuka, dla którego zamyślił w filmie rolę pośrednika między przeszłością a teraźniejszością. Romaniuk został wybrany również dlatego, że od lat na własną rękę zajmuje się, badaniem żydowskiej przeszłości Brańska, i chociaż jego pasja nie zawsze spotykała się ze zrozumieniem u mieszkańców miasta, wyrobił sobie sławę "nieugiętego w dochodzeniu prawdy". W trakcie projekcji ponad 3-godzinnego obrazu dość szybko daje się zauważyć, że marzenia Romaniuka, by dojść prawdy, raczej się nie spełnią. Podczas spotkań z byłymi mieszkańcami Brańska żydowskiego pochodzenia, obecnie rozrzuconymi po świecie, pozwala przypisać sobie rolę "worka do bicia", na który spadają antypolonizmy i oskarżenia o nasz współudział w zagładzie. Niektórzy z rozmówców wręcz odmawiają z nim rozmowy, twierdząc, że żaden Polak nigdy nie przedstawi prawdy należycie, gdyż cały nasz naród to żądni krwi antysemici. Na spotkaniu Romaniuka z młodzieżą w Izraelu przed kamerą wywiązuje się wręcz kłótnia, bo historyk nie zgadza się, by Polskę określano mianem: "kraj faszystowski", zaś Oświęcim mianem "polskiego obozu koncentracyjnego".
Młodych Izraelczyków nie interesuje jednak liczba ich rodaków, którzy przeżyli wojnę dzięki pomocy Polaków. Nie wierzą, że Polska była jedynym krajem, w którym za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Prawda historyczna ma w ich opinii odzwierciedlać się w pytaniach "dlaczego ocalało tak niewielu?" oraz "dlaczego Polska do dziś nie chce przyznać, że plan Hitlera był i jej planem?". Manipulacja sympatiami - Niestety i dla Romaniuka, i dla Polski, Marzyński jest nader dobrym filmowcem. Wręcz doskonale udała mu się, manipulacja sympatiami widza. Ani razu sympatie te nie przechodzą na stronę tych, którym zawdzięcza życie on sam i większość tych, których zapoznaje ze swoim polskim pomocnikiem. Kulminacyjnym momentem jest scena, w której Marzyński, już bez Romaniuka, usiłuje "dotrzeć" w Brańsku do swoich przedwojennych polskich znajomych. Na miejsce rozmów wybiera koński targ, a na rozmówców - starych, prostych ludzi, którzy mają problemy ze złożeniem poprawnego zdania. Spacer ulicami Brańska to z kolei wędrówka między ubogimi, wiejskimi zagrodami, które nie zmieniły się od czasów wojny. W pewnym momencie Marzyński obdarowuje polskiego chłopa 20-dolarowym banknotem i jest za to niemalże całowany po rękach. Nie wiadomo tylko czy reżyserowi chodziło o rozśmieszenie, czy o rozczulenie widzów. Zanim bowiem wyciągnął z kieszeni pieniądze, ten sam chłop pokornie przytakiwał, że Żydzi byli w przedwojennym Brańsku obiektem nieustannych ataków. O bardziej wieloznaczną i upokarzającą dla polskiego widza scenę trudno w całej powojennej kinematografii. Mówią: dokument. Marian Marzyński miał prawo nakręcić film, jak mu się podobało, i z tego nikt nie czyni mu zarzutu, to jest jeden z przywilejów demokracji. Problem w tym, że jeszcze przed ostatnim klapsem film uznano za obiektywny dokument historyczny. I właśnie tak, z naciskiem na słowo "dokument" jest prezentowany do dziś. Wśród Amerykanów wywołał przy tym takie poruszenie, że przepowiadano, iż zostanie nominowany do Oscara, zaś na konferencji inspektorów szkolnych w Toledo w miesiąc po pierwszej emisji rozważano możliwość wpisania filmu na listę materiałów obowiązkowych, pokazywanych w szkołach w ramach lekcji historii. W amerykańskiej prasie ciurkiem sypały sie pochwały. Dramatyczny i napięty, "Sztetl" zachowuje przejrzystość, jakiej brak dzisiejszej sztuce. Obnaża historyczną prawdę, ale jednocześnie nie podejmuje się, wyjaśnienia zagadki zła. Podróż, którą podejmuje, to podróż z przeszłości do "namacalnej teraźniejszości - pisał recenzent "Boston Globe". "Chicago Tribune" nazwała "Sztetl" wiarygodną kroniką holokaustu: Kręcony przez ponad cztery lata na trzech kontynentach, jest niezaprzeczalnie wielkim osiągnięciem w historiografii zagłady. Prywatny i intymny, nawet wówczas, gdy poszukuje ogólnych prawd, przemawia, gdyż przede wszystkim wsłuchuje się w echo, jakim nieludzkość odbija się pośród wieków i generacji ludzkich. Amerykańska Polonia natychmiast zareagowała na emisję filmu. Do emitującej "Sztetl" telewizji publicznej PBS posypały się, listy protestacyjne od wszystkich najważniejszych polskich organizacji i konsultantów. Historycy, m.in. z Polskiego Stowarzyszenia Historycznego, zadali sobie trud, by zweryfikować wszystkie fakty i opowieści, na które powołał się, Marzyński, a przy tym wykazali, które z tych relacji i w jaki sposób zostały zmienione, by odpowiadały reżyserskiej wizji. Ogromne archiwa zawierające fragmenty polemiki toczonej na polonijnych internetowych stronach dyskusyjnych do dziś są dostępne pod adresem: http//www.logtv.com/shtetl.articles.html i tam odsyłam wszystkich zainteresowanych szczegółami. Frank Milewski prezes Komitetu ds. Dokumentacji i Holokaustu przy Kongresie Polonii Amerykańskiej, udostepnił nam kopie korespondencji, jaką Kongres wysyłał do PBS w roku 1996. Ich autorem był Michael Preisler, były więzień Oświęcimia. Wszystkie pozostały bez odpowiedzi. Podobnie, jak listy Polonii wysłane do redaktorów największych amerykańskich dzienników i interwencje naszych placówek dyplomatycznych w USA. Ani Marzyński, ani PBS do dziś nie ustosunkowały się do tych protestów. Milczeniem zbywana jest również propozycja, by przed kolejnymi emisjami "Sztetl" z czołówek i zapowiedzi telewizyjnych zdjęto określenie "film dokumentalny". Im więcej jednak upływa czasu i cichną głosy Polonii, tym bardziej prawdopodobne, że do filmu na dobre przylgnie etykietka "dokument historyczny", zaś do Polski w nim przedstawionej - opinia kraju, który na równi z Niemcami jest odpowiedzialny za zagładę. Nie tylko "Sztetl".- Niestety, przykłady bardziej lub mniej zamierzonych antypolonizmów można mnożyć. Jak bardzo w umysłach Amerykanów Polska już teraz kojarzy się z faszyzmem i antysemityzmem, świadczy choćby fakt, że jej imię dość swobodnie wykorzystują amerykańscy dziennikarze, kiedy uważają za stosowne odwołać się, do niesprawiedliwości względem żydowskiej społeczności. Gdy w końcu ubiegłego roku dziennik "New York Times" podjął temat krytycznej sytuacji kobiet w Afganistanie, w artykule pojawiło się, uzasadnienie, że należałoby zorganizować natychmiastową pomoc, gdyż ich położenie jest porównywalne z sytuacją Żydów w Polsce przed II wojną światową: kamienowanie, podpalanie i bezprawne rabowanie mienia itp. Kilka dni później poprzez internet do milionów Amerykanów trafił apel, w którym cytowany był właśnie ten fragment artykułu z "NYT".
Rzeczpospolita biało-czarna. - Inną, niewyjaśnioną sprawą są kolory polskiej flagi w "Almanachu 2000" opublikowanym przez wydawnictwo "Time". Na kolorowej wkładce, na której wizerunki flag mienią się wszystkimi barwami tęczy, nasza ma barwę... biało-czarną. Na interwencję Polonii, by sprostować pomyłkę i dodrukować erratę, wydawnictwo odpowiada milczeniem. Chciałoby się wierzyć, że jako Polonia jesteśmy przewrażliwieni na punkcie Ojczyzny i szukamy dziury w całym, ale fakty pozostają faktami, milczenie milczeniem, a poczucie upokorzenia i narastającej bezradności nie chce się rozpłynąć we mgle. Nie trzeba być historykiem, by rozumieć, że historie tworzą ludzie i ich pamięć. Im jednak mniej liczebne są szeregi naocznych świadków historii, tym trudniej o obiektywizm, łatwiej zaś o przekłamania, czy to przypadkowe, czy celowe. Za kilkanaście lat zniknie możliwość rozmowy i weryfikacji historycznych przekazów z tymi, których II wojna dotknęła osobiście. Pozostaną po nich jedynie wspomnienia, dokumenty, zdjęcia, książki i filmy. Nie będzie można niczego zmienić ani dopowiedzieć. Już dzisiaj, po drugiej stronie Atlantyku rośnie pokolenie, które historii uczy się, z takich filmów jak "Sztetl", a co widzi - przyjmuje za prawdę, chociażby dlatego, że nie ma alternatywy. Alternatywą byłby protest na tyle silny, że wreszcie słyszalny poza kręgami polonijnymi, docierający do milionów przeciętnych Amerykanów, tak jak dociera "Sztetl".
Inaczej ryzykujemy sytuację, że wkrótce Polska zostanie zepchnięta na pozycję, jaką w podręcznikach zajmuje hitlerowska III Rzesza i tak jak ją, będzie się, nas oskarżało o współudział w zagładzie, budowę obozu w Oświęcimiu, zaś opowieści o stratach poniesionych w czasie wojny (zwłaszcza w obozach koncentracyjnych) zostaną uznane za wymysł propagandy. Do stracenia lub zyskania jest wszystko. Polskie placówki dyplomatyczne w USA starają się, odpowiadać na każdy incydent uwłaczania dobremu imieniu Polski i Polaków. Niestety, bywa, że nawet listy opatrzone pieczęcią ambasady pozostają bez odpowiedzi. Często z góry można przewidzieć, od kogo odpowiedź nadejdzie, a kto pozostanie na interwencje głuchy. PBS ma w tym kontekście opinię głuchoniemego. Na listy i interwencje nie odpowiada również "New York Times". Raz ambasada podjęła nawet akcję zarzucenia redakcji NYT lawiną listów protestacyjnych. Kopia listu dostępna była w internecie, wystarczyło wstawić własne imię i nazwisko, podpisać się i wysłać list do redakcji. Ale i to nie odniosło skutku. Są media, z którymi współpraca układa się jak najlepiej i do takich należy na przykład "Washington Post". Za każdym razem, gdy zdarzyło się, że w jakiejś publikacji dopuszczono się zafałszowania historii lub dziennikarzowi wymknęło się, wyrażenie "polish concentration camp", redakcja przepraszała i naprawiała błąd. Dwa lata temu udało się także dobrze nagłośnić skandaliczne zachowanie Teda Turnera, który w jednym ze swoich publicznych wystąpień obraził papieża i pozwolił sobie na szyderstwo z polskiego wojska. Polska zagroziła wówczas zerwaniem poważnego kontraktu z "Timem", w którym Turner jest udziałowcem, a potem sprawę nagłośniły amerykańskie media. Że zazwyczaj media te wyrażają nikłe zainteresowanie tego typu incydentami, to już jednak inna sprawa."
Eliza Sarnacka-Mahoney, USA,
Durszlak szmato i wywłoko to o tobie i tobie podobnych.
WP
27.07.10, 10:32:25
PARALIZATORY - tekst nie do zrozumienia przez "parasolników", czyli pustych łbów. (Aleksander Ścios) PARALIZATORY - "Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki" – napisał przed laty Józef Mackiewicz. I dodał: "Słowa mają w komunizmie znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego". Łatwo zapominamy, że powrót do mechanizmów życia publicznego istniejących w czasach PRL-u, oznacza przede wszystkim wykorzystanie słów, jako podstawowego narzędzia nadzoru nad społeczeństwem i najbardziej funkcjonalnego paralizatora. Komuniści mieli swoje słowa – klucze, pozwalające na zafałszowanie rzeczywistości i narzucenie Polakom semantycznego kłamstwa. "Działalność antysocjalistyczna", "ekstremizm", "wrogowie ludu", "podważanie zasad ustrojowych", "seanse nienawiści", "trwałość sojuszy", etc. – należały do określeń, za pomocą których zwalczano każdy objaw nieposłuszeństwa i przejawy wolnej myśli. Używano ich nie tylko w oficjalnej propagandzie, ale również jako norm prawa, definiując przy pomocy wielu tego typu określeń zagrożenia dla partyjnego monopolu. W komunistycznej strategii fałszowania rzeczywistości stosowane były powszechnie, jako kwantyfikatory postaw niewygodnych dla reżimu i etykiety definiujące "wrogów". Z tych samych metod korzystał przez lata układ III RP, oparty przecież na ciągłości personalnej i "ideowej" z okresem komunizmu. Miano prekursora przysługuje Aaronowi Szechterowi vel Adamowi Michnikowi, którego określenia: "polski szowinizm", "tępy, zoologiczny antykomunizm", "wrodzony antysemityzm", "rusofobia" i wiele innych, na trwałe zdominowały myślenie tzw. elit, mocno podzieliły polskie społeczeństwo i posłużyły jako wyznacznik wykluczenia lub przynależności do establishmentu III RP. Prowadziły do trwałego naznaczenia przeciwników "historycznego kompromisu", służąc również jako podstawowe argumenty w dyskusji publicznej. Były rodzajem semantycznego terroryzmu, stosowanego w obronie interesów grupy sprawującej władzę. Istotą fałszu, tkwiącego w tych epitetach był fakt, że zachowania moralnie dobre (sprzeciw wobec komunizmu, mówienie prawdy, patriotyzm, pragnienie wolności) przedstawiano w nich jako rzeczy negatywne, nadając im tym samym znaczenie sprzeczne z elementarnymi normami etycznymi. To, co w każdej normalnej i zdrowej społeczności byłoby wyznacznikiem pożądanych, obywatelskich postaw i stanowiło zasadę budowania dobrego państwa – w III RP zostało sprowadzone do moralnego absurdu, stając się synonimem zagrożenia lub kompromitacji. Dziwię się, zatem, że tak wielu z nas nie chce dziś zrozumieć, że cały przekaz medialny związany z tragedią smoleńską, liczne publikacje dziennikarskie i wypowiedzi polityków z grupy rządzącej korzystają z tych samych mechanizmów fałszerstw, jakimi posługiwali się komuniści i ich sukcesorzy. Medialna histeria po wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego, rozpętana według wszelkich reguł nagonki z lat PRL-u powinna nam uświadomić, że ten prostacki schemat "słów – paralizatorów" jest również dziś wykorzystany w obronie interesów grupy, która na narodowej tragedii chce umocnić i zbudować swoją pozycję. Za tą histerią kryje się, intelektualne i moralne niedołęstwo ludzi, którzy liczą, że społeczeństwo uwierzy im tylko dlatego, że najgłośniej krzyczą. Nie ma dnia, byśmy nie słyszeli zgodnego chóru mędrków oceniających Jarosława Kaczyńskiego i jego partię. Dywaguje się o "błędnej, twardej retoryce", "powrocie do wojny politycznej", "fałszywej przemianie", "zgubnych emocjach", "pobudzaniu pierwotnych instynktów polskich" itp. Począwszy od towarzyszy Izaaka Stoltzmana vel Kwaśniewskiego i Oleksego, poprzez polityków Platformy, po dziennikarskich wyrobników i tzw. publicystów, rozbrzmiewa głos ludzi zatroskanych o przyszłość Polski i dobro ugrupowania opozycyjnego. Zaatakowane tym jazgotem społeczeństwo ma nabrać przekonania, że samo mówienie o tragedii smoleńskiej jest przejawem politycznego szkodnictwa i awanturnictwa, a domaganie się od grupy rządzącej wyjaśnienia przyczyn tego zdarzenia, urasta do miana działalności sprzecznej z polskim interesem, godzącym w sojusze i idee pojednania. Nikt oczywiście nie zapyta propagandowych mędrków: dlaczego stwierdzenie "zachowanie polskiego rządu w sprawie katastrofy smoleńskiej jest w najwyższym stopniu dziwne" – świadczy o "złych emocjach", na jakiej zasadzie wezwanie, by Bronisław K. nie przenosił krzyża spod Pałacu Prezydenckiego, ma prowadzić do wywołania "totalnej wojny", dlaczego ocena zachowań grupy rządzącej po tragedii smoleńskiej ma kojarzyć się, z "erupcją niebywałej frustracji i nienawiści polityka, który przegrał wybory"? Nikt nie pyta - dlaczego słowa Kaczyńskiego - "Jeśli Komorowski usunie krzyż, pokaże kim jest" mają nieść więcej złych treści od słów Donalda Tuska z 31 stycznia 2010 roku: "Wolałbym, żeby Kaczyński już nie był prezydentem, bo mi to przeszkadza w rządzeniu", czy deklaracji Bronisława K. "Póki jest ten prezydent, nie da się, dobrze rządzić"? Czy znajdzie się, kazuista gotów wyjaśnić: dlaczego wola wyjaśnienia największej tragedii w najnowszej historii Polski ma prowadzić do "wojny", czemu ma być "błędną strategią" i "eskalować konflikty"? Jaka norma etyczna pozwala uznać, że domaganie się, prawdy stwarza zagrożenia dla państwa lub jest przejawem "politycznych obsesji"? - Pytania można mnożyć, bez nadziei na uzyskanie choćby jednej, racjonalnej odpowiedzi. Bo też nikt takich odpowiedzi nie oczekuje; ani od Bronisława K., z premedytacją wzniecającego spór wokół krzyża, ani od członków tej ekipy – oddających sprawę śmierci polskich obywateli w ręce reżimu wsławionego ludobójstwem i mordami politycznymi. Ci sami moraliści, którzy z takim zapałem tropią wypowiedzi Kaczyńskiego, nie mają cienia odwagi, by ocenić słowa chamów z Platformy, napiętnować aferzystów lub dostrzec prawdę o postaci prezydenta - elekta. Ośmieleni dyspozycją rządzących, ukryci w stadzie gęgaczy, rezonują te same brednie, według normy - "słów – paralizatorów". Ten ciasny, ograniczony sposób erystyki, tuszujący nienawiść do wszelkiej odmienności myślenia i różnicy poglądów, cechuje umysłowość tzw. elit III RP. Każde z fałszywych określeń, jakie uknuto wobec intencji Jarosława Kaczyńskiego ma skutecznie sparaliżować ludzi domagających się wyjaśnienia przyczyn katastrofy i uciszyć głosy opozycji. Bez najmniejszych trudności wmówiono Polakom, jakoby prawda o śmierci naszych rodaków miała być groźna dla spokoju społecznego, zagrażać "debacie publicznej", nieść zło i konflikty. Uprawnioną i konieczną w każdej demokracji krytykę rządzących, sprowadzono do "złych emocji", "gry tragedią" lub przekraczania "cienkiej, czerwonej linii". To, co w każdym państwie należy do zakresu niezbywalnych praw obywateli, nazwano "politycznym awanturnictwem" i okrzyknięto zagrożeniem dla spokoju społecznego. Szczególnie groźnie brzmią słowa "przyjaciół" Jarosława Kaczyńskiego, nie szczędzących mu dobrych rad i krytyki za "błędną strategię". Dobrze, jeśli świadczą tylko o głupocie - gorzej, gdy za tą retoryką kryje się, zamiar manipulacji i wykorzystania "prawicowych autorytetów". Ten sam semantyczny terroryzm, z którego komuniści uczynili narządzie swojej władzy, jest dziś użyty przeciwko słusznym dążeniom wielu milionów Polaków. Ma ich zastraszyć, podzielić i sklasyfikować, a gdy przyjdzie pora - posłużyć jako "norma prawna" w rozpętaniu represji i prześladowań. Tylko krok dzieli histerię medialnych kunktatorów, demagogicznie piętnujących każde dążenie do prawdy, od działań państwowych inkwizytorów, czyniących z kłamstwa smoleńskiego nadrzędną "rację stanu". Co zatem pozostaje? Jak obronić się, przed neokomunistycznym terroryzmem, odwracającym podstawowe znaczenia słów i normy etyczne, gwałcącym nasze prawa i obowiązki? - Ulec mu nie wolno, bo sprowadzi nas do poziomu zakładników kilku pojęć – cepów – przyjętych jako dobrowolne ograniczenie dla słusznych dążeń i postulatów. Dyskutować z nim nie można, bo nie posiada żadnego potencjału racjonalności i operuje błędnymi schematami, sprowadzonymi do słów – wytrychów. Tłumaczyć się, przed nim nie trzeba, bo nie ma przymusu wyjaśniania rzeczy oczywistych, wobec ludzi głuchych na prawdę, a jedynym skutkiem tłumaczeń będzie "pułapka winy" zastawiona przez wytrawnych manipulantów. Wreszcie - bać się nie można, ponieważ to właśnie lęk ma być głównym i obezwładniającym następstwem stosowania tej formy terroryzmu.