Dlaczego? Bo tak zdecydował Donald Tusk. Werdykt premiera jest zaskakujący, z drugiej strony - biorąc pod uwagę partyjną logikę - wydaje się całkiem racjonalny.
Zaskakujący, bo w awanturze o Kordobę rację miał Bronisław Komorowski. Marszałek uznał, że zachowanie Sikorskiego jest nieprofesjonalne. Trudno się z nim nie zgodzić. Nieobecność na nieformalnym spotkaniu szefów dyplomacji nie jest zbrodnią, ale wpadką jak najbardziej. Zwłaszcza że nie była to zwykła pogawędka przy hiszpańskim winie, lecz ważne rozmowy o obsadzie placówek nowej unijnej dyplomacji. Na miejscu premiera byłbym więc poważnie wkurzony.
Skąd zatem tak wielkie
miłosierdzie wobec ministra? Z poczucia zdrowego rozsądku. Premier zdaje sobie sprawę, że Radosław Sikorski nadal nie stracił szans na zwycięstwo w prawyborach. I to właśnie niepewność, co do ich rezultatu, knebluje mu usta. Tusk nie może sobie dzisiaj pozwolić na krytykowanie kogoś, kto może zostać kandydatem całej Platformy. Gdyby tak się stało, skorzystałaby na tym opozycja, a PO groziłaby wizerunkowa klapa.
Do tego dochodzi jeszcze asekuracja premiera, który boi się osobistej, prestiżowej porażki. W ferworze prawdziwej walki (okazało się, że wbrew sceptykom, prawybory nie są tylko medialnym teatrem) jakakolwiek krytyka jednego z pretendentów zostałaby odebrana jako wsparcie drugiego z nich. Można sobie wyobrazić, jak poczułby się premier, gdyby to właśnie spostponowany przez niego polityk wygrał wewnętrzną wojnę o prezydenturę. W najlepszym wypadku, nieswojo.
Nie jest żadną tajemnicą, bo mówią to po cichu prawie wszyscy politycy PO, że w partii panuje wielka niepewność, a szanse Sikorskiego i Komorowskiego są wyrównane. Także ostatnie, korzystne dla marszałka Sejmu sondaże, nie dają mu gwarancji sukcesu. Trzy punkty procentowe przewagi nad ministrem to przecież granica błędu statystycznego.
Skrytykowanie jednego z pretendentów zostałoby odebrane jako wsparcie drugiego. A na to premier nie może sobie pozwolić
Sytuacja w 45-tysięcznej Platformie Obywatelskiej przypomina czasy Pierwszej Rzeczypospolitej, gdzie żyły obok siebie magnacka oligarchia i szlachta gołota. Oligarchia miała wszystko: majątki, funkcje, a nawet prywatne wojska. Szlachta szaraczkowa, mimo że zdecydowanie liczniejsza, nie miała nic. Podobnie jest dzisiaj w PO. Mamy partyjną oligarchię (posłów, senatorów i regionalnych baronów), która między siebie podzieliła stanowiska i wpływy, oraz całą resztę, czyli wielotysięczną rzeszę partyjnych "szaraków".
Od tamtych czasów dzielą nas cztery wieki i jeszcze coś. W odróżnieniu od szlachty gołoty szeregowy członek Platformy ma w ręku broń, o której w XVII wieku nie można było nawet pomarzyć. Tą bronią jest internet. I prawo głosowania na kandydata, który podoba się członkowi internaucie, a niekoniecznie partyjnemu establishmentowi.
Nie wiem, czy 25 marca podczas przeliczania głosów Hanna Gronkiewicz-Waltz (prywatnie zwolenniczka marszałka) przeżyje szok. Nie mam pojęcia, czy wygra Sikorski, czy Komorowski. Pewien jestem tylko jednego, że będą to pierwsze wybory, które wygra Polska Partia Internetu.