W nocy z poniedziałku na wtorek doszło we Wrocławiu do tragedii. Mężczyzna zaatakował nożem przechodnia, który wybrał się z psem na spacer. Zakrwawiony nożownik wsiadł do autobusu i głośno zwierzał się innym pasażerom, że jest mesjaszem...
Z tego opisu nie mam prawie wątpliwości, że mężczyzna, który zaatakował nożem przechodnia, jest chory psychicznie. Oczywiście stuprocentową pewność
dałoby tylko badanie.
To znaczy, że strach wyjść wieczorem z domu, bo może nas zaatakować osoba chora psychicznie?
Bzdura. Wśród chorych psychicznie notujemy mniej przestępstw wynikających z agresji, niż wynosi średnia krajowa. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że dostaniemy po głowie wieczorem na ulicy od jakiegoś oprycha, który chce dostać dychę na piwo, lub zostaniemy pobici na rynku przez chłopców po amfetaminie, którzy szukają pretekstu do bójki, by rozładować sztucznie pobudzoną agresję.
Jednak czasem dochodzi do takich tragedii.
Tak, ale bardzo rzadko. Najczęściej na agresję chorych psychicznie narażona jest rodzina, sąsiedzi. Zdarza się, że po zdiagnozowaniu choroby psychicznej, chory nadal uważa się za zupełnie zdrowego człowieka i broni się, uważając, że jest prześladowany, podejrzewając wszędzie naokoło spiski przeciwko sobie. Czasem słyszy głosy, które każą mu coś zrobić.
Mówi Pan, że to bardzo rzadkie wypadki. Jednak wydaje się, że przybywa ich w zastraszającym tempie. Co chwilę słyszymy, że ktoś wyjął broń i zaczął strzelać do przypadkowych ludzi. I to nie tylko w USA, ale i w Europie.
Nie, to tylko kwestia nagłośnienia. Na oddziale, na którym pracuję, takich przypadków jest kilka rocznie. Nie więcej niż zwykle. Ludzi po prostu fascynują krwawe zbrodnie, więc bardziej nagłaśnia się je w prasie, radiu, telewizji. Inna sprawa, że w związku z bezrobociem, narastającym kryzysem, rośnie poziom agresji u ludzi. Prawie nie słyszy się na ulicy takich słów, jak proszę czy przepraszam. Tyle że jest to zjawisko społeczne, które niewątpliwie powoduje też wzrost agresji u ludzi chorych psychicznie.