Panasewicz: tak, odmówiliśmy Madonnie!

    Panasewicz: tak, odmówiliśmy Madonnie!

    Paweł Gzyl

    Gazeta Krakowska

    Aktualizacja:

    Gazeta Krakowska

    Czy wiecie, że muzycy Lady Pank odmówili Madonnie wspólnego koncertowania? O tych i innych przygodach z historii grupy, z okazji premiery jej płyty „Miłość i władza” - opowiada Janusz Panasewicz
    Czasem żona sugeruje, żebym poszedł na jakiś wywiad, a ja się ociągam, bo nie lubię tematyki, jaka tam będzie poruszana

    Czasem żona sugeruje, żebym poszedł na jakiś wywiad, a ja się ociągam, bo nie lubię tematyki, jaka tam będzie poruszana ©EW / Polska Press

    Nowe piosenki Lady Pank brzmią tak jak piosenki z Waszego debiutu. To dlatego, że celebrujecie w tym roku 35-lecie działalności zespołu?

    Janusz Panasewicz: Tak naprawdę to nigdy za bardzo nie kombinowaliśmy. Czasem były takie okresy, że coś zmienialiśmy w brzmieniu, choćby dodając więcej klawiszy. Było to spowodowane tym, czego akurat słuchaliśmy w danym czasie albo wyjazdami, choćby do Stanów. Teraz nie zakładaliśmy, że będziemy grać jak na początku. Ponieważ od poprzedniej płyty, „Maraton”, minęło już kilka lat, zaczęliśmy naciskać na Janka Borysewicza, żeby zrobić coś nowego. Bo świeży materiał zawsze dodaje energii. No i zaczął przynosić kolejne piosenki.
    Pomyśleliśmy wtedy, żeby oddać je jakiemuś producentowi, który zrobiłby z nimi coś odmiennego. Ale Janek ostatecznie stwierdził, że mamy 35-lecie, więc trzeba zrobić ukłon w stronę fanów i nagrać płytę z Rafałem Paczkowskim, który doskonale nas zna. To on nadał jej takie oldskulowe brzmienie.

    Jest Pan w dobrej formie wokalnej. Dba Pan w jakiś specjalny sposób o gardło?

    Ostatnimi czasy generalnie dobrze się czuję. Może dlatego, że zacząłem się oszczędzać: nie szarżuję i nie balanguję. Nic mi nie dolega, nie choruję, nie przeziębiam się. Mam spokojne życie na co dzień, w domu wszystko się układa. Może dlatego? Zwrócił nawet na to uwagę Rafał Paczkowski. „Przychodzisz do studia i po godzinie jesteś już po robocie” - śmiał się. Ale faktycznie: dawniej musiałem nagrywać wokale po pięć godzin dziennie! Teraz podjeżdżałem do studia rano i rejestrowałem piosenkę za jednym zamachem. „Brzmisz jak za dawnych lat” - śmiał się Janek.

    Podobno za młodu mama nazywała Pana „włóczykijem”, bo wolał Pan biegać po polu, niż się uczyć. Już wtedy marzył Pan, żeby być gwiazdą rocka?

    Wtedy raczej ganiałem za piłką. Oczywiście, jako dzieciak słuchałem muzyki. „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena - usłyszałem tę piosenkę u kolegi, którego tata przywiózł płytę z Warszawy. Miałem wtedy pewnie z osiem lat. Muzyka zresztą była u nas cały czas: mama śpiewała w chórze, a ojciec grał na kilku instrumentach. Pierwsze własne kapele zacząłem zakładać dopiero jako nastolatek.

    Ale profesjonalną karierę zaczął Pan od zespołu... wojskowego.

    (śmiech) To prawda. Nie chciałem iść do wojska, ale nie miałem ani żadnych układów, ani wujka generała, ani kasy, żeby się wykupić. Ponieważ już wtedy muzykowałem, trafiłem do zespołu Desant. Występowała w nim większość muzyków z Krakowa, bo działał w Sanoku. Starałem się jakoś przetrwać, nie wychylając się za bardzo. Śpiewałem w chórku, a ze mną ówczesna dziewczyna Andrzeja Mogielnickiego. I ona zarekomendowała mnie, kiedy z Jankiem zakładał Lady Pank. Spotkaliśmy się - i zostałem przyjęty. Na pierwszy koncert pojechałem na przepustce z jednostki.

    To był trudny czas stanu wojennego. Na pewno cenzura miała Was na oku za takie piosenki jak „Mniej niż zero” czy „Kryzysowa narzeczona”. Miał Pan okazję zobaczyć swoją teczkę w IPN-ie i dowiedzieć się, czy byliście inwigilowani?

    Nigdy tego nie sprawdzałem, ale podejrzewam, że mogło tak być. Przecież wyjeżdżaliśmy za granicę - do ZSRR i do USA, musieliśmy mieć paszporty, pewnie więc się nam przyglądali. Pamiętam jedną sytuację z Olecka, gdzie wtedy mieszkałem. Tam było dwóch esbeków - i wszyscy ich znali, bo to przecież małe miasto. Urzędowali w tym samym budynku, co biuro paszportowe. Kiedy pojechałem odebrać paszport, od razu zaprosili mnie na rozmowę. I zaczęli pytać, gdzie ostatnio koncertowaliśmy, jak było w ZSRR i tego typu rzeczy. Nie polityczne sprawy, tylko raczej gdzie i z kim imprezowaliśmy. Coś im tam poopowiadałem - i dali mi spokój.

    Jak Pan wspomina trasy koncertowe Lady Pank po „bratnich krajach”?

    To był czas, kiedy byliśmy w Polsce już bardzo popularni. Zaproponowano nam więc trasę po ZSRR. W sumie zagraliśmy aż dwie. Jedna wiodła bardzo daleko aż do granicy z Chinami. A był to czas, kiedy na placu Tiananmen były już poważne zadymy. Tymczasem my pływaliśmy sobie łódką po rzece Amur (śmiech). Z kolei w Leningradzie graliśmy w największym teatrze przez tydzień - i codziennie był full. Rosjanie strasznie pragnęli wtedy rocka. Tygodniami siedzieliśmy również w dawnych polskich miastach - w Grodnie czy Lwowie. Tam było kompletne szaleństwo. Przejechaliśmy tę sowiecką Rosję wzdłuż i wszerz. Teraz bym już nie pojechał, bobym się bał - ale wtedy mieliśmy po 20-30 lat i to była dla nas wielka przygoda.

    A jak wypadła konfrontacja rockmanów z Peerelu z amerykańskim show-biznesem?

    To była przepaść. Kiedy wydawaliśmy w Polsce płytę, to jeszcze zanim się ukazała, jej milionowy nakład rozchodził się spod lad sklepów muzycznych. Nie było żadnych wywiadów, nikt nie organizował żadnej promocji, bo po co? Tymczasem, kiedy przyjechaliśmy do Stanów, od razu nas wprzęgnięto w kierat. Wytwórnia MCA, z którą mieliśmy kontrakt, zaganiała nas od samego rana do spotkań z dziennikarzami, sesji zdjęciowych i nauki języka. Codziennie mieliśmy do wieczora zajęty czas. Dlatego po dwóch tygodniach mieliśmy dosyć. W Polsce wszystko było łatwe i przyjemne. Dlatego wróciliśmy do kraju.

    Podobno odmówiliście zagrania przed mało wtedy znaną piosenkarką o pseudonimie... Madonna.

    (śmiech) Tak. Świadkiem tego był Wojciech Mann. Graliśmy wtedy specjalny koncert w Los Angeles dla branży muzycznej. Przyszło 200-300 osób. Zagraliśmy, a potem były koktajle i rozmowy. Podeszli do nas ludzie od Madonny, która wtedy miała w telewizji teledysk do „Material Girl”, no i zaproponowali naszemu amerykańskiemu menedżerowi występy przed ich podopieczną. Brian spojrzał na nich i powiedział: „Przepraszam, ale Lady Pank to poważny zespół rockowy, a Madonna to jakaś panienka z telewizji, której za miesiąc już nie będzie. Dziękuję - ale my zagramy swoją trasę”. Tamci pogadali jeszcze chwilę i odeszli. Po latach śmialiśmy się sami z siebie: „Może jednak warto było z tą Madonną jechać w trasę?”.

    Żałuje Pan, że nie postawiliście wtedy wszystkiego na jedną kartę?

    Może gdybyśmy poszli za ciosem, udałoby się nam zaistnieć na amerykańskim rynku... Wytwórnia naprawdę była gotowa w nas inwestować. Ale nie zapominajmy, jakie wtedy były czasy: zostawiliśmy przecież w kraju żony i dzieci. Tu komuna - a my mamy tylko wizy na sześć tygodni. Musieliśmy więc wracać, bo baliśmy się o naszych bliskich.

    Musieliście więc nadrabiać koncertami w Polsce. Jakim cudem dawaliście radę występować siedem razy w tygodniu?

    Na Śląsku, gdzie mieszkaliśmy i codziennie przez dwa tygodnie dawaliśmy po dwa koncerty w jakimś domu kultury przy kolejnej kopalni, jeździł z nami... lekarz i pielęgniarka. Całe szczęście, byliśmy wtedy młodzi i nie musieli nigdy interweniować. Poznaliśmy się jednak z nimi bliżej, dzięki czemu była to dla nich nie praca, ale raczej fajna zabawa.

    Faktem jest jednak, że nigdy się nie oszczędzaliście. Zawsze byliście znani ze swej słabości do whisky. Jak zdobywaliście ten trunek w czasach Peerelu?

    Jak to? Normalnie! Drogą kupna. Ponieważ podczas koncertów sprzedawaliśmy na tony nasze plakaty, zebrane w ten sposób złotówki zamienialiśmy u miejscowych cinkciarzy na dolary lub bony, potem jechaliśmy do Peweksu i wynosiliśmy całe kartony whisky. Robiliśmy tak w Krakowie, w Katowicach, wszędzie, gdzie akurat graliśmy.

    Każdy zespół rockowy stawiał sobie wtedy za punkt honoru zdemolowanie hotelu. Też się tak bawiliście?

    Paweł Mścisławski wyrzucił kiedyś z nieistniejącego już hotelu Centrum w Łodzi telewizor przez okno. I miał zdarzenie w windzie. Wtedy był tam zjazd polskich lekarzy. A on po koncercie nie był w zbyt dobrej formie i też chciał skorzystać z windy. Doszło więc do małej dyskusji... Z kolei we Wrocławiu był problem z drzwiami do hotelu. Celebrowaliśmy tam urodziny - i było tyle gości, że postanowiliśmy je wyjąć z zawiasów, aby była większa swoboda ruchu. Przy okazji koncertu w Spodku dostaliśmy natomiast kiedyś okazały tort - i jakoś spontanicznie zaczęliśmy z przyjaciółmi obrzucać się jego kawałkami. Kiedy sprzątaczka weszła i zobaczyła pobojowisko, jęknęła tylko: „Co teraz będzie?”. Sytuację uratował nasz menedżer, który zapłacił jej sowicie za ciężką pracę.

    Przetrwaliście z Janem Borysewiczem razem przez 35 lat. Właśnie dzięki tym przygodom?

    Na pewno. Bo przecież po tych wszystkich latach ani on mnie nie ściemni, ani ja jego. Poza tym mamy do siebie szacunek za to, co obaj zrobiliśmy dla zespołu. Obaj mieliśmy wzloty i upadki, ale cały czas jesteśmy na scenie, nagrywamy nowe płyty i trzymamy poziom. Przez to chce się nam nadal być razem. Te wszystkie przygody sprawiły, że mamy na sobie pancerz, który pozwolił nam przetrwać aż tyle lat.

    Poza sceną i studiem też spędzacie czas razem?

    Raczej odpoczywamy od siebie. Każdy z nas ma swoją rodzinę i to jej poświęcamy wolny czas. Kiedy jest jakaś dłuższa przerwa, wtedy dzwonimy do siebie z Jankiem albo odwiedzamy się, aby przedyskutować, co robić dalej. Ten rok będzie intensywny - więc większość czasu spędzimy razem.

    Najstarszy Pana syn Wojtek dorastał, kiedy Lady Pank odnosiło największe sukcesy. Przegapił Pan jego dzieciństwo?

    Trochę tak. Byłem przecież wtedy cały czas w trasie. Ale z czasem poprawiliśmy nasze relacje. Dzisiaj są jak najbardziej w porządku - jak między ojcem i synem.

    Ma Pan jeszcze bliźniaki, które przyszły na świat, kiedy był Pan już po pięćdziesiątce. Takie późne ojcostwo odmładza?

    Na pewno! My tutaj sobie rozmawiamy, ale ja już wiem, że po południu muszę wziąć piłkę i zawieźć ich na trening. Dużo z nimi rozmawiam, przebywanie z dzieciakami jest bardzo fajne.

    Ostatnio zacząłem się oszczędzać: nie szarżuję, nie balanguję. Nic mi nie dolega, w domu wszystko się układa, mam spokojne życie

    Któryś z synów odziedziczył po Panu muzyczne talenty?

    Na razie trudno powiedzieć, bo mają po osiem lat. Na pewno mają dobry słuch. Bo w domu cały czas gra muzyka. Znają moje piosenki, jak pojawia się jakaś nowa, zawsze im puszczam i pytam o zdanie. Kiedy jednak pytam ich, czy któryś chciałby śpiewać, patrzą na mnie z politowaniem i pukają się w czoła. „Jeden już wystarczy w domu” - śmieją się. Ale nigdy nie wiadomo - na swoim przykładzie wiem, że fascynacja sceną rodzi się dopiero, jak się ma 14-15 lat.

    Pana żona Ewa pracuje od dawna w show-biznesie. Pomaga Panu w karierze czy raczej rozdzielacie życie prywatne od pracy?

    Oczywiście, że Ewa mi radzi. Sam zresztą pytam ją o wiele rzeczy. Szczególnie w przypadku moich solowych dokonań. Czasem sugeruje, żebym poszedł na jakiś wywiad, a ja się ociągam, bo nie lubię tematyki, jaka tam będzie poruszana, ale w końcu się zgadzam - bo wiem, że Ewa się na tym zna lepiej ode mnie. Czasem też sugeruje mi nowych współpracowników - i też są to trafione pomysły. Co ciekawe - ja nagrywam dla Universalu, a ona pracuje w Sony. Czyli jesteśmy dla siebie konkurencją. (śmiech)

    Mieszka Pan w domku z ogródkiem pod Warszawą. To znaczy, że można się w Polsce dorobić na śpiewaniu?

    Żyję w miarę przyzwoicie, bez opływania w luksusy. Musiałbym skomponować nie wiem ile przebojów, żeby być wyjątkowo bogatym. Poza tym nigdy nie potrafiłem żyć oszczędnie. Dlatego od zawsze funkcjonuję na średnim poziomie. I mnie to wystarcza, bo nigdy nie miałem wygórowanych wymagań i oczekiwań.

    Gdyby cofnął się Pan w czasie do 1981 roku - ponownie zdecydowałby się wybrać na całe życie rolę rockowego wokalisty?

    Oczywiście. To fajna sprawa. Tylko pewnie kilku błędów bym nie popełnił, albo nad czymś bardziej bym popracował. Ale na pewno chciałbym śpiewać.


    Janusz Panasewicz
    Urodził się w 1956 r. na Podlasiu. Wokalista rockowy, członek Lady Pank, autor tekstów. Podczas służby wojskowej śpiewał w zespole Desant. Po odmowie śpiewania na festiwalu został karnie przeniesiony do jednostki czołgowej. Podczas trwania służby, dzięki Andrzejowi Mogielnickiemu (z którego przyszłą żoną śpiewał w Desancie), trafił do grupy Lady Pank (1982), którego wokalistą pozostaje do dziś.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama