Świat Gombrowicza opowiadany językiem pantomimy? To możliwe

    Świat Gombrowicza opowiadany językiem pantomimy? To możliwe

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Od Henryka Tomaszewskiego uczył się rzemiosła i myślenia o teatrze. Leszek Bzdyl z okazji 60-lecia Wrocławskiego Teatru Pantomimy reżyseruje premierę według Gombrowicza.
    Leszek Bzdyl

    Leszek Bzdyl ©Karolina Misztal

    Premierą „Pustka. Pustynia. Nic” wraca Pan do Wrocławskiego Teatru Pantomimy po 30 latach. To trudny powrót?
    Wracam po wielu latach nieobecności. Pierwsze tygodnie prób były trudne, bo wszystko mi się przypomniało: znienacka znalazłem się w pierwszych getrach na ciele, w sali, gdzie stawiałem pierwsze kroki zawodowe. Spojrzenie w każdy kąt budynku prowokowało wspomnienia. W pokoju na górze mieszkałem przez półtora roku. Dostałem szansę pracy w zespole artystycznym, a Henryk Tomaszewski i Marek Oleksy założyli szkołę mimów. To dało codzienne zajęcia w pełnym wymiarze pracy przez dwa lata. Dowiadywałem się wszystkiego o zawodzie: że mogę tańczyć, pracować z ciałem.

    Pan przecież studiował historię…
    Znalazłem się w Teatrze Pantomimy przez przypadek, nie wyobrażałem sobie, że mogę być mimem. Studiowałem historię, pracowałem w teatrze studenckim TUBB2, a potem – z Januszem Chabiorem i jego żoną Basią – współtworzyłem Dada Traktor. Po trzech latach studiów i indywidualnej pracy artystycznej, szlachetnego amatorstwa, postanowiłem sprawdzić, ile wypracowałem w teatrach studenckich i zdałem egzaminy do szkoły aktorskiej. Kolega, który zawsze marzył o zostaniu mimem, powiedział mi o egzaminie do szkoły mimów. Stwierdziłem, że to nie ma sensu, ale przekonał mnie, mówiąc, że poznam mistrza, a to rzadka okazja. I – niespodziewanie dla mnie samego – Henryk Tomaszewski przyjął mnie do teatru. Wtedy nie bardzo wiedziałem, co wybrać. Stwierdziłem, że nie chcę być w szkole aktorskiej, bo nie podołam tym zajęciom plus studiom na uniwersytecie. A Henryk Tomaszewski zgodził się na moją jednoczesną pracę w teatrze i studia historyczne. To była szansa na poznanie rzemiosła. Trudno uwierzyć, że dostałem ją blisko 30 lat temu.

    Potem był taniec?
    Rozmaite ewolucje. Jeszcze w teatrze studenckim zostałem „zarażony” antropologią teatru, myślami Eugenia Barby i Jerzego Grotowskiego. Uważałem, że teatr, choć ma rozmaite wewnętrzne techniki, jest jeden. A dzielenie go na rozmaite hasła, szufladkowanie rozwiązań teatralnych, przypisywanie większej wagi językowi teatralnemu niż samemu przedstawieniu nie jest istotne. Jako młody i bezczelny człowiek wierzyłem w jeden teatr, w którym wybiera się języki. Po trzyletniej przygodzie we Wrocławiu wylądowałem w gdańskim Teatrze Ekspresji Wojciecha Misiury. To był teatr fizyczny, teatr tańczącego aktora. Po dwóch latach pracy z tym zespołem poczułem zmęczonie pracą na etacie, władzą szefa prowadzącego autorski teatr i wycofałem się na poziom, z którego startowałem – radosnej pracy z ludźmi w spotkaniu w przyjacielskim gronie. I wtedy zawiązała się wyjątkowa grupa ludzi w Gdańsku, z którą założyliśmy Dada von Bzdülöw. Przez trzy lata szukaliśmy języka, potem staraliśmy się znaleźć na rynku. Dość nieszczęśliwie wpakowano nas do worka z napisem „teatr tańca”, odbierając szansę na spotkanie z widzem szukającym przedstawienia, a nie przedstawienia teatru tańca. Udaje nam się przełamywać ten stereotyp. Oczywiście zdarza się, że 10 procent widowni jest zrozpaczona, że wydała pieniądze, a nic nie zrozumiała, ale bywa na odwrót – ci, którzy nigdy nie mieli do czynienia z teatrem, w którym tekst na scenie nie jest kwestią naczelną, prowadzącą widza przez przedstawienie, znaleźli tu wolność interpretacyjną.

    „Wejście na rynek” brzmi komercyjnie…
    Nigdy komercyjni nie byliśmy, ale teatr jest przestrzenią rozrywki. Tam, gdzie sprzedaje się bilety, jest przemysł rozrywkowy, show. Jestem przekonany, że teatr jest pomieszaniem postu i karnawału.

    Pamięta Pan pierwszą wizytę w teatrze?
    Miałem 19 lat, uczyłem się w Lotniczych Zakładach Naukowych, całą szkołą poszliśmy na „Wesele” do Teatru Polskiego. Zobaczyłem rozpacz aktorów, którzy usiłowali przetrwać w obliczu tysiąca chłopaków siedzących na widowni. Aktorzy stanęli przed ścianą złożoną z ludzi, to musiał być dla nich upiorny spektakl. Nie mógł być lepszy, bo nikt na nich nie patrzył. I wtedy, w jakiś pokrętny sposób, patrząc na tę nierówną walkę, gdzie twórca jest na pozycji przegranej, pomyślałem, że teatr jest fascynujący. I zacząłem teatru szukać.

    Okazało się, że literatura sensu stricte nie jest w teatrze konieczna?
    Sam czytam Gombrowicza od dawna, miałem 21 lat, kiedy pojawiły się jego „Dzienniki” i ułożyłem je na swojej półce nad łóżkiem. To była wieczorna „lektura Biblii” dla mojego mózgu. Kiedy powiemy kilkakrotnie jakieś zdanie, ono staje się literaturą. Gombrowicz jest literaturą opartą na powtarzaniu wielokrotnie tego samego zdania i wariacji na temat kilku tematów. W 2004 roku z Dada wystawiliśmy „Kilka błyskotliwych spostrzeżeń (a la Gombrowicz)”. Podkreślenie w tytule „a la Gombrowicz” zwiastowało, że nie jest to realizacja konkretnego tekstu. Język sceniczny, który z teatrem Dada przez lata budowaliśmy, okazywał się równoległy do tego, co można u Gombrowicza wyczytać. U nas nic nie dzieje się bez partnera. Ciągle jest dialog, choć nie mamy tekstu. Spektakl żyje wobec widowni. Za każdym razem uwielbialiśmy generować chaos, z którego aktorzy muszą wybrnąć. Chaos miesza się z kalkulacją, logiką, absurd jest logiczny.

    „Pustka. Pustynia. Nic” to konkretny tekst przełożony na język pantomimy?
    Tym razem też nie pokazujemy konkretnego tekstu, ale atmosferę, pewne strategie artysty, które wyczytaliśmy z literatury. Wracając do Teatru Pantomimy, wracam do przedstawienia z 2004 roku. Powstał wtedy scenariusz, który ulega teraz znacznym modyfikacjom i wariacjom, są inni aktorzy i inne sceniczne sytuacje. Tym razem musimy „dokopać się” do nowego sensu. Przedstawienie będzie wariacją na temat Gombrowicza, pantomimy i teatru ruchu. Formy w ogóle. Gombrowicz jest fascynujący, czasem prawie plagiatuje Schopenhauera, w pewnym sensie jest emanacją jednej z postaci z Tomasza Manna. Warto wiedzieć, że namiętnie wypowiadał się o muzyce, czasem plótł androny, ale z taką pasją, że osoba nieznająca się na muzyce mogła mu wierzyć.

    Pan często pracuje we Wrocławiu. Jak się Panu podoba miasto po latach?
    Przez 15 lat od wyjazdu z Wrocławia nie chciałem przyjmować tu propozycji pracy. Nie odszedłem stąd w gniewie, z Henrykiem Tomaszewskim spotykaliśmy się po moim wyjeździe. Mam jednak wrażenie, że stałem się mężczyzną w Gdańsku, a tu byłem chłopcem i kiedy przyjeżdżałem do Wrocławia, czułem się, jakbym znowu miał założyć krótkie spodnie. Wrocław się zmienia, z powodzi w 1997 roku wypłynął jak łabędź. Widzę na przykład Barbarę – pięknie odmieniony dawny bar, ulice, place. Teraz po latach i po tych dwóch miesiącach pracy w Teatrze Pantomimy zarówno Wrocław, jak i moja obecność w mieście nabrały nowych barw.

    Pracuje Pan z aktorami, z którymi nie spotkał się wcześniej?
    Zaproponowałem pracę osobom o różnych doświadczeniach, żeby stworzyć kocioł różnic – odmienności stwarzają napięcia na scenie. Tylko Monika Rostecka brała kiedyś udział w moim warsztacie, z Janem Kochanowskim zrobiliśmy przedstawienie w Poznaniu. Dogadanie się to wyzwanie.

    Ale są też ludzie, z którymi pracował Pan 30 lat temu?
    Dyrektor Teatru Pantomimy, Zbyszek Szymczyk, był w teatrze, kiedy przyszedłem na aleję Dębową. Pierwsze kroki stawiałem razem z Arturem Borkowskim i Anną Nabiałkowską. Oglądam przedstawienia z ich udziałem, cieszę się z ich dobrej kondycji zawodowej, ich miejsca w zespole, przenoszenia tradycji i otwartości na nowe. Wzajemnie śledzimy nasze poczynania, bo razem startowaliśmy.

    Poszliście w innych kierunkach, np. Pana droga jest odmienna od drogi Janusza Chabiora.
    To była ważna osoba generująca zjawiska wokół siebie, niespokojny umysł. Myślę, że wszyscy ludzie o niespokojnych umysłach są dziś istotni w przestrzeni sztuki. Czasem zastanawiam się, dlaczego Tomaszewski przyjął mnie do zespołu, skoro nic nie umiałem? Może w kimś nieopierzonym zobaczył błysk i postanowił dać mu szansę? I dał mi ją, a ja siedziałem pod drążkiem i nie bardzo wierzyłem w to, co mówi. Kontestowałem jego słowa, ale to zaowocowało tym, że dziś go cytuję. Warto obserwować ludzi i zobaczyć to coś, czego jeszcze nawet sami w sobie nie nazwali. Warto się przyglądać, utrudnić młodemu drogę, sprawdzić, czy sobie na niej poradzi. Henryk Tomaszewski to był wielki człowiek, który nie patrzył na siebie. Jako stary wyjadacz teatralny, odbierał intuicyjnie innych ludzi. a ą
    Premiera 8 marca, godz. 19, następne przedstawienie 9 marca, godz. 19 na Scenie na Świebodzkim, pl. Orląt Lwowskich 20 c.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama