Przychodzi hipopotam do lekarza

    Przychodzi hipopotam do lekarza

    Bogumiła Nehrebecka

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Osioł ryczy, bocian klekocze, małpa drze się jak opętana. Ale doktor Tomasz Grabiński z wrocławskiego zoo nie jest doktorem Dolittle. I tak nie wie, o co im chodzi. Może się tylko domyślać, a w tym momencie nie ma czasu na domysły...
    Doktor Grabiński wrzuca drugi bieg w swo-im meleksie i jedzie do Mrówki. Biedaczka kuleje. Mrówka to kuc szetlandzki. Kilka tygodni temu została matką. Jej córeczka o imieniu Misia stoi obok niej w zagrodzie. Tuli się do mamy i prawdopodobnie jest ciężko przerażona, bo mamę złapali ludzie. Dwóch ją trzyma, a trzeci na siłę podnosi jej nogę do góry i jakimś szpikulcem grzebie w kopycie.

    Mrówka staje dęba. Misia wpada w popłoch.
    - Niestety, trzeba będzie wyczyścić kopyto i sprawdzić wszystkie pozostałe - mówi dr Grabiński. - Trochę to będzie bolało, ale kuców się nie usypia przed każdym zabiegiem. Nie zapędza do sali operacyjnej i nie kładzie na stole. To typowa wizyta domowa u pacjenta.

    Przed ambulatorium weterynaryjnym nie ustawia się kolejka antylop, tygrysów i papug. Nie siadają grzecznie w gabinecie i nie mówią: "Źle się czuję, panie doktorze". Tak jak małe dzieci trzeba je obserwować, by wyłapać symptomy choroby. Z kulawym kucem sprawa jest prosta, ale taki wąż? Przez cały czas leżał w prawym rogu terrarium i ani okiem nie mrugnął, a teraz pełza to w jedną stronę, to w drugą, później wraca... I co z tego, że robi to w tempie ślimaka. Zachowuje się dziwnie. Jak na niego.

    Wszelkie nietypowe i niepokojące zachowania podopiecznych zgłaszają doktorowi opiekunowie zwierząt i kierownicy oddziałów. A on musi szybko postawić diagnozę. W wielu przypadkach jest to wręcz niemożliwe. I nie chodzi tutaj o wywiad z pacjentem, ale chociażby o wykonanie podstawowych badań diagnostycznych.

    Jak pobrać krew do badania żyrafie, jeśli nawet lew boi się do niej podejść? Ma taki "kop", że jednym uderzeniem nogi mogłaby rozwalić czaszkę człowieka w drobny mak. Dlatego leki podaje się jej w zastrzyku przy pomocy dmuchawki. Zresztą takim przeżuwaczom jak ona nie dodaje się np. antybiotyków do paszy, bo szybko zniszczyłyby florę bakteryjną żwacza, czyli jej przedżołądka.

    Weterynaria, a zwłaszcza ta dotycząca zwierząt nieudomowionych, jest złożoną dziedziną wiedzy. Nie dotyczy, tak jak nasza medycyna, tylko jednego gatunku. Nie można, niestety, przenosić standardowych metod leczenia ssaków na gady czy płazów na ptaki.

    - Nasz hipopotam nilowy może mieć zwyrodnienie stawu kolanowego - mówi dr Tomasz Grabiński. - Ale trudno nam zbadać stan zaawansowania tego procesu chorobowego. Posiadamy wprawdzie przenośny aparat ultrasonograficzny i rentgenowski, ale mają za słabe parametry jak dla pacjenta, który waży ok. 3 tys. kilogramów.

    Na poważniejsze zabiegi wiezie się chore zwierzęta do sali operacyjnej Wydziału Weterynaryjnego Uniwersytetu Przyrodniczego. Pozostałe lekarze wykonują w ogrodzie. Ostatnio wyrwali kieł tygrysowi białemu. Przestał jeść. Okazało się, że ząb mu się ułamał. Gdyby zwierzę było w swoim naturalnym środowisku, szybko by zdechło. Dzięki pomocy weterynarzy wróciło do zdrowia.

    Niestety, jednemu z lwów trzeba było podać śmiertelną dawkę leku usypiającego. On już nie miał zębów i nie mógł jeść nawet mielonego mięsa. Natura nie przewidziała, że lew, który na wolności żyje około 10 lat, będzie potrzebował zębów przez 23 lata.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama