Słoneczna strona życia. I dobry jazz

    Słoneczna strona życia. I dobry jazz

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Jazz to styl życia. O książce „Excentrycy” i filmie „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” mówią: Janusz Majewski (reżyser) i Włodzimierz Kowalewski (pisarz)
    Janusz Majewski i Włodzimierz Kowalewski na planie filmu „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” w Ciechocinku

    Janusz Majewski i Włodzimierz Kowalewski na planie filmu „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” w Ciechocinku ©Jacek Smarz

    Życie jazzowe aż buzuje w Panów twórczości. Skąd je tak dobrze znacie?
    Włodzimierz Kowalewski: Janusz zna jazz świetnie, ja mniej z autopsji, bardziej z historii. Lubię jazz, ale moja droga do niego była okrężna, zacząłem go słuchać go po długich latach słuchania rocka. Jestem sześćdziesięciolatkiem, rock to muzyka mojego pokolenia, więc na początku był rock klasyczny i fascynacja nim, dopiero potem słuchałem jazzu. Polubiłem klasyczny – swing, tzw. wielki jazz. I na tej płaszczyźnie zrozumieliśmy się z Januszem doskonale. Modern jazz niespecjalnie trafia do mojej wyobraźni, jest zbyt abstrakcyjny, nie mam wyobraźni łatwo odrywającej się od rzeczywistości.

    Dlaczego „Excentrycy” pisze się przez x?
    W.K.: Powieść skleja się z przeżyć własnych, cudzych albo wymyślonych, zasłyszanych historii. Jedną z nich jest opowieść mojego przyjaciela, poety Piotra Piaszczyńskiego o jego dziadku. Był żołnierzem armii Andersa, wojennym emigrantem, po wojnie, pod koniec lat 50., niespodziewanie wrócił do Polski. Jak Fabian z powieści, tyle że nie do Ciechocinka, ale do Krynicy Górskiej. I nie do siostry, ale do żony. Dziadek w ogóle nie wpasował się w struktury peerelu, nie zapisał się do żadnej organizacji, nie poszedł do pracy, żył poza systemami ubezpieczeń. Był na utrzymaniu żony i zajmował się… tańcem. Popołudnia spędzał na fajfach, modnych wtedy w uzdrowiskach i obtańcowywał młode dziewczyny, co ogólnie wywoływało lekkie zgorszenie, bo był już starszym panem po pięćdziesiątce. Jednak miał wzięcie, bo tańczył doskonale, znał nowoczesne tańce. Na jednym z fajfów, w czasie ognistego jive’a, pan Henryk nagle przewrócił się na parkiet i… umarł. Tytuł powstał dzięki skojarzeniu z wierszem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Excentrycy”. Poetka pisze o dansingu Indra w Sopocie w latach 20., jest jazz-band i para tancerzy, przewracają się na parkiet i umierają razem. W pierwszym wydaniu powieści wiersz miał być mottem, ale 10 lat temu czasy były inne i literatura bardziej rozpoznawalna. Pani redaktor wyperswadowała mi ten pomysł, uważając, że wszyscy czytelnicy znają ten utwór i wystarczy nawiązać do niego tytułem. Potem niektórzy krytycy pisali, że jestem tak staroświecki, że nie respektuję zasad ortografii.
    Janusz Majewski: Zamierzałem zmienić filmowy tytuł, bo uważałem, że widz kinowy nie skojarzy go z niczym, mało tego, nawet nie zapamięta. Ale dystrybutor i współproducent uważali, że warto zachować taki dziwny tytuł. Żeby odróżnić go od tytułu książki, dodaliśmy „Po słonecznej stronie ulicy”. Utwór „On the Sunny Side of the Street” jest kilka razy wykonywany w filmie i wyraża postawę życiową bohaterów tej opowieści.
    W.K.: Scenariusz został oparty na mojej książce, ale film jest indywidualną wypowiedzią artystyczną reżysera. Janusz zaakcentował optymistyczne przesłanie.
    J.M.: Tytuł był ważny, tonacja filmu jest optymistyczna, więc podtytuł był konieczny. Kiedy na festiwalu w Gdyni odbierałem Srebr-ne Lwy, powiedziałem kolegom żartobliwie, żeby, robiąc swoje filmy, czasem szli słoneczną stroną.
    W.K.: Życie ma wiele stron, sztuka też. Nie tylko tę najbardziej dramatyczną, ciemną, paradoksalnie najłatwiejszą do prezentowania. Ten motyw muzyczny wpływa na wszystkie sfery filmu, także na zdjęcia i obraz. Jego tonacja nie jest szarozielona, ale barwna. Jako autor powieści byłem bardziej stereotypowy, bo przedstawiłem lata 50. w tonacji szaroburej. Janusz pokazał tamten czas nie tylko przez pryzmat muzyki, ale przez pryzmat młodości i fascynacji jazzem.

    Co sprawiło, że chciał Pan nakręcić ten film?
    J.M.: Przede wszystkim muzyka, ona jest głównym bohaterem książki i filmu. W obrazie kinowym mogła zabrzmieć, i brzmi bardzo sugestywnie. To muzyka mojej młodości. Od czasu, kiedy jazz, razem z amerykańskimi filmami, tuż po wojnie, znów pojawił się w Polsce, stałem się jego wielbicielem. Dla mnie i moich kolegów „Serenada w Dolinie Słońca” z Orkiestrą Glenna Millera była biblią.
    W.K.: Jak dla mojego pokolenia „Woodstock”.
    J.M.: Potem jazz, uważany za muzykę imperialistyczną, musiał zstąpić do podziemia, zakazywano wykonywać go publicznie, co tym bardziej elektryzowało nas, ówczesnych młodzieńców. Przecież, jako pokolenie, spóźniliśmy się z prawdziwym buntem, nie wzięliśmy udziału w okupacyjnej konspiracji. Jak się skończyła wojna, miałem 13 lat. Po wybuchu powstania warszawskiego z moim przyjacielem uciekliśmy z domu do Warszawy. Akurat 5 sierpnia miałem urodziny. Wówczas byliśmy na wsi, wyzwolonej już przez Armię Czerwoną, w okolicach Jarosławia koło Rzeszowa. Nad ranem ruszyliśmy piechotą. Kolega był synem dziedzica majątku, moja rodzina uciekła ze Lwowa. Kolega miał dwa XIX-wieczne pistolety pojedynkowe, ja łuk i strzały. Dogonił nas przed stacją kolejową konno parobek z tego majątku. I tak sończył się nasz udział w powstaniu.

    A potem mieszkał w Pan w Krakowie...
    J.M.: Tam zaczęła się edukacja jazzowa. Co jest ciekawe – to, co Włodzimierza fascynowało, a potem skłoniło do szukania źródeł muzyki rockowej i dzięki temu trafił do jazzu, dla nas, miłośników tamtego jazzu było profanacją. Nie znosiliśmy rocka, uważaliśmy go za prymitywny, spauperyzowany jazz. Dopiero niedawno, oglądając film „Whiplash”, wspomniałem tamte gorące uczucia, bo tam w jazzowej sali wisiała kartka z napisem: „Kto nie ma talentu, gra rocka”. Rock przez swoją prostotę sprawiał, że młodzi ludzie myśleli, że po prostu mogą go grać.
    W.K.: To samo wcześniej mówiono o jazzie, np. że trąbka czy perkusja jest naturalnym środkiem wyrazu dla ciemnoskórych, właściwie przyrodzonym talentem, niewymagającym ćwiczeń ani kształcenia.
    J.M.: Ale jazz łączy się z harmonią, z linią melodyczną, wymaga umiejętności. W filmie występuje zespół grający miejscowych, ciechocińskich muzyków. Nie bardzo znają się na jazzie, ale grają uproszczoną muzykę o jazzowych korzeniach. W tej niewdzięcznej roli zespołu dyletantów wystąpiła ofiarnie grupa Wojciecha Mazolewskiego, gwiazdy współczesnego jazzu.
    W.K.: Dawno temu jako młody fan rocka myślałem, że istnieje opozycja i kulturowa przepaść między jazzem i rockiem. Rock był kontestacją i buntem, jazz afirmacją świata. Przecież kiedyś bywało i tak, że w Stanach młodzież po rockowych koncertach demolowała kluby jazzowe. Potem zauważyłem, że rockowi muzycy, także ci najmłodsi, okazują ogromny szacunek dla jazzu, dla jego weteranów. O tym mówi choćby przebój „Sultans of Swing” Dire Straits. Zacząłem słuchać jazzu swingowego z najstarszych nagrań, z lat 30. Także koncertowych, np. słynnego nagrania zespołu Benny Goodmana z Carnegie Hall z 1938 roku i zauważyłem podobną do rocka ekspresję, grę na perkusji, sposób traktowania utworu, gdzie nie wszystko opiera się na improwizacji, ale są elementy melodyczne, solówki na perkusji i innych instrumentach. Jazzmani z tamtych czasów, swingowych orkiestr, byli bardzo młodzi – jak roc-kmani z końca lat 60. Kipiąca młodość wylewała się z pierwszych swingowych nagrań, potem dopiero swing stał się skomercjalizowany. Powstawało mnóstwo orkiestr rozrywkowych, miały podobne brzmienia, ale już niewiele feelingu i spontaniczności. Przecież Orkiestra Glenna Millera istnieje do dziś, w kilku wariantach.
    J.M.: Ci muzycy to już wnuki i prawnuki tamtej Orkiestry Glenna Millera. Ale słyszałem ich na warszawskim koncercie i dobrze grają, choć bardziej współcześnie. Sala Kongresowa wypełniona była słuchaczami w wieku 60+ i ci ludzie zaczęli tańczyć. Dlatego utwierdziłem się w przekonaniu, że warto nakręcić film. Potem, kiedy obejrzeli go znajomi z mojego pokolenia, mówili, że ubyło im 10 lat i byli rozpromienieni. Mój szwagier, młodszy ode mnie, ale także z branży filmowej, powiedział, że płakał, oglądając „Excen-tryków”. Zatęsknił za młodością.

    Jesteście zadowoleni ze współpracy?
    W.K.: Jestem zadowolony z adaptacji książki. Adaptacja własnej powieści wymaga wielu bolesnych zabiegów, ekran ma swoje prawa, papier inne. Trzeba było wiele przyciąć, wiele wątków usunąć, pożegnać się z niektórymi postaciami, do których się przywiązałem, a były potrzebne w książce. Pierwsze radykalne, oczywiste cięcie to usunięcie wątku retrospektywnego, dwudziestolecia międzywojennego, tego nie dałoby się zmieścić w filmie. Estetycznie byłby „pęknięty”.
    J.M.: Zniknął z konieczności. Zajmowałem się jeszcze swoim poprzednim filmem, nie miałem czasu, żebyśmy razem siedli do cięcia. Dałem autorowi podręcznik pisania scenariuszy i poprosiłem, żeby zrobił to sam. A potem nastąpiły jeszcze inne zmiany: jedna jest warta ujawnienia. W książce i w filmie Wanda, siostra bohatera, jest chora, zrezygnowana. Nie chce pójść na operację, poddaje się. W książce wyjeżdża nad morze, poznaje tajemniczego pana...
    W.K.: Tak zwanego „brzydkiego człowieka”.
    J.M.: Siostra ma z nim romans i wraca uzdrowiona w tajemniczy sposób. Autor sugeruje, że to nawet nie był człowiek, bo na zdjęciach nie widać pępka, więc nie został urodzony. W filmie uleczyła ją muzyka. Przed wojną śpiewała z bratem, miała talent i doświadczenie, potem miała ciężkie przeżycia, teraz, mimo że cierpi bóle, zaczyna występować. I muzyka ją uzdrawia.
    W.K.: To metafora wiążąca się z optymistycznym przesłaniem całości. Wandę zagrała Sonia Bohosiewicz, jej bohaterka pięknieje pod wpływem muzyki. W pierwszych sekwencjach widzimy ją jako przedwcześnie postarzałą, z potwornym bagażem życiowym, którego możemy się tylko domyślać. Pod wpływem muzyki rozkwita, zamienia się w piękną kobietę.

    Film jest opozycją wobec smutnego kina?
    W.K.: Nie, ale widzowi należy się i takie kino, mimo ludzkich dramatów pełne optymizmu. Życie ma przecież wiele różnych perspektyw. Myślę, że film o tym przypomina. a ą
    Włodzimierz Kowalewski, „Excentrycy”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015, cena: 26,50 zł. Film „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy” według scenariusza Włodzimierza Kowalewskiego i Janusza Majewskiego (także reżysera), w kinach od 15 stycznia.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama