Pan-to-mi-ma za złe?

    Pan-to-mi-ma za złe?

    Krzysztof Kucharski

    Wrocławski Teatr Pantomimy to legenda XX wieku, a właściwie legenda Henryka Tomaszewskiego, wspaniałego mima, reżysera, kreatora, który stworzył najwspanialszy na świecie teatr bez słów.
    Udowodnił wszystkim, że można opowiadać ruchem, ekspresją ciała, mimiką - historie zrozumiałe pod każdą szerokością. Mądrze i przenikliwie opowiadające o ludzkiej, ułomnej kondycji. Tomaszewski zmarł we wrześniu 2001 roku. Osierocił zespół znakomitych mimów.

    Teatr ten istnieje do dziś. W sumie dał dziewięć premier. Jedną pod dyrekcją Elżbiety Czerczuk, a osiem pod wodzą znakomitego mima z zespołu Tomaszewskiego - Aleksandra Sobiszewskiego. Ta pierwsza po śmierci Mistrza skończyła się skandalem, a te osiem nie powtórzyło sukcesów sprzed lat.

    Pantomima była teatrem autorskim, absolutnie zdominowanym przez swojego założyciela. Tomaszewski przed śmiercią nie wskazał swojego następcy. Denerwował się, gdy dziennikarze go o to pytali. Umierając, miał 82 lata i intensywnie myślał o swojej następnej premierze.

    Trudno się dziwić, że entuzjaści jego talentu oczekiwali, że ktoś pójdzie tą samą drogą i może jeszcze zrobi wspanialsze od Mistrza mimodramy. Historia podpowiada, że tacy alchemicy sztuki rodzą się raz na sto albo i więcej lat. Największym skarbem, na dodatek bardzo ulotnym, jest warsztat mimów stworzony przez Tomaszewskiego. On też był oczywiście podstawą albo punktem wyjścia w tworzeniu nowych spektakli po jego śmierci. Szkoda, że nikt nie pokusił się o to, by wznowić jeden ze starych spektakli Mistrza.

    Dziś w siedzibie teatru przy ul. Dębowej panuje bezkrólewie. Dyrektor i mim Sobiszewski zgodnie z zapowiedzą wybiera się na emeryturę i złożył rezygnację z funkcji dyrektora, która na razie nie została przyjęta.

    Nikt nie ma pomysłu na to, jak ma dalej potoczyć się los jednego z najsłynniejszych zespołów teatralnych, który przez całe dziesięciolecia był ikoną Wrocławia. Jedno jest pewne, drugiego Tomaszewskiego nie ma pod ręką. Musimy, my - jego widzowie, pogodzić się z tym, że ten teatr nie może i nigdy nie będzie taki sam, jakim był dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat temu.

    To się okazuje bardzo trudne. Niby to ćwiczyliśmy. Alek Sobiszewski robił teatr po swojemu. Pierwsze próbki pokazał jeszcze za życia Mistrza w ramach sceny alternatywnej "Walium". To były autorskie spektakle przygotowane z kolegami z zespołu Tomaszewskiego: "Czarna babka" i "Parada atrakcji, czyli umarli się nie myją" wywodzące się z burleski i slapstickowego szaleństwa. Po objęciu dyrekcji przygotował perfekcyjnie od strony techniki pantomimicznej "Małpy". Niby wszyscy to doceniali, ale samą opowieść uznano za zbyt błahą i mało oryginalną.

    Podobnie było z kolejnymi premierami: "Science fiction", "Galapagos" czy wreszcie w październiku ubiegłego roku "Gastronomią". Sobiszewski zapraszał też do współpracy innych twórców. W naszej podświadomości nikt ducha Tomaszewskiego nie przeskoczył. I nie ma co się łudzić, nie przeskoczy. Czy ktoś ma jakąś wizję, by nie niszcząc tego, co Mistrz stworzył, znaleźć nową, interesującą drogę?

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama