„Odejście Głodomora” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym to...

    „Odejście Głodomora” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym to niepotrzebna zabawa formą

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    W „Odejściu Głodomora” najważniejszym elementem scenografii jest klatka, w której głoduje bohater. W spektaklu Andrzeja Ficowskiego realnej klatki nie ma. Jest za to klatka trudniejsza do pokonania, czyli ciemność.
    Maciej Tomaszewski (Impresario) i Maciej Kowalczyk (Głodomór). Fotografia z próby do przedstawienia

    Maciej Tomaszewski (Impresario) i Maciej Kowalczyk (Głodomór). Fotografia z próby do przedstawienia ©Wrocławski Teatr Współczesny/Piotr Hawałej

    Bardzo ważny tekst Tadeusza Różewicza powstał w latach 70., z inspiracji opowiadaniem „Głodomór” Franza Kafki. Na scenie przy ul. Rzeźniczej wystawili go Helmut Kajzar i, wiele lat później, Piotr Kruszczyński. Współczesność i aktualność tego tekstu jest oczywista, Różewicz nie pisał hermetycznie. Ograniczenia, którym podlegamy, chęć pokazania się, zarobienia na show głodującego, obcość – to wszystko znajdziemy w znakomitych dialogach. I nie trzeba udziwniać teatralnej formy. Andrzej Ficowski pokazał już drugi, po „Dziwnym pasażerze” Tymoteusza Karpowicza, spektakl w cyklu „Teatr w ciemnościach”. „Odejście Głodomora” zaczyna się sceną w świetle, kiedy to przybywa Dziewczyna (Anna Błaut), w przedstawieniu dziennikarka.
    Dlaczego dziennikarka? Bo ten Głodomór być może głoduje na romskim koczowisku przy Kamieńskiego, przyciągającym uwagę mediów. Ale skojarzenie nie nasuwa się widzowi samo, zamiar konfrontacji koczowiska ze sztuką Różewicza poznałam podczas konferencji poprzedzającej premierę. Scenografia jest prosta: to sterty śmieci, plastikowe butelki. Śmietnisko – koczowisko? Możliwe. Nie zdążyłam się dobrze przyjrzeć, bo światło już zgasło. Także koniec spektaklu zanurzony jest na chwilę w świetle, nierozjaśniającym jednak zamiarów twórców. Jest też kilka świetlnych przebłysków w czasie trwania przedstawienia, ale ile, nie wiem, bo – żeby osłonić się przed wszechogarniającą ciemnością – zamknęłam oczy. Ciemność nie pomaga w refleksji, niczego nie porządkuje. Nie sprawia, że lepiej słychać dialogi, bo nie jest łatwo się na nich skupić. Na chwilę przyciągnęła moją uwagę Elżbieta Golińska (Żona Impresaria), szepcząca swoje prawdy Głodomorowi. Ale tylko na chwilę. A kiedy zapaliło się światło, aż się zdziwiłam, że tak spory zespół gościł na scenie. Bez dostrzegalnej klatki, bez przerażonych oczu głodującego, bez wymownych gestów Impresaria, bez mimiki twarzy, mowy ciała wszystkich bohaterów, „Odejście Głodomora” nie porusza. Jest puste, jak wiele współczesnych show. Nie lubię, kiedy w teatrze wykorzystuje się zbyt wiele „zabawek”, bo przesłaniają aktora i jego sztukę, czyli to, co najważniejsze. Światło nie jest jednak wyłącznie niepotrzebnym rekwizytem. W głównej roli wystąpił Maciej Kowalczyk i szkoda, że przez właściwie cały spektakl pozostaje niewidoczny. Bardzo szkoda.
    Tadeusz Różewicz, „Odejście Głodomora”, reż. Andrzej Ficowski, scen. Dariusz Orwat, muzyka Jacek Modliński. Występują: Jerzy Senator, Maciej Kowalczyk, Maciej Tomaszewski, Elżbieta Golińska, Anna Błaut, Przemysław Kozłowski, Tomasz Orpiński. Premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 11 października.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama