Cristian Teodorescu: Moja Medgidia była pełna tolerancji

    Cristian Teodorescu: Moja Medgidia była pełna tolerancji

    Małgorzata Matuszewska

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Rumuński pisarz, autor „Medgidii, miasta u kresu” – Cristian Teodorescu – mówiący o sobie: niepoprawny optymista – uważa, że nie możemy żyć w izolacji, bo jesteśmy częścią społeczności.
    Cristian Teodorescu

    Cristian Teodorescu ©Septimiu Slicaru

    Dworzec jest soczewką, w której ogniskuje się życie w książce „Medgidia, miasto u kresu” …
    Owszem, ale z powodów historycznych. W tamtych czasach niewielu miało radioodbiorniki, więc dworzec był miejscem, gdzie można było się dowiedzieć nowości: kto przyjechał do miasta, po co, kto czym handluje.

    Pana miasto rodzinne jest duże?
    W tej chwili Medgidia ma ok. 40 tys. mieszkańców. W czasach opisywanych w książce liczyła ok. 6 tys. ludzi.

    Fabułę oparł Pan na opowieściach zasłyszanych w rodzinnym domu. Kiedy pierwsze opowiadania ukazały się w piśmie „Literacka Rumunia”, skontaktowali się z Panem potomkowie bohaterów. Rozpoznali część historii, narzekali, że „trochę Pan pozmyślał”.

    Większość opowieści usłyszałem od dziadków, bo do nich przychodzili w odwiedziny sąsiedzi, krewni, rozmawiali ze sobą i słuchałem ich jako dziecko i młody człowiek. Przekręcanie faktów to przywilej literata. Na samym początku książki napisałem, że to dzieje widziane moimi oczami. Z córką pani Scipione, od której mój dziadek Stefanek wynajmował dom, poróżniłem się, bo uznała, że wymyśliłem fakty. I nie zauważyła, że to moje literackie prawo.

    Pana dziadek był restauratorem, jak książkowy Stefanek?
    Stefanek i jego żona są portretami moich dziadków. 90 procent opisanych rzeczy zdarzyło się naprawdę, a 10 procent to mój wkład.

    Co jest prawdą, książkowe kryształowe lustra na ścianach, wyborne wina?
    Restauracja była podzielona na trzy kategorie, w zależności od klasy konsumentów. Pierwszą kategorię stanowiły tzw. osobistości, które tam przychodziły nie tylko zjeść, ale też spędzić czas. W drugiej kategorii mieścili się ludzie niżej uposażeni i aspirujący. Trzecią kategorią byli podróżni. Im wyższa klasa, tym bardziej wykwintne były dania.

    Napisał Pan, że „dziś część ludności Rumunii nie tylko nie zna historii swojego kraju, ale w dalszym ciągu jest ofiarą wymazywania zbiorowej pamięci”. Ludzie chcą poznać historię czy ona ich już nie obchodzi?
    Próba unicestwienia pamięci zbiorowej w Rumunii była podobna, jak w Polsce, choć w Rumunii dotkliwsza. Wszystkie totalitaryzmy próbują wymazać historię ze zbiorowej pamięci, żeby łatwiej było manipulować ludźmi. W XIX wieku i wcześniej też tak było. Wymazywanie historii odbywało się przy pomocy unicestwiania ludzi – depozytariuszy pamięci. W Polsce gorzej to wyszło komunistom, bo tu w pewnym sensie depozytariuszem historii był kościół katolicki, inaczej niż w Rumunii. Dlatego w mojej ojczyźnie łatwiej było amputować tę pamięć. Oficjalną wersję historii wszyscy mniej więcej znali, co nie znaczy, że była prawdziwa. W mojej pamięci z nauki historii pozostały daty i czasami miałem wrażenie, że nawet one były sfałszowane. Moją książką chciałem dotrzeć do historii opowiadanej, do źródeł wydarzeń.

    Europa to tygiel, w którym zawsze było gorąco i ciągle wrze. Przygląda się Pan sprawie uchodźców?
    Tak, oczywiście. Jestem dumny, bo urodziłem się i wzrastałem w mieście bardzo tolerancyjnym, choć prowincjonalnym. Rumuni, Ormianie, Tatarzy, Turcy, Grecy, Rosjanie, Rosjanie starowiercy, Cyganie żyli ze sobą w zgodzie. Tolerancja była naturalna. Była też międzyetniczna solidarność: nawet donosiciele donosili w ramach tej samej grupy etnicznej, nigdy Rumun na Tatara i odwrotnie. Moje miasteczko jest przykładem ścisłego zachowania konwencji umowy pomiędzy grupami etnicznymi – należało tolerować innego z jego wyznaniem i czasem cudacznymi zwyczajami. Wbrew moim przekonaniom i temu, co wyniosłem z domu, byłoby, gdybym wobec uchodźców wygłaszał tezy: „powinni zrobić to, albo to”.

    Medgidia, Europa i świat są dziś u kresu?
    Na świecie istnieją też miejsca, które nie zostały dotknięte takimi katastrofami, jakie przytrafiły się środkowym Europejczykom czy sąsiadom ze Wschodu. Fałszowanie historii doprowadziło do tego, że konflikty istniejące w ukrytej formie przeszły masę krytyczną, ona była tak duża, że się rozlało po Europie. W bardzo wielu miastach i miasteczkach mieszkańcy nie znają historii współczesnej, bo nawet ta sprzed dwudziestu paru lat była fałszowana. Polityka fałszu doprowadzała do tego, że narody były wysiedlane, jak Tatarzy krymscy na Syberię, a dziś krzywym okiem patrzy na nich Putin. Polityka fałszu spowodowała, że zatargi między nacjami buzowały jak w garnku z przykrywką pod ciśnieniem. Kiedyś musiało to wszystko wylecieć w powietrze. Jak reżim już zwyciężył kapitalizm, to koniecznie musiał znaleźć wroga. Stał się nim „inny” – w sensie religijnym, etnicznym. To nie jest tylko kwestia europejska. Reżim w krajach arabskich, żeby odwrócić uwagę od prawdziwych problemów i grzechów, które popełnił, rozpoczął wojnę religijną przeciw innym wyznaniom – to jest zarzewiem konfliktu, którego jesteśmy świadkami.

    Co będzie dalej?
    Jestem niepoprawnym optymistą. Człowiek to zwierzę społeczne, nie może istnieć w izolacji, musi współżyć z innymi, nawet jeśli ci inni denerwują nas w taki sposób, że mamy ochotę uderzyć ich w głowę. Ale temu, co się dzieje dziś na świecie, jesteśmy winni i my, i Amerykanie, którzy często powierzchownie traktowali problemy pojawiające się w dyktatorskich systemach w krajach arabskich. Nie mówiąc o Rosjanach, którzy dołożyli swoje. Teraz zbieramy tego owoce.
    CZYTAJ
    RECENZJA KSIĄŻKI "MEDGIDIA, MIASTO U KRESU"

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama