Ważne
    Sukcesy i lęki Portu Literackiego

    Sukcesy i lęki Portu Literackiego

    Jarosław Dudycz

    Polska

    Polska

    Port literacki we Wrocławiu

    Port literacki we Wrocławiu ©Tomasz Hołod

    W najbliższy piątek rozpoczyna się we Wrocławiu kolejna, osiemnasta już, edycja Portu Literackiego, wielkiej imprezy poświęconej książkom i ich autorom. Port był zawsze - i pewnie tak samo będzie w tym roku - wydarzeniem o bardzo szerokim horyzoncie, wielogłosowym, pluralistycznym. Prezentującym debiuty, dyskusje krytycznoliterackie, a także czyniącym ukłon w stronę poetów dawnych nurtów. Port znajduje nie najgorzej równowagę między starym a nowym, między konstrukcjami a dekonstrukcjami. Między statycznymi i nawet może pomnikowymi antologiami klasyków a dynamicznymi, szybko przemijającymi tomikami poetyckiej młodzieży.
    Port literacki we Wrocławiu

    Port literacki we Wrocławiu ©Tomasz Hołod

    Podczas Portu ewidentnie post się gryzie z karnawałem. Tradycyjne środki wyrazu z ekspresją eksperymentalną. Mądre zderza się z durnym. Ładne z brzydkim. Ciekawe z nudnym. Port jest dość pojemny. Gości wielu rozmaitych autorów, a także jest blisko swoich czytelników, którzy przeplatają się z autorami i nie sposób w korytarzach odróżnić jednych od drugich. Czytelnicy w dużej mierze są od lat ci sami, Port staje się przez to sprawą bardzo sentymentalną, punktem odniesienia dla wielu wspomnień. Ostatnio pytałem przyjaciela: "a pamiętasz wiosnę 2006 roku?". Takich pytań, sądzę, pada mnóstwo.

    Port jest bowiem wydarzeniem, co tu dużo mówić, generacyjnym, uformował wiele gustów i wielu ludziom otworzył wiele drzwi. Gdyby nie Port - gdyby nie Biuro Literackie - wielu z nas nie skomunikowałoby się nigdy z poezją najnowszą. Być może sporo wierszy w ogóle nie opuściłoby szuflady. To i owo można zarzucić tej inicjatywie, ale za jedno należy ją pochwalić na pewno: w dobie odżegnywania się od pozytywistycznego zakasywania rękawów, w czasach zapaści w edukacji, Port, volens nolens, stał się niezłą szkołą, zawsze inspirował i zachęcał do pogłębiania lektur. Chodziliśmy kilka lat temu na Port, jak na wykłady. Zabrzmi to najpewniej sztampowo: Port rzeczywiście nas uczył i bawił nas. Pokazywał wielkie portrety ludzkie i wielkie panoramy możliwości ludzkiego talentu. Gdzie byśmy tego wszystkie doświadczyli, jeśli nie w Porcie?

    Najważniejsze zaś jest to, że Port potrafił utrzymać stałe napięcie pomiędzy egocentryzmem a samokrytycyzmem. Jest bowiem - i całkiem słusznie - oskarżany o, mówiąc bez ceregieli, środowiskowe miziania i propagowanie towarzyskiego pitu-pitu, zarazem jednak jest tego doskonale świadomy i autoironiczny. Port ma zatem dokładnie tę samą konstytucję, co poezja, którą się zajmuje: jest kabotynem, popisuje się, często talenty rozmienia na drobne, po wielekroć mówi schematycznie, powtarza banały, ale zarazem potrafi wytknąć to sobie, złościć się na siebie, rozmawiać na swój temat sprawiedliwie. A przede wszystkim umie poruszać tematy bardzo istotne, jakby na przekór zarzutom o miałkość. Jest w tym jakaś kapryśność, niestabilność i humory. Wielkie osiągnięcia przeplatają się z wielkimi wpadkami. Niemało tu szlachetności, etosu inteligenckiego, ale też nie brakuje zgrzytów i ploteczek. Poważni ludzie idą ramię w ramię z dzieciarnią, która warsztatową brawurą próbuje nadrobić braki w porządnej formacji intelektualnej, nie pozwalające jej na rzetelne wypowiedzi psychologiczne, filozoficzne, historyczne, a wyłącznie na językowe szarże.

    Port jest miejscem żywym, ale i ma w sobie jakąś śmierć, zepsucie. Nienawidzi się go i mówi się o nim z uznaniem. Zatarły się tu granice między życiem a poezją. Nie wiadomo, gdzie wiersz a gdzie nieartystyczna, zwykła wypowiedź. Frazy wierszy wkradają się wszędzie. Młodzież poetycka bytuje w wielkiej, permanentnej kreacji, ciągle walczy o swoje miejsce. Wszyscy tu są odrobinę pretensjonalni, jednocześnie krytykując wszelką pretensjonalność. Wszyscy są nieco nienaturalni, zarazem walcząc o wielki autentyzm. Młodzież pragnie być dostrzeżona, ale udaje zalotnie, że jej na sławie nie zależy. Powszechnie pochwala się nonkonformizm i głosi suwerenność, i w ten sposób łatwo wpada się w masowość, w to, od czego się chciało uciec. Port jest złamany, rozpięty między supermarketem a kolekcjonowaniem bardzo swoistych przygód.

    Dobrym określeniem na to wszystko będzie słowo "teatr". Port Literacki niewątpliwie jest teatrem. Rozmawia się tu i wiersze prezentuje ze sceny. I przychodzi się tu w jakichś kostiumach zawsze, raczej nie bezinteresownie, a po coś. Skłonność do poezji nie jest czysta, jest rozmaicie upaprana. Jest chora na różne nerwice, choćby na lęk przed banałem, przed oczywistością, przed zbyt płaskimi słowami. Szuka się tu za wszelką cenę intymności, kombinacji z własnym wnętrzem. Walczy się z ideologizacją przekazu. I wpada się z deszczu pod rynnę: w ideologię ciągłej kontry, ciągłego buntu, walki dla walki. Brakuje tu starej kontemplacji rzeczywistości, stoickiego otwarcia na rzeczy najoczywistsze, na największe wartości. Na te cuda i znaki absolutu, o których pisał Czesław Miłosz.

    Brakuje chyba melodii podobnych jego "Traktatowi moralnemu" i "Traktatowi poetyckiemu". Brakuje spokoju. Osiąga się efekt odwrotny do zamierzonego: w walce o intymność, naturalność, dochodzi się, przez ten ciągły bój o oryginalność, do miejsca wielkiej sztuczności. Wrażliwość staje się zamknięciem. Postulat indywidualizacji doprowadza do ksobności. Odcięcie od wielkich narracji prowadzi do narracji zbyt małych i zbyt hermetycznych, by kogokolwiek obchodziły.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecane

      Wideo