Prof. Henryk Samsonowicz: Już raz byliśmy tygrysem Europy

    Prof. Henryk Samsonowicz: Już raz byliśmy tygrysem Europy

    Katarzyna Kaczorowska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    O najlepszych polskich królach, mitach narodowych, atrakcyjności Polski dla emigrantów sprzed wieków i krzepieniu polskich serc nie tylko przez Sienkiewicza z prof. Henrykiem Samsonowiczem rozmawia Katarzyna Kaczorowska.
    Henryk Samsonowicz

    Henryk Samsonowicz ©TOMASZ BOLT / POLSKAPRESSE..DZIENNIK BALTYCKI

    Panie Profesorze, istnieje jakaś powtarzalność w dziejach?
    Oczywiście, dzieje nie tylko naszego, ale też azjatyckiego kręgu cywilizacyjnego to sinusoida, co pewien czas powtarzają się kryzysy i powtarzają okresy korzystnego rozwoju.

    W takim razie czy upadek Rzeczypospolitej w XVIII wieku był taką oczywistą sinusoidą w dół?
    Trudno powiedzieć, tym bardziej, że trochę na własne życzenie straciliśmy to, cośmy mieli. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy to się da podciągnąć pod jakieś prawidłowości związane z regułami rządzącymi historią powszechną.

    A może demokracja szlachecka nie przystawała do wymagań czasu? Ludwik XIV mówił "Francja to ja", nasza szlachta pewnie powiedziałaby "Polska to my".

    Będę optymistą. Jedynym rzeczywistym odniesieniem do dzisiejszej Unii Europejskiej jest, co prawda krótkotrwały, ale jednak okres Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Państwa wielonarodowego, wieloetnicznego, wielowyznaniowego i wielokulturowego. Proszę pamiętać, że to nie były dwa narody, ale było ich około 20.

    Rozumiem, że Radziwiłłowie, Czartoryscy, Ogińscy, Tyszkiewiczowie, Sapiehowie - elita polskiej arystokracji - wywodzili się z Litwy, ale dla Litwinów Jagiełło to zdrajca.
    Rzeczywiście nie wszyscy go lubią, ale też pamiętają mu, że także dzięki Jagielle Litwa przeżyła i okres świetności, nie mówiąc już o tym, że częściowo dzięki niemu arystokracja litewska dostała się na salony świata.

    Bo się spolonizowała?
    Może tak jak Radziwiłłowie, książęta "Rzymskiego cesarstwa", także raczej zeuropeizowała. W okresie Zgody Sandomierskiej - a to jeden z nielicznych aktów prawnych, do których możemy się teraz odwoływać - elity litewskie bardzo pilnowały swojej odrębności, obyczajów, swojego prawa i ustroju. Ja jednak patrzę na te relacje inaczej.

    Jak?
    Szukam tych stworzonych wartości, które byłyby atrakcyjne dla innych.

    I tworzyliśmy?
    Niech pani przejrzy książkę telefoniczną.

    Nie da rady, ustawa o ochronie danych osobowych.
    Och, to starą proszę przejrzeć. Sama pani zobaczy, ile tam jest nazwisk świadczących o pochodzeniu naszych rodaków z innych nacji. Ilu jest - broń Boże, nie wymawiam - Millerów, Gebethnerów, Wolfów, Braunów, Baudouin de Courtenay? Ilu jest Cemadenich, Fergusonów, Tepperów, już nie mówiąc o rozmaitych Grekowach i Popowach.

    Emigranci?

    Ludzie, których przodkowie czegoś szukali u nas i to w dodatku także w okresie, kiedy nie mieliśmy państwowości. Kolejne pytanie więc brzmi: co takiego było atrakcyjnego w naszej kulturze, że Adalbert von Winkler stał się Wojciechem Kętrzyńskim i został jednym z założycieli dynastii historyków? Co takiego było w naszej kulturze, że pozwalało Anglikowi Fergusonowi w okresie największego rozwoju imperium brytyjskiego poczuwać się do związku intelektualnego, ale i uczuciowego z Polską? Dlaczego dwie największe diaspory - żydowska i ormiańska - u nas były największe? Co powodowało tego rodzaju możliwości asymilacyjne? Myślę, że wszyscy ci przybysze szukali wolności, tylko szlacheckiej, ale wolności.

    Czy słusznie?
    Owszem, co prawda po części się ona zdegenerowała, ale ta wyrażana w haśle "Za wolność naszą i waszą" i żywa w pieśniach, pokazywała wartość, którą trudno przecenić.

    To co Pan myśli, kiedy ogląda relacje z manifestacji, marszów patriotycznych, kiedy szermuje się pojęciem narodu?
    Hm, mnie się wydaje, że biorą w nich udział ludzie, którzy nie bardzo wiedzą, do czego się odwołują. A biorą, bo czują się niedocenieni, pokrzywdzeni, tylko, że podobne uczucia istniały już w czasach starożytnych. Pytanie więc powinno brzmieć: czy jest szansa, żebyśmy z tego wyszli.

    A jest?
    Oczywiście, bo i my, i inni parę razy już z takiej zapaści wychodzili. Jestem optymistą i proszę mi wierzyć, jak nas Szwedzi najechali było znacznie gorzej, a kto ma z nas dzisiaj pretensje do Szwedów?

    Oj, parę osób ma, kilku polityków chce wojennych reparacji za wywiezione skarby, ale rozumiem, że nie tylko my pielęgnujemy swoje rany.
    Reparacje to chwyt polityczny. A pielęgnujemy nie tylko rany.

    Naprawdę? Pamiętam ze szkoły czytankę o dzieciach głogowskich, w której syn dowódcy grodu przytroczony do maszyny strzelniczej wołał "bijcie z ręki ojca nie boli". Miasto zostało obronione przed Niemcami, nie wiem tylko, czy ci Niemcy wtedy naprawdę Niemcami byli.
    Nie wiem, czy jest dopuszczalny inny przykład, ale przypomina mi się taka historia - w późniejszym znacznie okresie pewien dowódca, któremu zagrożono, że dzieci wzięte na zakładników zostaną zabite, odpowiedział emisariuszom: "mamy narzędzia, zrobimy nowe". O dzieciach głogowskich to nie tylko w PRL uczono. Ja się tego uczyłem przed wojną.

    W ramach dawania odporu teutońskiemu żywiołowi?
    W ramach akcji krzepienia polskich serc.

    To proszę mi powiedzieć, czy każdy naród ma tendencję mitotwórczą?
    Bardziej mają ją te, które czują potrzebę dowartościowania.

    Czyli mają większe kompleksy.
    Niestety, ale tak. Anglicy mają je stosunkowo niewielkie, większe mają Rosjanie, nie mówiąc o rozmaitych narodach żyjących w tak zwanej nowej Europie. Kompleksy pojawiły się u Francuzów, którzy stracili pozycję dominującego mocarstwa.

    A czy istnieje coś takiego jak cechy narodowe, coś co sprawia, że dane społeczności tworzące narody różnią się od siebie nie tylko językiem?
    W moim przekonaniu istnieją pewne cechy zbiorowości, które powodują, że nieco inaczej widzą świat Chińczycy, nieco inaczej my, a jeszcze inaczej mieszkańcy Stanów Zjednoczonych. Tylko, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Według koncepcji mojego przyjaciela, znakomitego historyka Karola Modzelewskiego podczas tworzenia się Europy - tak jak w przypadku Cesarstwa Rzymskiego - podstawą uznawanych norm współżycia ludzi był system wartości związanych z wolnością i różnorodnością. W "Barbarzyńskiej Europie" pisze on o tym, że istniały tutaj różne formy kultury, które nakładają się na siebie, przynosząc bardzo różnorodne efekty. Dlatego drażni mnie, przyznam szczerze, mówienie o owych tendencjach narodowych. Kilka tygodni temu słuchałem dyrektora Instytutu Archeologii Polskiej Akademii Nauk profesrora Andrzeja Buko, który bada pod Włocławkiem miejsce, gdzie zapewne żyła drużyna może już Mieszka, a może dopiero Chrobrego. Ta drużyna składała się z przybyszów ze wszystkich stron świata. Tam byli Skandynawowie, wschodni i południowi Słowianie, Germanie kontynentalni, i oczywiście mieszkańcy tej ziemi.

    Czyli zbieranina?
    Ale zbieranina, która stworzyła pierwsze kształty klasy panującej. Ta drużyna to organizacja typu wodzowskiego - tak się to nazywa w antropologii. Można się zastanawiać nad naleciałościami, ale czy też my Słowianie od zawsze byliśmy tacy sami? Pewnie nie, bo nawet sami Słowianie różnią się między sobą.

    Skoro w różnorodności siła to skąd się bierze schematyczność w przedstawianiu początków dziejów narodu, czy dynastii?
    Ależ proszę pani, legendy zawsze stanowiły lepik, cement, który umacniał wspólnotę. To nie jest specyfika szkolna z pierwszych klas podstawówki. Już nasz pierwszy wielki historiograf, czyli Wincenty Kadłubek opisywał, jak pokonaliśmy Aleksandra Wielkiego i Juliusza Cezara.

    Zdziwiliby się obaj bardzo.
    Pewnie nie wiedzieliby, kto ich pokonał, bo nas nie było. Ale rzecz w tym, że ta mitotwórcza działalność była wyrazem silnej potrzeby, wąskiej jeszcze, grupy ludzi skupionych wokół tronu krakowskiego, którzy zdawali sobie sprawę, że dom potrzebuje fundamentu. Że zmyślony? Podkolorowany? Ale za to jaki piękny.

    I nieprawdziwy, ale uznajmy, że w wiekach średnich wierzono w to zwycięstwo nad Juliuszem Cezarem. W historii jest miejsce na odkrywanie nowego? Pomaga archeologia, ile jednak w badaniach jest koncepcji, ale ile faktów? Pamięta Pan przecież sensacyjne doniesienia, że Mieszko był Gotem.
    Czyli że nie był prawdziwym Polakiem... Broniłbym pochodzenia Mieszka, biorąc pod uwagę jego imię. Z łacińskim "Dagome iudex" bym nie przesadzał, bo mamy też "ego Mesco". Ja uparcie będą wracać do generalnego pytania: od kiedy możemy mówić o tej wspólnocie, która tworzy organizację polityczną, kulturalną, decydującą o jakiejś odrębności? Czy to co powstało w czasach Mieszka, ten system wodzowski, który wiązał się z początkami naszej państwowości, nie ulegał zmianom? W moim przekonaniu nowoczesne - proszę wziąć to w cudzysłów - państwo to dopiero Kazimierz Odnowiciel, który stworzył regułę terytorialnej struktury naszej państwowości. Choć swoją drogą ideologię państwową próbował nam zaszczepić cudzoziemiec zwany Gallem Anonimem. Niedawno pokazały się trzy koncepcje dotyczące jego pochodzenia, niestety, sprzeczne wzajemnie.

    Skąd miał do nas przywędrować?
    Mógł być mnichem z Lido pod Wenecją, mieszkańcem Bawarii, a być może kimś z otoczenia Ottona Bamberskiego.

    I pewnie najbardziej do zaakceptowania byłby ten mnich z Lido, bo Niemcy tworzący nam ideologię państwa...
    No to polecam pani pracę Tomasza Jasińskiego, który wyjaśnia, że ta bamberska koncepcja jest autorstwa Niemca Fritha. Sam Jasiński uważa, że Gall Anonim pochodził z klasztoru św. Mikołaja na Lido. Przede wszystkim był jednak współpracownikiem Bolesława Krzywoustego, robiącym nam świetne publicity. Dość przypomnieć pierwszy fragment jego kroniki "przez Polskę nie przechodzą drogi europejskie, leży na uboczu, ale" - i tutaj następuje ciąg dalszy opisu mówiącego o urokach naszej ziemi, na której - "są owce wełniste, lasy pełne zwierza" itd.
    1 »

    Czytaj także

      Komentarze (3)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      No byliśmy

      lesio (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 63 / 77

      W pewnym serialu o takim tytule.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Maja oralny i cynik umysłowy

      GroblinNH (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 72 / 39

      Byliśmy tylko w snach błazeńskiej ekipy ludzi pogrążonych w urokliwym zaklinaniu biedy polskiej dla milionów. I niech pokażą drugi kraj w Jewropie land z którego wyjechała cała młodzież na zlewki.

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Oralnego Donka wypluj procesorku!

      NorvidNH (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 72 / 65

      Byliśmy tylko w snach błazeńskiej ekipy ludzi pogrążonych w urokliwym zaklinaniu biedy polskiej dla milionów. I niech pokażą drugi kraj w Jewropie land z którego wyjechała cała młodzież na zlewki.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama