Na ochotnika do piekła

    Na ochotnika do piekła

    Janusz Krzeszowski

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    Poniewierany psychicznie, głodzony, bity, poddany morderczej pracy i szczuty psami. Witold Pilecki przeżył 947 dni w piekle obozu koncentracyjnego Auschwitz. Specjalnie dał się pojmać, a potem sam znalazł drogę ucieczki.
    Jest rok 1948, godzina 21.30. Warszawa, więzienie mokotowskie. Strzałem w tył głowy dokonano egzekucji na Witoldzie Pileckim, bohaterze narodowym i niezłomnym żołnierzu. Z wyrokiem, postrzeganym potem jednoznacznie jako bestialski mord sądowy, wtedy nawet nikt nie dyskutował. Komuniści tak rozprawiali się z bohaterami.
    Na świat przyszedł w 1901 roku w Ołońcu, w Karelii na północy Rosji. Był synem rewizora leśnego Juliana Pileckiego. Jego ród wywodził się z Nowogródczyzny. Mały Witold już jako 12-latek wstąpił do skautów.
    - Potem kontynuował naukę i tajną działalność harcerską. Nawet wtedy wiedział, co w jego życiu jest najważniejsze. To honor i walka za ojczyznę - opowiada Adam Cyra, polski historyk, badacz sylwetki rotmistrza Pileckiego.

    W 1918 roku stał już na polu walki. Jako ochotnik brał udział w obronie Wilna najpierw przed Niemcami, a potem bolszewikami. Dwa lata później dowodził kompanią harcerską. Za odwagę został odznaczony Krzyżem Walecznych. Znalazł czas, żeby ukończyć Szkołę Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, został porucznikiem rezerwy. Studiował też jako wolny słuchacz na wydziale rolniczym Uniwersytetu Poznańskiego.
    W międzyczasie poznał i ożenił się z Marią Ostrowską, z którą potem miał dwoje dzieci: Andrzeja i Zofię. Wolne chwilę spędzał na malowaniu i pisaniu wierszy.

    - Zawsze miał duszę artysty. Wychował też moją mamę w przekonaniu, aby każdego dnia próbować zrobić coś dobrego. Wierzył w ludzi. Nieraz dawał się ponosić ułańskiej fantazji - opowiada Dorota Optułowicz-McQuaid, wnuczka rotmistrza, doktor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Niestety, nie było jej dane poznać osobiście dziadka. Zna go tylko z opowieści mamy Zofii.
    Krótka sielanka skończyła się w 1939 roku. Pilecki został zmobilizowany i brał udział w kampanii wrześniowej. Był współzałożycielem Tajnej Armii Polskiej. Wtedy zaczął używać konspiracyjnego nazwiska Tomasz Serafiński.
    - U lekarki, u której się ukrywał, znalazł dowód i kartę pracy właśnie na takie nazwisko. Podmienił w nim zdjęcia - opowiada doktor Cyra.

    Lato 1940 roku. Do obozu w Auschwitz trafił pierwszy transport więźniów politycznych. Byli wśród nich koledzy Pileckiego. Podziemną Warszawę od razu obiegły wieści, że w obozach giną ich ludzie. Pod wpływem tych informacji postanowiono zorganizować w obozie tajną armię. - Pileckiego do tej decyzji nikt nie namawiał. Spojrzał tylko raz na niego dowódca Jan Włodarkiewicz, jako na tego, który może sobie poradzić z taką misją. Wystarczyło - opowiada Jerzy Woźniak ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, który potem skazany na śmierć siedział w więzieniu mokotowskim razem z rotmistrzem.

    W nocy z 21 na 22 września 1940 roku do obozu w Auschwitz przyjechało ponad tysiąc siedmiuset więźniów. Wśród nich był m.in. profesor Władysław Bartoszewski, który został aresztowany przez Niemców w mieszkaniu przy ul. Słowackiego.
    - Noc była ciemna, wygnano nas z wagonów, szczuto psami, bito, poganiano: "Schnell, schnell, raus" - pisze we wstępie do książki "Rotmistrz Witold Pilecki" profesor. Sam bohater natomiast tak opisywał swoje pierwsze widoki ze świata za kolczastymi drutami:
    - Jedenastu ciągnięto na rzemieniach uwiązanych do jednej nogi. Drażniono psy skrwawionymi trupami i szczuto je na nich. Wszystko to robiono przy akompaniamencie śmiechu i kpin - tak Pilecki relacjonował.

    Kapo byli bezwzględni. Nikt nie wyjdzie stąd żywy - mówili, śmiejąc się w oczy wyczerpanym do granic możliwości ludziom. Dodawali, że porcja jedzenia jest tak obliczona, że starczy im na 6 tygodni. Jeśli ktoś będzie żył dłużej, to znaczy, że kradnie, a kto kradnie, znajdzie się w komorze, gdzie żyje się krótko.
    Więźniowie, mimo ostrzeżeń, gdy tylko mieli okazję, jedli co popadnie. Zjadali liście, pokrzywy, surowe buraki. Potem walczyli z biegunką. Jak pisał Pilecki - zazdrościli wtedy krowom, bo im buraki nie szkodziły.

    Od początku obecność rotmistrza w obozie była ryzykowna.
    - Już na początku stracił dwa zęby. Dostał drewnianym drągiem za to, że tabliczkę z numerem, zamiast nieść w zębach, niósł w rękach - opowiada doktor Cyra.
    Sam numer obozowy też nie wróżył nic dobrego - 4859. Wychodziły dwie 13 ze środkowych i skrajnych liczb. - To utwierdzało moich kolegów w przekonaniu, że zginę. Mnie cieszyło - opisywał w "Raporcie Witolda" po ucieczce z Auschwitz.

    Egzekucje i choroby z dnia na dzień dziesiątkowały więźniów. Każdy świt i zmierzch przynosił śmierć.
    - Rozumiałem, że gdy zabraknie do zabijania słabszych ode mnie, wtedy przyjdzie kolej na mnie - relacjonował bohater. Często musiał oglądać konanie swoich przyjaciół. Tylko myśl, że ma do wykonania ważną misję, powstrzymywała go przez rzuceniem się na oprawcę i śmierć razem z nim. Dni w świecie pasiaków, bestialstwa i ciągłej śmierci mijały wolno. Każdy liczył się z tym, że może nie dożyć nocy. Raz praca była lżejsza, raz wyczerpująca. Wszystko zależało od szczęścia, humorów kapo, miejsca, w którym znajdowało się w danej chwili. Ludzie traktowani jak zwierzęta zapominali, że są ludźmi. Gdy uruchomiono pierwsze komory gazowe, było jeszcze gorzej. Ginęły kobiety i dzieci.
    - Setkami, osobno kobiety z dziećmi i mężczyźni, szli do baraków, które miały być łaźniami. Okna były tylko z zewnątrz i to fikcyjne, w środku był mur. Potem ciepłe jeszcze ciała przewożono taczkami do krematoriów - wspominał rotmistrz.

    W takich warunkach Pilecki tworzył organizację wojskową, która pomagała przeżyć innym więźniom, dostarczała jedzenie, a na końcu miała wszcząć powstanie i opanować obóz. Rotmistrz i jego ludzie mieli też pomagać organizować ucieczki. Innym zadaniem było przekazywanie swoim przełożonym informacji o życiu obozowym. To właśnie Pilecki jako pierwszy alarmował świat, że w Auschwitz giną masowo Żydzi, Cyganie i Polacy.
    - Dlatego został uznany przez zachodnich historyków jako jeden z sześciu największych bohaterów II wojny światowej - podkreśla Woźniak, były żołnierz AK.

    Nie było to jednak łatwe. Grypsy z informacjami mógł przekazywać poprzez uciekinierów, dzięki zwalnianym więźniom albo za pośrednictwem robotników z zewnątrz, którzy pracowali w obozie.
    - Listy pisał rzadko, bo podając dane mówił, że jest kawalerem. Gdyby robił to za często, Niemcy od razu by się zorientowali, że coś jest nie tak - opowiada badacz historii Pileckiego.
    Jak trudne były warunki działania konspiracji w Auschwitz, której uczestnicy byli ciągle narażeni na śmierć, tortury i dekonspirację, najlepiej oddają słowa Pileckiego, który potem pisał: Wielki młyn łagru wyrzucał wciąż trupy. Wielu kolegów ginęło, których trzeba było zastępować innymi. Wciąż trzeba było wszystko wiązać. W wysiłku dnia codziennego walczyliśmy o to, aby jak najmniej oddać do komina istnień polskich, a dzień czasami wydawał się rokiem.

    Po 947 dniach piekła - 65 lat temu Witold Pilecki, zagrożony dekonspiracją, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edwardem Ciesielskim (nr 12969).
    - W tym czasie Witold Pilecki pracował w paczkarni obozowej, Edward Ciesielski w szpitalu więziennym, a Jan Redzej w magazynie żywnościowym przy kuchni. Wykorzystując swoje różnorodne kontakty konspiracyjne, Pilecki umożliwił dwóm pozostałym śmiałkom dostanie się do komanda zatrudnionego na nocnej zmianie w piekarni w Oświęcimiu na Niwie, poza terenem KL Auschwitz - relacjonuje doktor Cyra.

    Uciekinierzy musieli najpierw dorobić klucz. Odcisk zrobili w chlebie i przekazali go znajomemu ślusarzowi. W komandzie piekarzy można było pracować tylko za zgodą obozowego gestapo. Żeby zdobyć przepustkę, uciekinierzy musieli mocno się nagimnastykować. Podrabiali podpisy, zmieniali już wcześniej wystawione dokumenty, udawali choroby.
    Najlepszym czasem na ucieczkę były ostatnie dni kwietnia. Wiadomym było, że w okresie świąt wielkanocnych znaczna część obozowej załogi SS będzie przebywać na urlopach. Ucieczka poprzedzona była dużymi problemami z dograniem wszystkich najdrobniejszych szczegółów. Na ostatnią chwilę udało się wszystko zgrać.

    Sześciu więźniów, w tym Pilecki z kolegami, poszło pod strażą dwóch esesmanów do dużej piekarni. Była ona położona około dwóch kilometrów od obozu i wypiekała chleb dla więźniów z Auschwitz.
    - Z piekarni wyprowadzono ranną zmianę, a nowej kazano wejść do środka. Następnie zatrzaśnięto ciężkie drzwi i z zewnątrz dał się słyszeć zgrzyt zakładanej na drzwi sztaby oraz szczęk klucza w kłódce. W budynku piekarni więźniowie zostali zamknięci z dwoma pilnującymi ich esesmanami. Bezzwłocznie musieli przystąpić do pracy, wyznaczonej im przez zatrudnionych w piekarni cywilnych robotników - opisuje Cyra.

    Już po paru minutach Ciesielski i Pilecki mieli przekonać się, jak ciężka i mordercza jest to praca. Kiedy nastąpiło kolejne rozpalenie pieców i krótka chwila przerwy w pracy, zaczęli realizować plan. Przebywali wówczas w drewutni pod pozorem przygotowania opału. Ciesielski i Pilecki byli zajęci pracą, a Redzej wyciągnął schowany tam uprzednio dorobiony klucz i próbował otwierać drzwi. Następne ogniwo planu - przecięcie dzwonka alarmowego - także zostało zrealizowane. Teraz liczyły się już sekundy. Dzięki sprzyjającym okolicznościom - jeden z nadzorujących esesmanów zajęty był pisaniem listu, a drugi jedzeniem - wszyscy trzej podeszli do żelaznych drzwi, napierając na nie z całej siły. Przy kolejnym naciśnięciu wreszcie ustąpiły. Byli wolni. Szli wzdłuż Wisły. Natrafili, niestety, na uzbrojony oddział Niemców. Pilecki został postrzelony w ramię. Udało się jednak uciec.

    Uciekinierzy kierowali się w stronę Bochni. Potem rotmistrz spotkał się z prawdziwym Tomaszem Serafińskim w Nowym Wiśniczu. Tam zostawił raport o życiu w obozie, który został później zakopany w ziemi. Tam została też jego zapalniczka, która była jedyną pamiątką z obozu.
    Pileckiemu każdego dnia chodziła po głowie myśl, aby uderzyć zbrojnie na Auschwitz. Widział, jak bestialsko traktowani są tam ludzie. Dowódcy z krakowskiej dywizji AK wybili mu to jednak z głowy. Ten plan był nierealny. Polacy dysponowali za małymi siłami. Rotmistrz nie tracił nadziei.
    - Wrócił do Warszawy, pod pseudonimem Kameleon pracował w oddziale informacji. Wbrew swoim dowódcom wziął udział w powstaniu warszawskim. Potem dostał się do niewoli. Po wyzwoleniu trafił do armii Andersa stacjonującej we Włoszech - opowiada Tomasz Gałwiaczek z wrocławskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

    Na własną odpowiedzialność wrócił do kraju w 1945 roku. Atmosfera wokół podziemia gęstniała. Pilecki trafił do więzienia w maju 1947 roku. Przeszedł niezwykle ciężkie śledztwo. Był gnębiony i bity. Wyrywano mu paznokcie. Nikogo jednak nie wydał.
    - Byłem w celi obok. Codziennie ginęli koledzy. Skazali mnie na karę śmierci. Ta świadomość jest nie do zniesienia. Bolszewicy zabijali dopiero po godz. 15, więc od tej godziny każdy liczył się z tym, że zginie - opowiada Woźniak, któremu karę śmierci zamieniono potem na dożywocie.
    Pilecki jako jedyny z aresztowanych wtedy 23 działaczy podziemia dostał potrójną karę śmierci. Jej wykonanie specjalnie przyspieszono, aby nie została zamieniona na dożywocie.
    Był rok 1948, godzina 21.30. Warszawa, więzienie mokotowskie. Strzałem w tył głowy dokonano egzekucji na Witoldzie Pileckim, bohaterze narodowym i niezłomnym żołnierzu.
    Ironia losu sprawiła, że major Czesław Łapiński, który jako prokurator wojskowy oskarżał rotmistrza i wnioskował o wyrok śmierci, w 2004 roku umarł na nowotwór w szpitalu przy ul. Rotmistrza Pileckiego.

    ***
    Przy pisaniu artykułu korzystałem z książek: Adam Cyra, Wiesław J. Wysocki, "Rotmistrz Witold Pilecki, Warszawa 1997, Rotmistrz Witold Pilecki, "Raport Witolda", 1945, Adam Cyra, "Ucieczka rotmistrza" oraz z portalu: www.kasztelania.pl.

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Piotr Śmietański

      Jan Uznański (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 71 / 58

      Rtm. Witolda Pileckiego zabił strzałem w tył głowy w więzieniu na Mokotowie st. sierżant Piotr Śmietański, który po 1968 r. wyjechał do Izraela. Jego zdjęcie znajduje się w albumie Jacka Pawłowicza...rozwiń całość

      Rtm. Witolda Pileckiego zabił strzałem w tył głowy w więzieniu na Mokotowie st. sierżant Piotr Śmietański, który po 1968 r. wyjechał do Izraela. Jego zdjęcie znajduje się w albumie Jacka Pawłowicza "Rotmistrz Witold Pilecki", Warszawa 2008. Album został wydany przez Instytut Pamieci Narodowej.zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama