Mistrz Twardowski. Z Wrocławia. Nie z księżyca

    Mistrz Twardowski. Z Wrocławia. Nie z księżyca

    Katarzyna Kaczorowska

    Polska

    Polska

    Lech Twardowski

    Lech Twardowski ©Pawel Relikowski / Gazeta Wroclawska

    Lech Twardowski. Malarz. Performer. Człowiek konsekwentny i uparty. Artysta totalny. Jedna z najbardziej charakterystycznych postaci nie tylko artystycznego Wrocławia. Nie lubi mówić o sobie. Co mówią o nim inni?
    Lech Twardowski

    Lech Twardowski ©Pawel Relikowski / Gazeta Wroclawska

    Ostatnie piętro XIX-wiecznej kamienicy. Z okna rozpościera się widok na dachy, które do nowych czasów przypisuje las anten. Przeszłość przypominają górujące nad nimi wieże katedry. Jeśli ustawimy się w odpowiednim miejscu, zobaczymy trzy szpice wznoszące się w powietrze. Surrealizm perspektywy, która zlewa w jedno wieże katedry i kościoła św. Krzyża. W pokoju, w którym jedynymi meblami są stół i dwa krzesła, piętrzą się pod ścianami obrazy.
    W niewielkiej nyży obok praktycznie też nie ma miejsca, bo to, które było, wypełniły prawie w całości wielkie płótna. Nie ma prądu, bo gospodarz pracuje tylko przy dziennym świetle. Latem od szóstej do 21, zimą od ósmej, dziewiątej do 16. Taki sposób na opanowanie czasu i narzucenie mu własnego rytmu.

    Lech Twardowski. Rocznik 1952. Urodzony w Brodnicy, związany z Wrocławiem. Z wyjątkiem dwunastu lat, które spędził w Paryżu, czy może raczej paryżewie, bo tak Twardowski mówi o fin-desiecle’owej mekce, która ponad 100 lat temu przyciągała głodnych sztuki i głodnych dosłownie twórców z całej Europy jak świeca ćmy. Czy w tym "paryżewie" brzmi sarkazm? A może nuta sympatii? W końcu, kiedy przyjechał tam jako stypendysta francuskiego rządu, dotarł do mekki polskich intelektualistów - Maisons Lafitte - i poznał Józefa Czapskiego. Nie zapomina się przecież takich spotkań, zwłaszcza wtedy, kiedy mocno starszy pan odprowadza młodego mężczyznę do metra po długiej rozmowie przy winie.
    - Ale wie pan, panie Lechu, ja pana tylko odprowadzę. Dalej to pan sobie będzie radził sam. Nie pomogę panu, bo w życiu metrem nie jechałem - tłumaczył dobrotliwie starszy pan młodemu mężczyźnie, kiedy powoli docierali do stacji, z której można dojechać wprost na plac Bastylii, upamiętniający symbol francuskiej rewolucji.
    - A potem było ostatnie Biennale Młodych w Paryżu. I najlepsze prace, jak z dwóch przeciwległych krańców czasu. Pierwsze, niewielkie, z zarysami jakichś postaci, jakby cieni. To były prace Czapskiego, który miał wtedy chyba 90 lat. A na tym drugim biegunie Basquiat. Jeden odchodzący, drugi z pozoru wchodzący, ale czas obu właściwie już się kończył - wspomina Twardowski, o którym Mariusz Her-mansdorfer, krytyk sztuki i dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu, mówi wprost "artysta totalny".

    Freak, a może i chimera


    "Freak" to właściwie dziwak. Polszczyzna jest dla niego życzliwsza, bo freak to inaczej człowiek skrajnie niezależny, przez co często mający kłopoty z akceptacją otoczenia. Ale angielski "freak" to też chimera, a chimera to wśród wielu definicji również ziejący ogniem potwór, dziecko Tyfona i Echidny, o głowie lwa, ciele kozy i ogonie węża, istota o kapryśnej i nieprzewidywalnej naturze.
    Twardowski ogniem nie zieje, a w każdym razie nie dosłownie. O swojej sztuce mówiący niechętnie i niewiele, komunikuje się raczej między słowami, w przestrzeni zbudowanej ze znaczeń niewypowiedzianych słów.
    "Czystość myśli a czystość zapisu tej myśli to nie to samo. Zdarza się, że myśl ta wiruje i leci tak daleko, że nie potrafimy jej dogonić, a tym bardziej złapać, zapis za nią nie nadąża, nie jest w stanie jej sprostać - i właśnie tutaj pojawia się miejsce dla dźwięku, poezji i sztuki. To zawirowanie nie zawsze jest czytelne, czasami mały okruch lub ślad myśli wstawi nas w taki punkt, a polecimy jeszcze dalej niż sama myśl, czasami sztuka migruje dalej niż sama myśl. W takich przypadkach często myśl wiruje chaotycznie w poszukiwaniu własnej szczeliny - aby dać zaczyn czemuś ważnemu, istotnemu - bo jej siła leży gdzieś bardzo głęboko" - napisał w liście do Andrzeja Turowskiego, krytyka sztuki.
    Twardowski szczelin, przez które myśl i uczucia przedzierają się na powierzchnię, poszukuje nieustannie w pracowni, kiedy pochylony nad płótnem, zamaszystymi ruchami rozprowadza farbę, jakby chciał chaosowi nadać pozór porządku. Nie pracuje na stojąco. Nie pracuje na siedząco. Pracuje w kucki. Pochylony. Zgięty. Czasem na kolanach. Bo tak lepiej czuje. A może w takiej pozycji łatwiej staje się medium, przez które przechodzi to coś, co potem z płótna uderzy człowieka patrzącego na dzieło skończone? Uderzy w to, co nienazwane, schowane, tylko czasem wychodzące na powierzchnię opanowanej i przewidywalnej rzeczywistości.

    Kiedy pięć lat temu we wrocławskiej galerii Entropia tworzył kolejną dużą formę, nazwał ją "Anakonda". Największy na świecie wąż dusiciel. W tym dusicielu każdy mógł zobaczyć to, co odbiera mu powietrze. A jak nie widział, to może słowa umieszczone pomiędzy kolejnymi kwadratami "Anakondy" stawiały tę kropkę nad "i": "Publiczna heca ku uciesze gawiedzi". "Samym swoim własnym przekleństwem". "Co zimne serce i trzeźwa inteligencja mają wydobyć z rzeczywistości".
    - Działań i sztuki Lecha nie da się zamknąć w jednoznacznej formułce. To akcjonista o niezwykłej dyscyplinie i zacięciu. Mam na myśli konsekwencję artystyczną, ale też zwyczajnie ludzką, z charakteru - mówi szef "Entropii" Mariusz Jodko, który Twardowskiego do współpracy zaprasza często. - Dla niego ważny jest nie tylko efekt, skończone dzieło, ale też proces, sama praca, energia, którą wkłada w dzieło. Tak, jakby chciał ją przekazać dziełu, naładować je jak akumulator tak, by funkcjonowało samoistnie - dodaje Jodko, który przyznaje, że czasem, jak w "Anakondzie", przez abstrakcje Twardowskiego przebijają się sceny jak z Hieronima Boscha, co w połączeniu z tekstami daje piorunujący efekt. - Zwłaszcza że pełny tytuł wystawy to: "Anakonda. Ślady miasta, czyli jak nawzajem się zżeramy" - podkreśla Jodko i przypomina, że mówiąc o Twardowskim trudno nie wspomnieć o realizacjach z początku lat 90., kiedy dał się poznać jako niezły organizator wielkich akcji malowania w przestrzeni miasta. - Ale też inspiruje innych. W jego pracowni działo się wiele akcji, tam dał się poznać Piotr Skiba, kiedy był jeszcze studentem - mówi szef "Entropii".

    Przestrzeń do ogarnięcia


    Na stercie obrazów opartych o ścianę stoi niewielka makieta. W małej formie, w której są postaci ludzi patrzących na obraz, zamknięta jest wielka forma, która w grudniu zeszłego roku opanowała patio Muzeum Narodowego.
    - Po raz pierwszy Twardowski przyszedł do mnie kilka lat temu, pokazując swoją propozycję autorską - "Generator BM". Wymagała dużej przestrzeni, ale była bardzo interesująca. I potwierdziła moje wcześniejsze wrażenia wynikające z obserwacji jego mniejszych dokonań, że jest to artysta, który chce być artystą totalnym - Mariusz Hermansdorfer czuje się nie tylko dyrektorem, ale także krytykiem sztuki, tym bardziej trudno nie zgodzić się z opinią człowieka, który przez lata stworzył jedną z najlepszych w kraju kolekcji polskiej sztuki współczesnej.

    Czym jest totalizm Twardowskiego? Nie wystarczy mu dobrze namalowany obraz (najchętniej w wymiarze 2 na 2 metry). Ten prezentowany w muzeum w gru-dniu ubiegłego roku składał się ze 130 obrazów, tworzących instalację o wymiarach 10 na 15 metrów. Każdy będący osobną całością, razem tworzące nową jedność.
    Mariusz Hermansdorfer tłumaczy: - Do niedawna osią jego prac były dynamiczne kręgi. Ostatnio inaczej zaczął rozgrywać materię malarską. Jest dynamizm. Jest ekspresja. Nie ma bezpośredniej treści w poszczególnych obrazach, natomiast jest świetnie rozegrana przestrzeń, kolorystyka i dynamika tego płótna, ale te płótna dopiero zmultiplikowane, połączone w duże zestawy aranżujące przestrzeń, rzeczywiście stają się malarstwem totalnym, sztuką totalną, która chce zagarnąć wszystko. Ta sztuka chce dyktować warunki otaczającej ją przestrzeni. Chce kierować i inspirować widza.

    Ta sztuka chce dyktować warunki otaczającej ją przestrzeni. Chce kierować i inspirować widza.

    W patio muzeum nie ma śladu po instalacji "Zewnąrz-wewnątrz". Rozebrana na części stoi pod ścianami pracowni, jakby czekała na nową przestrzeń do opanowania. Mariusz Hermansdorfer uśmiecha się i dodaje, że Twardowski to jeden z nielicznych twórców, którzy przychodzą do niego z własnymi propozycjami, w które to propozycje dyrektor i krytyk w jednej osobie nie ingeruje, niczego w nich nie sugeruje, niczego nie podpowiada. Zamknięta całość rodząca się w głowie. A może nie tylko?

    Słowa, czyli inspiracje


    "Prawdę mówiąc, całe nasze życie jest tylko bajką, poznanie - głupotą, pewność - opowiastką, jednym słowem ten świat to farsa i ustawiczna komedia" - te słowa Michela Foucault, będące częścią "Anakondy", mogłyby być credo wiszącym nad drzwiami pracowni malarza, filozofa, poety, aktora, po prostu człowieka zastanawiającego się nad sensem. Nie tylko egzystencji. Po prostu sensem wszystkiego. Myśli, oddechu, cielesności, rozmowy, bliskości, miłości, strachu, bólu.
    - Szczerze mówiąc, trudno mi mówić o twórczości Lecha. Towarzyszę jej od dawna, z bliska, czasem bardzo bliska, ale właściwie to my o jego sztuce nie rozmawiamy, bo nie lubi rozprawiać o sobie i swojej sztuki tłumaczyć - przyznaje Zbigniew Kupisz, producent wszystkich edycji Biennale WRO.

    Więc rozmowy - nie tylko z Kupiszem - toczą się niekoniecznie o obrazie, ale jakby obok i wokół niego, a przecież nieustannie o tym, co istotne. Bo dla Twardowskiego inspiracją są ludzie i rozmowy z nimi na trasach, którymi przemieszcza się przez miasto, gdzie wielu doskonale kojarzy charakterystyczną postać: rudawe od papierosów broda i wąsy, długie włosy związane w koński ogon, szybki krok, uważne spojrzenie. Po nim widać, że w tych rozmowach nie ma udawania. Jest konkret, treść, a czasem prawdy walenie między oczy, kiedy w powietrzu ktoś zbyt widocznie potrąci fałszywą nutę.
    - Może dlatego Lechu jest trochę osobny? Bo nikt nie ma wątpliwości, że jest twórcą bezkompromisowym. Nie idzie na ustępstwa. Albo się go bierze w całości, albo nie - przyznaje Kupisz.

    A Jerzy Kosałka dodaje: - Dla mnie Lechu jest ikoną konsekwencji. Konsekwentnie tak samo wygląda, jak wtedy, kiedy się zaprzyjaźniliśmy, czyli w 1976 roku. Nie studiował jeszcze malarstwa i był barwną postacią wrocławskiej sceny hipisowskiej. Oprócz zmarszczek, które przybyły - te same długie włosy, ta sama broda. Kurtka, spodnie, buty, już nie dosłownie z tamtych lat - byłoby to zresztą wrocławskim plagiatem artystycznym - ale w tamtym stylu.
    Kosałka wylicza, w czym jeszcze Twardowski jest konsekwentny. W sztuce: mimo iż używa różnych środków, jak performance czy instalacja - cały czas podstawą jest konsekwentnie prowadzone, solidne malarstwo, nierzadko z fakturą i gestem w roli głównej. Na pewno w hołdowaniu abstrakcji i jej obronie. - O czym nie jeden raz przekonałem się podczas naszych dawnych przyjacielskich rozmów, konsekwentnie wspomaganych przez różne środki ułatwiające takie rozmowy. Dyskusje były o tyle ciekawe, że ja interesowałem się w sztuce realizmem i uważałem zajmowanie się abstrakcją za "ucieczkę", a Lechu konsekwentnie obstawał przy swoim. Prowadziliśmy je cały czas konsekwentnie w pewnej kultowej artystycznej knajpie. Ja zmieniłem lokal, Lechu konsekwentnie został - uśmiecha się autor "Bitwy pod Kłobuckiem".

    W pracowni światło wpada przez świetlik w dachu. Twardowski, odżegnując się od słowa "artysta" (bo trąci pretensją), przysuwa bliżej piec. Niechętnie przyznaje, że z Brodnicy wyjechał, kiedy miał 14 lat. Włóczył się, trochę tu, trochę tam. Może wtedy zhardział? A może pod tą bezkompromisowością kryje się głęboko człowiek, który nieustannie - poprzez swoje dzieło - próbuje oswoić różne niepokoje?
    - Wiesz, że "Kwadrat" Malewicza to dzieło mistyczne? To nie jest po prostu czarny kwadrat na białym tle. Malewicz w ten czarny kwadrat wpisywał krzyże, symbole cierpienia i odkupienia poprzez to cierpienie, tak długo, aż stworzył dzieło skończone, prowadzące kontemplującego je człowieka do wieczności - zaciąga się kolejnym papierosem.
    Czy dlatego jego obrazy tak często to kwadraty?
    Katarzyna Kaczorowska

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Warto

      Krzysztof Pulkowski (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 72 / 34

      O! Brawo! Redakcjo i Pani Katarzyno Kaczorowska!
      To są ludzie, o ktorych warto i trzeba pisać. Tak pisać. Szkoda tylko, że jest ich tak mało - tych o których i tych co.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama