40 lat na scenie

    40 lat na scenie

    Kinga Rękawiczna

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Jubileuszowy koncert Marka Pijarowskiego zaplanowano 14 grudnia w Filharmonii Wrocławskiej o godz. 19.

    Jubileuszowy koncert Marka Pijarowskiego zaplanowano 14 grudnia w Filharmonii Wrocławskiej o godz. 19. ©Janusz Wójtowicz

    To dyrygent, psycholog, socjolog i manager w jednej osobie. Wieloletni dyrektor Filharmonii Wrocławskiej, Maestro Marek Pijarowski, obchodzi właśnie jubileusz 40-lecia pracy
    Jubileuszowy koncert Marka Pijarowskiego zaplanowano 14 grudnia w Filharmonii Wrocławskiej o godz. 19.

    Jubileuszowy koncert Marka Pijarowskiego zaplanowano 14 grudnia w Filharmonii Wrocławskiej o godz. 19. ©Janusz Wójtowicz

    Zawsze był dla mnie wielkim autorytetem, niemalże nierealną postacią - wspomina pierwsze spotkania ze swoim przyszłym nauczycielem dr Wojciech Rodek. - Kiedyś zobaczyłem go przypadkiem na dworcu PKP. Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę go widzę. Ten niematerialny guru stał obok mnie. Na dworcu! Chodziłem w tę i z powrotem, ale nie odważyłem się bliżej podejść. Do dziś czuję ten respekt - opowiada dyrektor Filharmonii Lubelskiej.

    Te słowa potwierdzają obecni studenci dyrygentury. - Jestem dumny, że znalazłem się wśród czwórki, którą uczy. Profesor ma pamięć absolutną, zna każdą partyturę - mówi Gracjan Szymczak, pianista, półfinalista 15. Konkursu Chopinowskiego, obecnie student pierwszego roku studiów magisterskich dyrygentury na wrocławskiej Akademii Muzycznej.
    Marek Pijarowski na pytanie o osiągnięcia i autorytet reaguje lekkim zdziwieniem.

    - Traktuję to jako normalną drogę artystyczną - podkreśla. Nie bez znaczenia były jednak początki - pierwszy udany koncert w Filharmonii Wrocławskiej, wygrany konkurs im. G. Fitelberga w Katowicach (dziś zasiada w jego jury). Pijarowski nie kryje, że po konkursie zalała go fala zaproszeń do wielu ośrodków muzycznych, ale… - Dopiero to, że nie przestały przychodzić, uznaję za swój największy sukces - mówi.

    Zaczęły się regularne występy z Filharmonią Narodową, Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach, wyjazdy, dyrygowanie coraz więcej i dalej. W ciągu 40 lat występował w większości krajów europejskich oraz w Egipcie, Izraelu, Kanadzie, Chinach, USA, Meksyku i Korei Południowej. Był stałym dyrygentem Eastern Music Festival w Greensboro w USA oraz Texas Music Festival w Houston. Obecnie współpracuje także z Orkiestrą Prezydencką w Ankarze. A we Wrocławiu znajduje spokój, choć niekoniecznie ciszę. - Dla taty dom zawsze był azylem - uśmiecha się Aleksandra Pijarowska. - Po powrocie z muzycznych wojaży trudno go wyciągnąć na jakieś spotkanie czy koncert, zwłaszcza że zazwyczaj przyjeżdża na półtora dnia. Później znów są rozjazdy, zajęcia na uczelniach, koncerty... Patrząc na naszą rodzinę z boku, niektórzy dziwią się, jak można tworzyć szczęśliwy dom, kiedy kochające się osoby widują się raz na tydzień. A dla nas to normalne - dodaje córka słynnego dyrygenta.

    - Muzyka była zawsze obecna w moim życiu - opowiada Marek Pijarowski. Jego mama była aktorką, miała także wykształcenie muzyczne, a ojciec, Wiktor Spodenkiewicz, był wicedyrektorem Liceum Muzycznego we Wrocławiu i profesorem w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej. Nic więc dziwnego, że przez całą szkołę podstawową i liceum grał na fortepianie, skrzypcach, oboju, organach choć nie wiedział dokładnie, co chce z tą muzyką zrobić.
    - Wspólnie z rodzicami zdecydowaliśmy, że można spróbować z dyrygenturą - mówi maestro, który zdał do PWSM, gdzie pod swoje skrzydła wziął go prof. Tadeusz Strugała.

    Dzięki niemu, jak wspomina, przeszedł drogę, o którą coraz trudniej studentom w dzisiejszych czasach. Profesor zaangażował go zaraz po studiach do filharmonii jako asystenta. Później Marek Pijarowski wygrał konkurs dyrygencki w Katowicach i awansował na stanowisko II dyrygenta. Gdy prof. Strugała odszedł do Warszawy, został w Filharmonii Wrocławskiej na 27 lat (od 1974 do 2001 roku).

    - Z Tadeuszem bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Na II roku zaproponował, byśmy mówili sobie po imieniu. Byłem zakłopotany. Wielki Tadeusz Strugała proponuje coś takiego! Oczywiście, przez trzy pierwsze miesiące ani razu tak nie powiedziałem - śmieje się jubilat. - Teraz ja chcę przekazać siebie swoim uczniom. - Stawiam tylko dwa warunki: muszą być sobą i nie mogą wchodzić na podium dyrygenckie, mówiąc: "teraz ja", kreować siebie - wyjaśnia prof. Pijarowski.
    Na egzaminach pyta czasami kandydatów na dyrygentów, dlaczego chcą studiować ten kierunek. I kiedy słyszy np. "Jak mam batutę, to orkiestra zagra tak, jak chcę", to już wie, że chodzi tylko o władzę. Wtedy ma ochotę podziękować i ostrzec, że nie tędy droga. - Bo dyrygowanie to nie jest władza, lecz podjęcie ogromnej odpowiedzialności za to, co się stanie na estradzie - mówi kierownik katedry dyrygentury, którego wychowankowie robią światową karierę.

    Michał Nesterowicz wygrał konkurs dyrygencki w Barcelonie, a teraz jest dyrektorem Orkiestry Narodowej Hiszpanii na Teneryfie. Wojciech Rodek objął niedawno Filharmonię Lubelską. Jacek Rogala kieruje Filharmonią Świętokrzyską w Kielcach. Jan Zarzycki został dyrektorem Filharmonii Kameralnej im. Witolda Lutosław-skiego w Łomży. - Ten zawód to misja, wspólne tworzenie, wspólne rozterki, wzruszenia, radości, a czasem i smutki. Cieszymy się, gdy razem z zespołem uda nam się stworzyć coś mistycznego, niepowtarzalnego, coś, co powoduje, że dany koncert na długo pozostaje w sercach melomanów, ale i również w naszej, muzyków, pamięci. Czasami trudno jest wrócić do rzeczywistego, realnego świata - mówi wieloletni dyrektor Filharmonii Wrocławskiej.

    Z drugiej strony, jeżeli koncert nie budzi zainteresowania widowni, to dyrygent, nawet odwrócony plecami, może to wyczuć. - Wiem, czy publiczność jest z nami, czy nie. Proszę mi wierzyć, czuję to na swoich plecach podczas każdego koncertu - mówi Marek Pijarowski.
    Gracjan Szymczak i Wojciech Rodek podkreślają, że zawsze można do ich mistrza przyjść po radę. - Byłem jeszcze w szkole muzycznej. Grałem koncert, którym dyrygował Pijarowski. Po koncertach zapytał mnie, co chciałbym w życiu robić. Odpowiedziałem: "Chcę być dyrygentem". Na co rzekł: "Skończ szkołę i przyjdź do mnie". No i spotkaliśmy się na konsultacjach, a później na egzaminie wstępnym - wspomina Rodek. - Zacząłem dyrygować przy fortepianie, co przypominało bardziej machanie rękami. Ta sytuacja tak mnie rozbawiła, aż profesor zapytał, dlaczego się uśmiechnąłem? Powiedziałem: "Przecież ja nic nie umiem!". Jednak przyjęli mnie na studia, choć bałem się lekcji z profesorem. Zdarzyło się przecież, że wyrzucał partytury przez okno...

    Latające partytury pamięta również córka profesora Pijarowskiego. - Tato jest bardzo wymagający. Myślę, że ciężko mu zrozumieć podopiecznych, którym nauka idzie trudniej - przyznaje Aleksandra Pijarowska, prodziekan Wydziału Kompozycji, Dyrygentury, Teorii Muzyki i Muzykoterapii wrocławskiej Akademii Muzycznej. I z uśmiechem dodaje, że w związku z pełnioną przez nią funkcją, teraz ona dyscyplinuje ojca. - On żartobliwie czasem skarży się kolegom, że musi mnie słuchać - opowiada wiceszefowa Wydziału.

    Jedynie w domu Marek Pijarowski nie jest aż tak wymagający. - To mama zawsze trzyma wszystko w swoich rękach, a on jest ten dobry, uśmiechnięty, lubiany i niegroźny - opowiada córka.
    Gdyby nie żona, Emilia, artysta nie miałby też tak dobrze poukładanych spraw codziennych. - Tato nie pamięta o lekarzu, zmianie kół, kiedyś nawet pomylił datę koncertu - wspomina pani Aleksandra. - Pojechał tydzień wcześniej. Na szczęście zorientował się w pociągu i szybko wrócił do domu.
    - Ale nawet mimo zagrożenia "latającą partyturą" studenci uwielbiają profesora, publiczność czeka na jego występy, lubią go też orkiestry - podkreśla dyrygent Rodek. - Potrafi opisać muzykę słowami. Ostatnio przyrównał początek utworu do niegrzecznego chłopca, który nagle się zrywa i rzuca kamieniem. "Łup! I tak się zaczyna".

    - Ciężko wyjaśnić sugestie orkiestrze - tłumaczy Marek Pijarowski. - Wtedy zaczynamy operować skojarzeniami, barwami, zapachami, krajobrazami. Powiedzieć orkiestrze, że tu zagraliście nierówno albo nie te dźwięki, to żadna sztuka. Muzycy sami o tym doskonale wiedzą, są wykształconymi artystami. Trzeba natomiast wskazać zespołowi sposób rozwiązania różnych muzycznych problemów. To jest praca twórcza i często nawet przy ogromnej chęci ze strony orkiestry nie można osiągnąć od razu zamierzonego celu i zwłaszcza wtedy oczekuje ona pomocy ze strony dyrygenta - powtarza z naciskiem profesor.

    Jubileuszowy koncert zaplanowano 14 grudnia w Filharmonii Wrocławskiej o godz. 19. Na początku Maestro poprowadzi utwór, który wykonał jako pierwszy w swojej karierze, jeszcze jako student. - Doskonale pamiętam tamten dzień. To był 24 listopada 1972 roku. Uwertura do opery "Wilhelm Tell" G. Rossiniego. Pierwszy publiczny koncert - wspomina z uśmiechem jubilat.
    Kinga Rękawiczna

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama