Nowe reality show: Celebryci zabawiają się w wojnę

    Nowe reality show: Celebryci zabawiają się w wojnę

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    W "Gwiazdy zdobywają naszywki" w roli komandosa sprawdzają się Laila, córka boksera Muhammada Alego, oraz plejada innych gwiazdek
    1/4
    przejdź do galerii

    W "Gwiazdy zdobywają naszywki" w roli komandosa sprawdzają się Laila, córka boksera Muhammada Alego, oraz plejada innych gwiazdek ©NBC

    Był już "Big Brother", teraz jest reality show o zabawianiu się celebrytów w wojnę. Jak tak dalej pójdzie, to telewizyjni macherzy zafundują tam krew na żywo, i to prawdziwą - przestrzega Ben Macintyre
    Doskonała ironia zbieżności w czasie! Po największym z transmitowanych widowisk sportowych amerykańska telewizja raczy nas telewizyjnym programem, w którym drugoplanowi celebryci współzawodniczą ze sobą w parodiowaniu działań wojennych w dziwacznym połączeniu popularnego programu rozrywkowego, patriotyzmu i szkolenia wojskowego, który powinien być zatytułowany: "Jestem sławny... Dajcie mi broń".

    W zeszły poniedziałek ponad pięć milionów Amerykanów obejrzało pierwszy odcinek programu z gatunku reality show "Gwiazdy zdobywają naszywki", w którym osoby niemal sławne uczestniczą w symulowanych sytuacjach wojskowych, strzelają z broni dalekiego zasięgu, detonują ładunki wybuchowe czy wykonują skoki z helikoptera do wody.
    Jednak poza pięciomilionową widownią show doczekał się również potępienia ze strony co najmniej dziewięciu laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, włącznie z arcybiskupem Desmondem Tutu, za "upodobnianie wojny do zawodów lekkoatletycznych".
    - Wojna to nie rozrywka - napisali oni w liście do NBC i do generała Wesleya Clarka, byłego naczelnego dowódcy Połączonych Sił Zbrojnych NATO w Europie oraz kandydata do prezydentury, który jest gospodarzem tego seryjnego programu. - Naszym zdaniem ten program jest kontynuacją i rozszerzeniem niechlubnej tradycji wysławiania wojny i przemocy zbrojnej. Prawdziwa wojna jest jednym wielkim brudem. Ludzie - żołnierze oraz cywile - umierają w sposób, który nie ma nic wspólnego z rozrywką.

    Program "Gwiazdy zdobywają naszywki" jest być może ostatecznym wyrazem kultury usadowionej na podwójnej obsesji: sławy i przemocy, kultury, która równocześnie trywializuje i gloryfikuje najpoważniejszą i najbardziej niszczącą formę ludzkiej aktywności. Ameryka jest permanentnie, od ponad dziesięciu lat, w stanie wojny, a wojna o rating telewizyjny nie kończy się nigdy, tak więc można się było spodziewać, że ktoś wpadnie w końcu na pomysł, aby z wojny zrobić reality show.
    W programie takie "gwiazdy", jak Todd Palin, jeżdżący po śniegu mąż Sarah Palin, Laila, córka boksera Muhammada Alego, czy aktor Dean Cain, który grał rolę Supermana w adaptacji komiksu sprzed 15 lat, są łączone w pary z byłymi żołnierzami zawodowymi z jednostek Delta Force, Navy SEAL i Green Berets w celu wykonania różnorodnych zadań, które w zamierzeniu miały ukazać doświadczenie prawdziwych żołnierzy.

    To, czego w tym przedstawieniu jednak mocno brakuje, to zasadniczy element prawdziwej wojny, jakim jest zagrożenie. Nikt nie strzela do zawodników ani nikt nie stara się ich wysadzić w powietrze. Ceną błędu jest eliminacja, ale tylko z dalszej gry. Jak wskazał jeden z oburzonych krytyków, na wojnie "skutkiem błędu nie jest to, że jesteś wyeliminowany z konkurencji... ale to, że nie udaje ci się ujść z życiem".

    Producenci programu "Gwiazdy zdobywają naszywki" argumentują jednak wbrew wszystkim, że jest on "hołdem złożonym amerykańskim siłom zbrojnym", i nafaszerowano go odniesieniami do ofiarności żołnierzy i ich heroizmu. Byli oficerowie sił specjalnych pracujący dla programu twierdzą, że zachęca on młodych mężczyzn i kobiety do wstępowania do armii. Jest to więc rodzaj rekrutacji wojskowej na miarę XXI w. - Robię ten program z jednego powodu - pompatycznie oświadczył generał Clark na jego rozpoczęciu - aby pokazać wam, obywatelom amerykańskim, ludzi, którzy tak wiele poświęcają dla nas wszystkich.

    Wojna zawsze świetnie się sprawdzała w biznesie rozrywkowym. Od książek "Biggles" do filmów z Johnem Wayne'em popkultura przedstawiała ją jako szlachetne i patriotyczne wyzwanie, ścieżkę życia dla mężczyzn (do niedawna wyłącznie mężczyzn), którzy chcieliby udowodnić własną odwagę, narozrabiać i wziąć udział w tej grze. Dla niektórych wojna potrafi być nawet fajna. Każdy żołnierz wracający z Afganistanu potrafi wskazać momenty niezwykłej ekscytacji i silnego poczucia koleżeństwa. Jednak w przeważającej mierze wojna jest brudna, nudna i brutalna. Wielu żołnierzy powraca z niej nie z medalami i honorami, lecz z ranami w sercu i na ciele, które nigdy się nie zaleczą. Inni nie wracają wcale.
    Ernest Hemingway znał przepaść dzielącą opisy wojny rozpowszechniane w kulturze cywilnej i samą wojnę. - Pisano w dawnych czasach, że zacne i piękne jest umieranie za ojczyznę. Lecz na współczesnej wojnie nie ma nic pięknego ani zacnego w twojej śmierci. Umierasz jak pies i nie wiadomo po co - pisał.

    Program "Gwiazdy zdobywają naszywki" tak naprawdę wykorzystuje na współczesną modłę motyw "zacne i piękne", koloryzując straszną rzeczywistość wojny poprzez ukazywanie byłych żołnierzy w serii pozbawionych ryzyka "wyzwań", z których kombatanci wychodzą rozradowani i bez szwanku, gdy program dobiega końca. I tak jeden z oficerów na widok macho forsującego zbocze góry najeżone kamerami wykrzykuje: - To istny Rambo... jak będę się następnym razem udawał na wojnę, chciałbym mieć u swego boku Todda Palin. Bo w tej telewizyjnej fantazji każdy może być jak Rambo i każdy wyjdzie z tego cało.

    Świadome zacieranie granicy pomiędzy wojną i widowiskiem jest odbiciem współczesnego sposobu przedstawiania wojny na ekranach komputerów i telewizorów. Technologia dronów np. oznacza, że żołnierze przyszłości będą walczyć przy komputerach, naciskając guziki z odległości tysięcy mil i zabijając w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, przed wyjściem do rodzin czekających w domach. Pentagon celowo rekrutuje młodych ludzi biegłych w komputerowych grach wojennych, odwołując się w reklamach do pokolenia, które zdalną kontrolę i nowoczesną wojnę technologiczną uważa za rozrywkę. Tymczasem producenci gier komputerowych prześcigają się w tworzeniu coraz bardziej realistycznych scen: są już amerykańskie gry polegające na wyśledzeniu i zabiciu Osamy bin Ladena, w syryjskiej grze komputerowej Uder Ash gracze wcielają się w role członków milicji palestyńskiej odpowiadających na atak Izraela. W 2007 r. Irański Związek Jedności Islamu wypuścił na rynek "Operację specjalną 85. Uwolnienie zakładników", w której gracze próbują uwolnić dwóch fizyków jądrowych porwanych przez amerykańskie siły specjalne.
    Wojna w wielkim biznesie rozrywkowym sprawdzała się zawsze. Od książek »Biggles« aż po filmy z Johnem Wayne'em przyciągała rzesze fanów

    Właśnie takie idealnie zrównoważone połączenie propagandy, umiejętności komputerowych i wyszukanej technologii wojennej tworzy pokolenie uważające wojnę za grę, rywalizację na ekranie, która jest ekscytująca i niczym nie zagraża. Na drugim biegunie wojny - gdzie drony zrzucają bomby na pakistańskie wioski i gdzie nastoletni żołnierze walczą z talibskimi bojownikami - jest ona w tym samym czasie tak samo tragiczna i przerażająca, jak była zawsze.

    Oto pomysł na reality show czy grę komputerową, który nigdy nie zostanie zrealizowany - przedstawiać nie tylko odwagę, ale też fizyczny stres oraz emocje związane z wojną: ból straty, kalectwo, niewygody i śmierć. Zacność i piękno. Ostateczna gra wojenna.

    Czytaj także

      Komentarze (3)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      świadczy o braku pomysłu admina

      zzz (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 6 / 4

      komentarz z jutra - co za świetny pomysł na nakręcenie popularności tematu

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      .

      . (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 63 / 61

      Rozrywka Amerykanów świadczy o poziomie moralnym tego mocarstwa.

      ... Jak Rzym przed upadkiem...


      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Świadczy raczej o realizmie

      sa (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 48 / 48

      Zamiast liczyć na innych, słuchać zdrajców i tchórzy budowali sukcesywnie własną potęgę. Teraz są super-mocarstwem a nasz byt wciąż zależy od w miarę pomyślnych wiatrów historii, bo jesteśmy...rozwiń całość

      Zamiast liczyć na innych, słuchać zdrajców i tchórzy budowali sukcesywnie własną potęgę. Teraz są super-mocarstwem a nasz byt wciąż zależy od w miarę pomyślnych wiatrów historii, bo jesteśmy dramatycznie słabi. Wolę mieć taki "poziom moralny" jak oni i żyć, niż umierać bohatersko z wyższością moralną jak w 1939. zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama