Historia wrocławskiego maratonu

    Historia wrocławskiego maratonu

    Jacek Antczak

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Napojem izotonicznym pierwszych maratończyków była woda ze studni w Sulistrowiczkach, a porządku na trasie pilnowali kulturyści z siłowni na Starym Mieście. Trasą historii wrocławskiego maratonu, który w tym roku obchodzi 30-lecie, biegnie Jacek Antczak. Dziś opowieść o Maratonie Ślężańskim nr 1 z 1983 roku.
    Historia wrocławskiego maratonu
    Dzieje maratonu, od pięciu lat znanego pod nazwą Hasco-Lek Maraton, zaczynają się w poprzedniej epoce. Może nie było to jeszcze "przed naszą erą", ale z pewnością w czasach, o których pamięta coraz mniej osób. Bo nie każdy uwierzy, że jeszcze 30 lat temu "adidasy" były synonimem "polsportów z Wałbrzycha", na trasach biegowych nie dało się spotkać ani jednego Kenijczyka, za to był Czechosłowak, który skakał ze szczęścia, bo sprezentowano mu tajwańskie trampki.

    Start w stanie wojennym

    Wrocławski maraton wymyślił Marek Danielak, potem przez 25 lat dyrektor biegu, dziś doradca organizatorów Hasco-Lek Wrocław Maratonu. Na przełomie lat 70.
    i 80. Danielak był szefem Dzielnicowego Ośrodka Sportu i Rekreacji "Stare Miasto" i choć sam nigdy nie biegał, to jako fascynat sportu przyczynił się do powstania Wrocławskiego Klub Biegacza, jednego z pierwszych w kraju. A potem dla wrocławskich amatorów tego sportu wymyślił maraton.

    Poza mistrzostwami Polski w Dębnie dla wyczynowców, w Polsce był wtedy tylko jeden bieg na 42 km 195 metrów, w którym mogli się sprawdzić amatorzy - Maraton Pokoju w Warszawie, organizowany od 1979 roku przez legendarnego dziennikarza Tomasza Hopfera. Stał się jednym z większych biegów w Europie. Władze nie miały obaw, że takie bieganie może zagrażać socjalistycznej ojczyźnie.

    - Jeszcze trwał stan wojenny, gdy pomyślałem, że Wrocław też mógłby mieć swój maraton. Organizacja takiego biegu w dużym mieście jest trudna. Umówiłem się więc na spotkania z szefami wydziałów komunikacji Urzędu Wojewódzkiego, Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów oraz Milicji Obywatelskiej i powiedziałem, że mam ideę, której nie mam szans wprowadzić w życie bez ich pomocy - wspomina Danielak. - Powiedziałem też, że nie spotykam się z żadnymi sekretarzami partyjnymi, bo nie chcę, by bieganie kojarzyło się z polityką, lecz pragnę zorganizować imprezę dla mieszkańców Wrocławia i pokazać całej Polsce, że wrocławianie w trudnych czasach potrafią zrobić coś fajnego.

    Ku jego zdziwieniu idea maratońska spodobała się urzędnikom i decydentom. Dostał zgodę i pomoc, bez żadnych nakazów, zakazów i zaleceń. Jesienią 1982 roku rozpoczęto przygotowania do I Maratonu Ślężan.

    Półmetek z dróżnikiem

    Nazwa wiązała się z pomysłem na trasę pierwszego biegu, która wiodła od Sobótki, przez okoliczne wioski, do Wrocławia. Organizatorzy nie chcieli sparaliżować ruchu drogowego na trasie Świdnica - Wrocław i w stolicy Dolnego Śląska, więc zawodnicy wbiegali do miasta od Żernik Małych i przez Karkonoską, Świdnicką dobiegali do mety umiejscowionej pod pomnikiem Fredry w Rynku.

    W organizację pierwszego maratonu zaangażowali się wszyscy pracownicy wrocławskiego DOSiR-u (od księgowych, i sekretarek, po instruktorów, a nawet siłaczy z klubu kulturystów z pierwszej wrocławskiej siłowni) i ślężańskiego GOSiR-u.
    15 maja 1983 roku pierwszy historyczny Maraton Ślężan przebiegło 130 biegaczy i... jedna biegaczka. Wygrał Henryk Warszawski, który jednak nie przyjechał do Wrocławia z Warszawy, tylko z Mazur. Dziś mieszka w Niemczech.

    Współcześnie na trasach maratonów przygotowane są punkty odżywiania z bananami czy pomarańczami i nawadniania z wodą mineralną oraz napojami izotonicznymi. W pierwszym maratonie nie było gorzej. Dumne gospodynie z wiosek, przez które przebiegał Maratonu Ślężan, napiekły dla dzielnych biegaczy ciast, narobiły kompotów i wystawiły to wszystko na stoły przy trasie. A jak ktoś z biegaczy przegapił domową ucztę, to zatrzymywał się w innym miejscu i na zaproszenie gospodarzy częstował się czereśniami z przydrożnych sadów.

    - Niektórzy wspominają, że biegacze pili kranówkę. Nieprawda, to była wodę ze źródła w Sulistrowiczkach - oburza się z uśmiechem Marek Danielak. - Daliśmy ją przebadać sane-pidowi, który stwierdził, że jeśli nie będzie stała dłużej niż 12 godzin, to jest zdatna do picia. Wzięliśmy więc olbrzymie hobo-ki, rozstawiliśmy je na trasie i zawodnicy sobie pili - opowiada dyrektor i organizator 25 wrocławskich maratonów.

    Dziś ustawia się na trasach takich biegów kurtyny wodne lub miski z wodą. Podczas pierwszego wrocławskiego maratonu w polewanie maratończyków i jezdni zaangażowali się strażacy z dolnośląskich Ochotniczych Straży Pożarnych. Nad bezpieczeństwem biegaczy czuwała też ekipa dróżników z PKP, która w dniu maratonu przyjechała na niestrzeżony przejazd kolejowy w Pustkowie Kujawskim i zatrzymywała pociągi, gdy przebiegali maratończycy.

    Meta z parówką

    Wartość nagród finansowych i rzeczowych w tegorocznym, 30. Hasco-Lek Maratonie to 123 tysiące złotych. Każdy z uczestników otrzyma medal, a wszyscy, którzy dobiegną, będą mogli wylosować samochód.

    30 lat temu o żadnych nagrodach, a nawet medalach, nie było mowy. Na mecie były puchary dla najlepszych i pamiątkowe dyplomy dla reszty biegaczy. - Na początku musiałem wszystkie puchary wręczać sam, bo sekretarze partyjni bali się, że kibice ich wygwiżdżą - żali się z uśmiechem Marek Danielak.

    No a po maratonie wszyscy zjedli po parówce z musztardą i bułce, które organizatorzy załatwili z zaprzyjaźnionych piekarni i zakładów mięsnych. Te parówki stały się zresztą w latach 80. jednym ze znaków firmowych wrocławskiego maratonu, który zarówno biegacze, jak i kibice bardzo polubili.

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Maraton

      doro (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      Wlasnie przeczytalam Wasz artykul z zainteresowaniem przypominajac sobie "stare czasy". Chce tylko zaznaczyc, ze Henryk Warszawski nie pochodzi z Mazur, tylko z Zielonej Gory. I wiem to na pewno,...rozwiń całość

      Wlasnie przeczytalam Wasz artykul z zainteresowaniem przypominajac sobie "stare czasy". Chce tylko zaznaczyc, ze Henryk Warszawski nie pochodzi z Mazur, tylko z Zielonej Gory. I wiem to na pewno, bo tez sie nazywam Warszawska. Pozdrawiam.zwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama