Gombrowicz odmienił moje życie. Rozmowa z Anną...

    Gombrowicz odmienił moje życie. Rozmowa z Anną Szpakowską-Kujawską

    Robert Migdał

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Od 1956 roku, w którym Anna Szpakowska-Kujawska obroniła dyplom na Wydziale Malarstwa Architektonicznego, miała ponad 40 wystaw
    1/7
    przejdź do galerii

    Od 1956 roku, w którym Anna Szpakowska-Kujawska obroniła dyplom na Wydziale Malarstwa Architektonicznego, miała ponad 40 wystaw
    ©Janusz Wójtowicz

    Jest córką znanego na całym świecie twórcy "Linii rytmicznych", Wacława Szpakowskiego. Jednak w życiu poszła swoją drogą: nie odcinała kuponów od popularności ojca. W setkach rzeźb, obrazów, kolaży i rysunków stworzyła swój własny, niepowtarzalny styl. Z Anną Szpakowską- Kujawską rozmawia Robert Migdał
    Nie umie Pani usiedzieć dłużej w jednym miejscu. Nawet teraz, gdy rozmawiamy, chodzi Pani a to do kuchni, a to do drugiego pokoju...
    (śmiech). Miałam 14 lat, kiedy napisałam wiersz "Lotnikiem chciałbym być/ na samolocie przemierzyć świat/ i w cieniu chmur się kryć/ i krążyć niby ptak". I napisałam to w rodzaju męskim - "Chciałbym być". Bo mężczyznom można było wtedy więcej.

    Nosiło Panią już od dziecka.

    Bo od taty w czasie okupacji dostałam genialną książkę - "Kolorowe dzieci". Było w niej napisane i o małej Fince, i o Murzynku, i o białym chłopczyku, i o Eskimosie. Polubiłam te dzieci i ciekawiło mnie, gdzie mieszkają, gdzie żyją. Dodatkowo tato zbierał znaczki pocztowe. Oglądałam je w domu: Gwatemala, Kolumbia, Argentyna - świat w miniaturze. To było zachwycające. A potem wpadłam po uszy w opowieści, które snuł w swoich książkach Joseph Conrad. To, jak ja się wczytywałam w te opowieści, to było niezdrowe. Pożerałam je. A czytać uczyłam się na Karolu Mayu - te wszystkie historie o preriach, galopowaniu na koniu. Po książkach Conrada wyniosłam marzenie o byciu kapitanem okrętu i przeżywaniu wielkich wypraw na, niestety, zawsze wzburzonych oceanach.

    Dlaczego "niestety"?
    Nie uwzględniłam jednej rzeczy - że nie znoszę żadnego kołysania na morzu.

    Choroba morska?
    Niestety. I lokomocyjna też. Długi, długi czas nie mogłam się do samochodu przyzwyczaić. Musiałam walczyć ze sobą.

    Już jako dorosła Anna mogła Pani w końcu zrealizować marzenia małej Ani. A te podróże miały pewnie wielki wpływ na Pani twórczość, na to, jak i co Pani maluje.
    Zdecydowanie tak. Największy - podróż do Azji Centralnej. Punkt kulminacyjny - Turkmenistan, Buchara, Samarkanda, Taszkent, Baku, Duszanbe. Widziałam tam lepione ręcznie chałupy, bazary przykryte glinianymi kopułami - to było dla mnie objawienie. Okazało się, że nie lubię linii prostych, chociaż byłam córką architekta, siostrą architekta, szwagierką architekta i żoną architekta. Nie lubię, gdy coś jest proste - od linii, cyrkla, perfekcyjne. A w budownictwie glinianym linie są cudownie miękkie - tam nie ma cięcia, kąta prostego, jest obłość, lekkie odejście od pionu. Pokochałam to. Zrozumiałam, że cały urok polega na odejściu od normy. Nawet w charakterach ludzkich.

    W życiu też Pani stara się odchodzić od normy?
    Nie staram się, bo od dzieciństwa towarzyszyło mi określenie, że jestem "inna". Mówili mi na przykład, że inaczej chodzę. Że można mnie po chodzie poznać. Sama też czasem wolałam towarzystwo ludzi, których nie lubię, bo nie lubię ich z jakiegoś powodu - wzbudzają emocje, nie są neutralni - odbiegają od pionu, nie są nudni. Chociaż muszę przyznać, że wolę spotykać się z ludźmi, którzy są inni, ale których bardzo lubię (śmiech). Norma jest nudna.

    To miała Pani szczęście, że ciągle poznawała nowych ludzi, nowe miejsca.
    Wielkie szczęście. Siedem lat mieszkałam w Nigerii - mąż, jako architekt, wyjechał tam do pracy, a ja za nim, z nim. W Afryce były środowiska polskie, angielskie, amerykańskie, hinduskie, holenderskie, francuskie, które się przenikały. No i sami Nigeryjczycy, wieloplemienni. Nawiązywałam przyjaźnie z ciekawymi ludźmi, którzy opowiadali mi o sobie, o swoich światach - Hinduska o tym, jak widziała góry Kaszmiru, kiedy jechała na wakacje, o swoim wuju, który pisał poezję w języku urdu. Australijka mi opowiadała o nudzie, jaka panuje w Sydney - i dlatego z mężem, matematykiem, przyjechała do Nigerii właśnie, żeby znaleźć ciekawsze życie. Nie udało jej się - dopiero gdy osiadła w Oksfordzie, przysłała kartkę: "Raj na ziemi odnaleziony".

    A gdy wyjechała Pani na stypendium do Francji, poznała Pani Witolda Gombrowicza.
    Vence to miał być rajski klimat - słoneczny, ciepły. A po przyjeździe okazało się, że cały miesiąc, non stop, lało. Mieszkałam w domkach na zboczu góry, zbudowanych przez węgierską hrabinę. Po przyjeździe na miejsce jeden z Francuzów - może chcąc mnie poderwać - wypytywał, kim jestem, skąd przyjechałam... Gdy się dowiedział, że z Polski, ożywił się: "Ooo, a tu jest jeden Polak, Gombrowicz. Autor »Pornografii«". Nie miałam oczywiście żadnego pojęcia, że jest autorem "Pornografii", bo niby skąd? W Polsce on w ogóle nie istniał. Kiedy jechałam do Vence, znałam tylko "Ferdydurke" - czytałam ją dwa, może trzy razy. Czułam się bardzo samotnie w czasie tego wyjazdu - cały czas padało, usiłowałam malować, ale zanim przeszłam z mieszkanka do pracowni, to byłam cała mokra. Było zimno i tylko dżdżownice, które wędrowały w trawie, były szczęśliwe. Okropność. I wtedy napisałam listy do mieszkającego w Vence Witolda Gombrowicza i do Józefa Jaremy, polskiego malarza, który zadomowił się w Nicei: "Jestem tutaj sama, jestem Polką, słabo znam francuski i chętnie bym porozmawiała po polsku". Na mój list odpowiedzieli jeden i drugi. Jarema: "Niech Pani przyjeżdża autobusem do Nicei. Podjeżdża dosłownie pod sam mój dom", a Gombrowicz: "Wyjeżdżam na miesiąc do Włoch, ale po przyjeździe się odezwę".

    I Gombrowicz napisał drugi raz?
    Kiedy tylko wrócił, dostałam od niego list: "Czekam na Panią, u siebie". Namalował dokładny plan, jak do niego dojechać. I tak poznaliśmy się.

    Jaki był?
    Ciekawy. Ciekawski - jak się żyje w PRL-u, jak się pracuje. Było mu chyba niełatwo po powrocie z Argentyny. W Europie był od dwóch lat i ciężko przeżywał aklimatyzację. Zaczął też chorować. Musiał w sobie dużo pokonać, bo w Argentynie żył w innym środowisku, bardziej otwartym, życzliwym.

    Lubiła się Pani z nim spotykać? Rozmawiać?
    Nie.

    Dlaczego?
    Bo kontakt z nim niewiele mi dawał - był przecież zdawkowy, a czasu miałam mało. Zaowocował inaczej - Gombrowicz pożyczył mi swoje "Dzienniki", które stały się podczas pobytu we Francji moją biblią. Dzięki nim narodziłam się na nowo.

    Nie spotykała się Pani z nim często?
    Raz przyszedł do mnie ze swoją dziewczyną, Ritą. Zapraszali mnie do siebie na kolacje, ale "migałam" się od nich. Na tych kolacjach byli ludzie, z którymi trudno było mi się porozumieć. Może to dziwne, ale zamiast spędzać czas z Gombrowiczem, wolałam siedzieć w domu, czytać "Dzienniki" i spisywać w zeszycie jego myśli. "Dzienniki" pokazały mi, czym jest polskość. Bo ja wcześniej byłam taka wszystkowiedząca - bo przeżyłam wojnę, okupację, widoki okropności wojennych, ran, zabitych, likwidacji getta, które było pod nosem, w Otwocku - mieszkałam ulicę dalej. We Francji czułam się lepsza, że mam w głowie takie "bogactwa", które inni ludzie chcieliby przeżyć, zobaczyć, choć to były rzeczy okropne. Czytając Gombrowicza, przekonałam się, że priorytetem w życiu nie jest słowo "my", w którym byłam wychowana, jako dobra Polka w PRL-u, tylko "ja". "Ja" powinno być najważniejsze. To mi pozwoliło mnóstwo rzeczy zrozumieć, zaakceptować. Zmieniłam się w Vence. Sam Gombrowicz to zauważył. Zaakceptowałam siebie.

    Bo lepiej wtedy człowiekowi w życiu. Prościej.
    Oczywiście. Wszystko się wyprostowuje. Człowiek całe życie walczy z życiem, z codziennymi sprawami, a jeżeli jest przekonany o swojej niedoskonałości, o swojej niższości - to jak walczyć o to życie? O siebie? O swoją rację? O swoje malarstwo? Jak być szczerym, jak człowiek się wstydzi siebie, a nie chce się do tego przyznać? I co z tego, że czułam się lepsza, bo przeżyłam wojnę - byłam jednak zakompleksioną Polką, w okropnych ciuchach, we Francji, w kraju zachodnim, bogatym - a ja byłam bezpieniężna, głodnawa. Po Gombrowiczu odzyskałam poczucie własnej wartości jako człowieka.

    Pani malarstwo, po Francji, po "Dziennikach", było silniejsze? Była Pani bardziej pewna siebie, swojego talentu?
    Bardziej świadoma - tego, że muszę się jeszcze dużo nauczyć. I zaczęłam chłonąć wiedzę od razu, już w trakcie powrotu. Mąż przyjechał po mnie do Francji fiacikiem 600. Mieliśmy ze sobą książkę Zbigniewa Herberta "Barbarzyńca w ogrodzie" i to był nasz przewodnik. Na przykład katedry w Poitiers szukaliśmy takiej, jaką on opisał. Znaleźliśmy jeden kościół - to nie było to, bo przecież Herbert pisze o wejściu do katedry wyglądającym "jak wiry rzeki płynącej". I w końcu, kierując się jego zachwytem, trafiliśmy na opisywane przez niego cudo. Przejeżdżaliśmy przez Tuluzę, w której zetknęłam się z najprawdziwszą sztuką - była tam akurat wystawa projektów teatralnych stworzonych przez samego Picassa. Natrafiliśmy też na przepiękne obrazy z corridy, które malował. To była bardzo ucząca podróż. Tak samo, jak nasz wyjazd na wschód, do Azji. Wtedy zrozumiałam, że kultura Wschodu jest dla mnie ważna, że w Polsce jest mój dom, tutaj są moje korzenie, moja rodzina, synowie, rodzice.

    A propos rodziców - ojciec, Wacław Szpakowski, architekt, twórca "Linii rytmicznych", miał na Panią duży wpływ?
    Widzę go zawsze w ciepłym świetle. Zawsze pokazywał swoje rysunki, mówił: "Zobacz, tu jest początek, tu się wchodzi, a tu koniec - tu się wychodzi. Obserwuj to, bo to jest jedna linia". Dzięki niemu sama bardzo dużo rysowałam. Zbierał te moje rysunki, a ja byłam podniecona tym, co mi powie - czy już lepiej... Był tym, dzięki któremu robiłam postępy.

    Urodziła się Pani, gdy miał 48 lat.
    Może dzięki temu, na starość, miał bardziej rozwinięty instynkt ojcowski, bo zawsze wyczuwał, kiedy byłam smutna, że czegoś mi brak, że jestem chora. Farby mi podrzucał. Na jedno Boże Narodzenie dał mi pióro wieczne - to zapoczątkowało moje grafomańskie potrzeby (śmiech). Świetnie mi się nim pisało. I ta miłość do pisania przeszła też na moje malarstwo. Na moje obrazy, rzeźby.

    No właśnie - na Pani obrazach malarstwo przenika się ze słowami, napisanymi, namalowanym, wyklejonymi.
    Przez 15 lat je tworzyłam. Moje "Obrazy pisane". Kleiłam je z gazety, były pisane na maszynie, ręcznie. Wycinałam z kolorowanych papierów. Zaczynałam od portretów pisanych, potem przeszłam w pejzaże: krótkie teksty, bardziej podobne do haiku. Na obrazach wprawne oko wyczyta: "koronkowa kruchość gałązek/ we mnie też szron", "szelesty spadłych liści/ dokąd nas prowadzą te jesienne drogi"

    Takie połączenie malarstwa i literatury?
    Do literatury to ja nie śmiem sięgać. To znów ta moja skłonność do grafomaństwa się odezwała. Kiedy przychodziłam do pracowni, oprócz malowania, strasznie mi się chciało pisać. I znalazłam złoty środek - "Przecież ja mogę malować pisanie" - stwierdziłam.

    Ale nie tylko malarstwo, także rzeźba pisana.
    To cudowny okres w moim życiu. Zabawa - słowem, obrazami. Potem przerzuciłam się na ceramikę, na której utrwalałam moje rozmyślania o życiu: "Po co? Na co? Dlaczego?", interesowały mnie stosunki międzyludzkie, stąd na moich obrazach i rzeźbach zaimki "ja", "ty"...

    A cykl "Droga do środka"? Najnowszy.
    Powstał w Kotlinie Kłodzkiej. W Lasówce. Mamy tam dom i sobie w nim maluję: okolice, strumienie, a nawet sam dom. Moje malowanie, tak jak ja, się zmienia.

    No bo nie potrafi Pani, i dosłownie, i w sensie artystycznym, usiedzieć w jednym miejscu.
    Cały czas. Na szczęście.

    Anna Szpakowska-Kujawska. Rocznik 1931. Urodzona w Bydgoszczy. Wrocławianka od 1945 roku. Ma dwóch synów: Łukasza i Wojciecha. Jej mężem jest architekt - Maciej Kujawski.

    W stolicy Dolnego Śląska skończyła Liceum Sztuk Plastycznych oraz Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych (dzisiaj Akademia Sztuk Pięknych).

    Od 1961 roku działała w tzw. Szkole Wrocławskiej (późniejsza Grupa Wrocławska), która zrzeszała m.in. takie malarskie sławy, jak prof. Józef Hałas.

    Anna Szpakowska-Kujawska zajmuje się malarstwem, rysunkiem, kolażem, ceramiką i rzeźbieniem w brązie. Miała ponad 40 indywidualnych wystaw, nie tylko w Polsce (warszawska Zachęta, galerie w Krakowie, Sopocie czy Katowicach), ale i na świecie (Anglia, Szwecja, Niemcy, Holandia, Belgia).

    Ostatnio coraz częściej jeździ malować do Lasówki w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie kupiła razem z mężem dom.

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Świtny wywiad!

      se (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 65 / 50

      Bardzo dobrze się czytało ten wywiad. Klasa!

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama