Zemsta w mieście stu mostów. Odcinek nr 11

    Zemsta w mieście stu mostów. Odcinek nr 11

    Zbigiew Kucia

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Razem z naszymi Czytelnikami piszemy powieść kryminalną w odcinkach. Dziś publikujemy 11 odcinek naszej historii.
    Po wyłączeniu telefonu Zwoliński poczuł ulgę, odciął pępowinę, która łączyła go z całym tym światem zewnętrznym, pełnym brudu, fałszu i zbrodni. Czuł , że nareszcie jest sam, anonimowa postać wtopiona w tłum innych osób, które przechodziły obok niego nie zwracając żadnej uwagi na starszego pana w płaszczu i kapeluszu na głowie. Mógł teraz spokojnie zastanowić się nad ostatnimi wydarzeniami. To wszystko jakoś stało się tak nagle i z taką intensywnością, że pomimo wieloletniej praktyki dał się zaskoczyć.

    Powoli ruszył w kierunku Rynku starając się przypomnieć sobie jeszcze raz wszystkie wydarzenia ubiegłego wieczoru. Popełnił błąd już na samym początku, gdy z przypadkowo poznaną dziewczyną poszedł do znajomego baru na "jednego". Dał się podejść jak dziecko, dosypany do szklanki narkotyk, potem sesja zdjęciowa z prostytutkami i tak już poszło. Myślał, że po zmyciu makijażu po feralnej nocy, oczyści się też jego umysł i uwolni od natrętnych wspomnień, ale to nie było już takie proste. Na razie jest jak jest. Został odsunięty od sprawy i to w momencie, gdy wydawało się, że wszystkie zebrane dowody zaczynają układać się w logiczną całość. Teraz został sam, chociaż wydaje mu się, że może liczyć tylko na pomoc "Starego", który po tylu latach współpracy nie zostawi go na lodzie. A może odsunięcie go było taktycznym posunięciem szefa w celu stworzenia nowych możliwości dobrania się do tajemniczych sprawców ostatniej serii zabójstw.

    Szedł zamyślony patrząc tylko pod nogi. Na chodniku stały jeszcze kałuże po porannych opadach i musiał uważać, żeby je omijać. Może dlatego nie zwrócił uwagi, że do krawężnika zbliżył się samochód, granatowy volkswagen passat i zatrzymał się przy nim. Wyskoczył z niego młody, wysportowany mężczyzna w ciemnych okularach, dżinsowej kurtce i czapce z dużym daszkiem, jednoznacznym gestem wskazał tylne drzwi i dosyć bezceremonialnie powiedział - "Musimy jechać!".
    W mgnieniu oka rozprysła się na tysiące kawałków nadzieja na spędzenie normalnego dnia wśród ludzi, których lubił i którzy także jego chyba lubili - wszystko to jak zwykle odleciało bezpowrotnie, tak jak zawsze od 30 lat. Całe szczęście , że pozostał jeszcze tylko rok takiego życia, które coraz bardziej zaczynało go uwierać jak niewygodne buty. Wsiadł bez słowa na tylne siedzenie, spuścił głowę i przymknął oczy. Było mu zupełnie obojętne gdzie i po co jedzie. Wiedział tylko tyle, że musi tam jechać i nie może się z tego wycofać, przynajmniej jeszcze przez rok. Spojrzał na mężczyznę w czapce . Mimo zasłoniętej twarzy daszkiem i okularami, był pewny, że już go gdzieś widział.

    - Czy myśmy się już nie widzieli w marcu zeszłego roku przy Ślęży?
    - Pan to może zabić tą swoją pamięcią. Byłem wtedy koło wiaduktu i zabezpieczałem miejsce zdarzenia, kiedy pan przyjechał, ale to trwało tylko chwilę.
    - To wystarczyło, już mam taki dar, że zapamiętuję wszystkie twarze, które przemknęły przed moimi oczami. To bardzo ułatwia pracę, bo potem wystarczy tylko skupić się, zastosować odpowiedni filtr do przeszukiwania i mamy tego kogo szukamy. To oczywiście pół żartem, ale naprawdę mam jeszcze niezłą pamięć i nie muszę sięgać do dowodu osobistego, żeby przeczytać jak się nazywam i gdzie mieszkam - mówiąc to wydawał się już być pogodzonym z losem, z tą codziennością, która go dopadła i oblepiła uniemożliwiając dokonania jakiegokolwiek wyboru. Zwoliński uśmiechnął się i spytał:
    - Skoro tak miło zaczęło nam się konwersować, to może w końcu powie pan o co chodzi?

    Ten jakby czekał na to pytanie, skręcił z ulicy w boczną drogę dojazdową, zsunął okulary, włączył mikrofon radiotelefonu i rzucił krótko - ósemka do zero jeden, jesteśmy na miejscu.

    Dojechali przed duży, dwupiętrowy budynek o nieciekawej architekturze, typowej dla końca lat 70 tych. Na zadaszeniu nad wejściem do budynku okazały napis witał wchodzących po szerokich schodach : "Dom Pomocy Społecznej". Gdy wchodził po tych schodach, doznał dziwnego uczucia, że jeszcze nigdy tu nie był, ale przecież kiedyś musiało to nastąpić. Czyżby to był znak przeznaczenia? Lekko wzdrygnął się na samą myśl o tym, że to nadszedł jego czas. Przed nim nie można uciec. "Porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy tu wchodzicie" wspomniał słowa Dantego przechodząc przez automatycznie rozsuwane drzwi. Wnętrze holu sprawiało dużo lepsze wrażenie niż widok zewnętrzny budynku, widać było , że w jego gruntowną modernizację włożono sporo unijnej kasy.

    - Czekaliśmy na Ciebie! - zawołał na jego widok Piskorowski wychodząc z windy. - Napijesz się kawy?
    - Dobra, stara szkoła. Cieszę się, że Cię widzę.
    - Dalej pijesz bez cukru? - spytał podchodząc do automatu z napojami stojącym w rogu holu.
    - Mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia - powiedział Piskorowski. - Na jakiś czas zostaniesz mieszkańcem tego domu tylko oddaj swoją komórkę.




    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama