Kryzys? Nie w kulturze! To był dobry rok (PODSUMOWANIE)

    Kryzys? Nie w kulturze! To był dobry rok (PODSUMOWANIE)

    KH, MW, MIS, KAK, JUKO

    Gazeta Wrocławska

    Aktualizacja:

    Gazeta Wrocławska

    George Michael na wrocławskim stadionie
    1/7
    przejdź do galerii

    George Michael na wrocławskim stadionie ©Paweł Relikowski

    W 2011 roku o Wrocławiu mówili wszyscy - odbył się tu Europejski Kongres Kultury, wygraliśmy też z innymi miastami walkę o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Dolny Śląsk zanotował więcej sukcesów niż porażek.
    Muzyka popularna: gwiazdy i festiwale
    Steve Hackett, Pat Metheny, Erykah Badu, Sonny Rollins i oczywiście, wisienka na torcie - koncert George'a Michaela na nowym wrocławskim Stadionie Miejskim. Wrocławia w tym roku nie opuszczały światowe gwiazdy muzyki. A znakomity, jedyny w Polsce, występ brytyjskiego wokalisty na nowej arenie w towarzystwie Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Wrocławskiej pokazał tylko, że z miejscem, które jest w stanie pomieścić prawie 40-tysięczną publiczność, stolica Dolnego Śląska ma szansę w przyszłości gościć także artystów pokroju Madonny czy Beyonce.

    Występy gwiazd światowego formatu to jedno (nie wolno też zapomnieć o współpracy Krzysztofa Pendereckiego z guru muzyki elektronicznej Aphexem Twinem i gitarzystą Radiohead - Jonnym Greenwoodem w ramach Europejskiego Kongresu Kultury w Hali Ludowej), a coraz więcej festiwali penetrujących nowe brzmienia i ciekawe zjawiska w muzyce to rzecz druga.


    Festiwal Ambientalny, Avant Art i muzyczna część filmowych Nowych Horyzontów oraz Wrocław Industrial Festival pozwoliły dolnoślązakom poznać mniej u nas znanych, ale popularnych w swoich krajach artystów z takich krajów, jak Węgry i Austria. Z jednej więc strony stało się normą, że do Wrocławia przyjeżdżają artyści z pierwszych miejsc światowych list przebojów, z drugiej zaś - stolicy Dolnego Śląska udaje się utrzymać status miejsca, które nie boi się awangardy, miejsca nieco artystowskiego, kosmopolitycznego i otwartego.

    Do tego przyczyniły się też kolejne, bardzo dobre płyty wrocławskich artystów, którzy koncertują także za granicą: elektronicznych Miloopy ("Optica") i Oszibaracka ("40 Surfers Waiting for the Waves"), a także innych muzyków pochodzących z Dolnego Śląska, którzy w tym roku wydali swoje krążki, jak Marcelina ("Marcelina") i L.U.C ("Kosmostumostów").

    Warto też zwrócić uwagę na debiutancki minialbum klubowego duetu Sinusoidal "Out Of The Wall". Ich muzyką zainteresował się twórca kultowego zespołu Massive Attack - Tricky, który zamierza promować wrocławian w Europie.

    Są też niedociągnięcia, które powinny być w najbliższym czasie zniwelowane. Wciąż brakuje w mieście sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia. Akustyka w Hali Ludowej pozostawia często wiele do życzenia, a Narodowe Forum Muzyki co prawda jest w budowie, jednak pomieścić ma zaledwie 1800 osób.

    Poza tym niedosyt pozostawia zagospodarowanie kilku sal koncertowych i bałagan organizacyjny w Centrum Sztuki Impart. Na szczęście włodarze znaleźli pomysł na rozszerzenie działalności Impartu. Od nowego roku będzie on siedzibą Instytucji Kultury Wrocław 2016, a także organizatorem większych i plenerowych koncertów w stolicy Dolnego Śląska.


    Film: debiuty i hity
    Dolnośląskie kino miało się w 2011 roku bardzo dobrze. Stawkę otworzyła w lutym debiutująca na dużym ekranie, i to od razu w głównej roli, Helena Sujecka, aktorka Teatru Muzycznego Capitol. Sujecka zagrała w "Cudownym lecie" Ryszarda Brylskiego u boku Jerzego Treli, Katarzyny Figury i Antoniego Pawlickiego, a za rolę Kitki - brzyduli z prowincjonalnego miasteczka - zebrała bardzo pozytywne recenzje.

    Aktorka wspominała, że na planie panowała świetna, pełna humoru atmosfera. No, ale co się dziwić - bohaterowie filmu jeździli na randki karawanem, odwiedzali targi pogrzebowe, na których oglądali wypasione trumny ferrari z GPS-ami, a w międzyczasie ucinali pogawędki z mieszkańcami zaświatów - o żarty raczej nie było więc trudno.

    Kiedy z kinowych ekranów zeszła Kitka, rozgościł się na nich Janusz Gajos jako Frank z "Wygranego" - filmu wrocławskiego reżysera Wiesława Saniewskiego. Mistrz skradł cały show, a asystujący mu na planie młodzi aktorzy - Paweł Szajda i Marta Żmuda-Trzebiatowska mieli okazję odebrać niezłą lekcję aktorstwa. Być może zaprocentuje ona w przyszłości, bo w "Wygranym" efektów tej nauki raczej nie widać.

    Film opowiada o spotkaniu młodego pianisty Olivera (Szajda) i emerytowanego matematyka, pasjonata wyścigów konnych - Franka (Gajos). Mężczyźni poznają się przypadkiem w hotelowej knajpie i szybko znajdują wspólny język, a Wrocław staje się pięknym tłem dla ich przyjaźni.

    Hitem okazała się zrealizowana także w stolicy Dolnego Śląska "Sala samobójców" - debiut fabularny Jana Komasy. Film zdobył worek nagród na całym świecie, a reżyser szybko zdobył miano jednego z najzdolniejszych w Polsce. "Sala" z Jakubem Gierszałem w roli głównej, który przejmująco zagrał współczesnego everymana - młodego samotnika u progu dorosłości, to historia o samotności, odrzuceniu i uzależnieniu. Bez happy endu.

    Znakomicie w 2011 roku zadebiutował też wrocławian, Adrian Panek, który zaryzykował i zrobił intrygujący, bardzo nietypowo sfilmowany dramat kostiumowy. Nie było łatwo - na początku w "Daas" wierzył tylko on. - Chodziłem ze scenariuszem od drzwi do drzwi. Wszyscy kiwali głowami,
    mówiąc, że to dobry projekt. I ze na pewno nie znajdą na niego pieniędzy -wspominał w wywiadzie dla naszej gazety młody reżyser. W sukurs przyszła mu zmiana priorytetów w Państwowym Instytucie Filomowym - zaczęto dużo łaskawszym okiem patrzeć na produkcje historyczne, scenariusz się spodobał i tak Panek dostał dofinansowanie.

    Na planie debiutu zgromadził plejadę gwiazd - w rolach głównych wystąpili Andrzej Chyra i Mariusz Bonaszewski, w epizodach zagrali m.in. Jan Nowicki i Danuta Stenka. "Daas" przenosi widza w drugą połowę XVIII wieku - pierwszoplanowymi bohaterami są: Frank, który obwieszcza światu, że jest nowym bogiem, Goliński - jego były wyznawca i Klein - urzędnik, który stara się rozwikłać tajemnicę
    samozwańczego mesjasza.

    Ale nie tylko młodzi sobie nieźle poczynali - końcówka roku zdecydowanie należała do Waldemara Krzystka. Reżyser "Małej Moskwy" ponownie postawił na lokalną historię zrobił film o brawurowej akcji dolnośląskiej "S", której członkowie, na kilka dni przed wybuchem stanu wojennego, podjęli z wrocławskiego banku 80 milionów, grając na nosie PRL-owskim władzom.

    Dobrze zrealizowany, dowcipny i trzymający w napięciu od pierwszej minuty film spodobał się widzom - także tym, którzy na ekranie oglądali postaci inspirowane sobą, czyli bohaterom tamtej akcji. Wychodząc z kina, od razu wybaczyliśmy Waldemarowi Krzystkowi, że we wrześniu 2010 roku na cały dzień sparaliżował ruch we wrocławskim Śródmieściu, zamieniając most Grunwaldzki w plan filmowy.

    Koproducentem filmów: Sala Samobójców, Wygrany, Daas i 80 milionów była Odra Film, instytucja samorządu województwa dolnośląskiego.

    W filmowej spowiedzi roku odnotować też trzeba wielokrotnie docenianą "Drogę na drugą stronę" - dokumentalną animację o głodowej śmierci Claudiu Crulica w reżyserii Anki Damian z Rumunii, której polskim koproducentem jest wrocławianin Arkadiusz Wojnarowski.

    W tym roku w końcu poszczęściło się też wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, która mieści się w zabytkowym Pawilonie Czterech Kopuł. Niegdyś nazywana "dolnośląskim Hollywood", wytwór- nia przez lata, z powodu braku pieniędzy, była właściwie niewykorzystana. Dzięki decyzji ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego została formalnie przekształcona w Centrum Technologii Audiowizualnych, czyli instytucję kultury.

    Dzięki temu od połowy przyszłego roku swoje supernowoczesne filmy będzie kręcił tam laureat Oscara Zbigniew Rybczyński, a Centrum będzie mieć szansę na regularny zastrzyk gotówki.

    Nie obyło się bez zgrzytów. W październiku ostatecznie rozeszły się drogi Romana Gutka, którego dolnośląscy widzowie kochają za dwa świetne festiwale filmowe, i Andrzeja Białasa, szefa Odry Filmu. Gutek miał być spiritus movens należącego do Odry, otwartego w 2011 roku, przepięknie wyremontowanego Dolnośląskiego Centrum Filmowego, które powstało w miejscu dawnego kina Warszawa. Panowie się jednak nie dogadali, skutkiem czego Gutkowe festiwale nadal goszczą w komercyjnym Heliosie, a DCF - zamiast stać się mekką dobrego, ambitnego kina - serwuje masówkę na zmianę z filmem autorskim. Szkoda.

    PODSUMOWANIE ROKU W LITERATURZE, SZTUCE i MUZYCE POWAŻNEJ ZNAJDZIESZ TUTAJ

    Teatr: Głos na Klatę
    Na najróżniejszych festiwalach w tym roku dolnośląskie teatry nadal nadawały ton, a najwięcej nagród zgarniał wrocławski Teatr Polski. W swoim ostatnim numerze "Polityka" wybrała dziesięć wydarzeń teatralnych 2011 roku i na tej liście znalazły się aż trzy wrocławskie przedstawienia: "Poczekalnia" Krystiana Lupy, "Tęczowa trybu-na" spółki Demirski - Strzępka i "Utwór o matce i ojczyźnie" Jana Klaty, w tym dwa na dwóch pierwszych miejscach.

    Choć rok 2011 naszym zdaniem nie wysypał zbyt wieloma ciekawymi premierami, to jednak trudno nie zauważyć "Pożegnania jesieni" w reżyserii Piotra Siekluckiego, choć największemu autorytetowi od twórczości Witkacego, prof. Januszowi Deglerowi, ta premiera na scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego nie podobała się bardzo. W nurcie drążącym i szukającym nowego języka najciekawszy był na tej samej scenie "Klaus der Grosse" w reżyserii Maćka Prusaka.

    Z legnickich premier Teatru Modrzejewskiej wyróżniła się głośna premiera "Orkiestry" w reżyserii Jacka Głomba utrzymana w poetyce najsłynniejszych legnickich przedstawień, oczywiście z "Balladą o Zakaczawiu" na czele. Nie miała ona jednak tej samej mocy. Wyżej stawiamy "III Furie" w reżyserii Marcina Libera, które jednak nie na wszystkie festiwale były zapraszane, gdyż nie należą do upadającej, ale jednak jeszcze mieszającej w ocenach spółdzielni. To świetne i mocno mówiące o naszych fobiach i uwikłaniach przedstawienie.

    "Tęczowa trybuna" i "Poczekalnia" zyskały wysokie notowania w popularnym warszawskim tygodniku. Oczywiście, nie odbieramy tym spektaklom najróżniejszych mocy, które uwodzą niektórych krytyków. Na szczęście, to łatwo sprawdzić, nie wszystkich.

    Największym teatralnym wydarzeniem roku 2011 był "Utwór o matce i ojczyźnie" Bożeny Keff w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Polskim. Przyznać się teraz możemy, że do premiery tego prowokacyjnego poematu byliśmy przekonani, że Klacie nie uda się tak szybko przeskoczyć sukcesu "Sprawy Dantona", też postawionej w tej samej firmie.

    "Utwór" to historia chorej relacji między matką i córką. Otwiera ona jednak różne tajemnicze zakamarki i brnie w nie często głęboko i boleśnie. Klata sprytnie nadaje tym bólom nieco groteskowy kształt teatralny. Oczywiście, to nie znaczy, że są one mniej bolesne. Na początku trochę łatwiej je przełykamy. Teatralnie jest to majstersztyk, bez efekciarstwa i umizgów. Wspaniale zagrany przez pięć pań i jednego Ziemiańskiego Wojciecha.

    Czytaj także

      Komentarze (3)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      nie ma pieniędzy na kulturę. To był najgorszy rok.

      muzyk (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 104 / 79

      Jako osoba utrzymująca się z tzw. grania, uważam, że ten rok był najgorszy w mojej karierze. Nie ma pieniędzy na kulturę i wszyscy mówią, że zaczynają oszczędzać właśnie na obcinaniu kosztów...rozwiń całość

      Jako osoba utrzymująca się z tzw. grania, uważam, że ten rok był najgorszy w mojej karierze. Nie ma pieniędzy na kulturę i wszyscy mówią, że zaczynają oszczędzać właśnie na obcinaniu kosztów związanych z kulturą.zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Muzyka symfoniczna, kameralna, chóralna, operowa...

      Zbulwers (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 94 / 89

      Rozumiem, że jedynymi godnymi uwagi wydarzeniami były występy: naszych filharmoników z Georgem Michaelem i Krzysztofa Pendereckiego z "guru muzyki elektronicznej".

      "Kryzys? Nie w kulturze! To...rozwiń całość

      Rozumiem, że jedynymi godnymi uwagi wydarzeniami były występy: naszych filharmoników z Georgem Michaelem i Krzysztofa Pendereckiego z "guru muzyki elektronicznej".

      "Kryzys? Nie w kulturze! To był dobry rok".zwiń

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Tobył rok braku kultury w "Kulturze"

      Muzy (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 103 / 65

      Macie ministra kultury, który uprawia nachalną, wręcz gebelsowską propagandę zamiast prawdziwej kultury. Europejski Kongres Kultury był manifestacją lewackości oraz popkultury - takie oto osiągnięcia.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama