Zemsta w mieście stu mostów. Odcinek nr 2

    Zemsta w mieście stu mostów. Odcinek nr 2

    Emilia Nowakowska

    Aktualizacja:

    Poranek rozpoczął się dziwnie wcześnie. Zwoliński zwlókł się z łóżka już o czwartej rano i zaparzył mocną, aromatyczną kawę. Po tym, jak dotarł wczoraj w nocy do mieszkania na Krzykach, nie mógł się pozbierać. Nie miał też ochoty na sen. Przed oczami nadal majaczyła mu spuchnięta twarz Bielawy, poprzecinana krwawymi pręgami i zaskakująco martwa.
    Twarz pojawiała się i miłosiernie znikała, ale nie pozwalała o sobie zapomnieć. Mężczyzna poczuł się słaby i pozbawiony sił do działania. "Zupełnie jak trup mojego zastępcy" - pomyślał ironicznie. Wszędzie zionęło pustką. Dopadło go nieuzasadnione poczucie winy i poczuł ciężar odpowiedzialności za śmierć swojego współpracownika.

    Lubił tego chłopaka i wróżył mu błyskotliwą karierę. Mimo młodego wieku Bielawa miał duży potencjał i niewiarygodnego nosa do prowadzonych w Instytucie spraw.
    Często się spierali, ale potrafili znaleźć wspólny język. Na ogół tworzyli zgrany zespół. Nagle Zwoliński wstał i gwałtownym ruchem przewrócił taborety w kuchni. Zaklął głośno parę razy i uspokoił swoją kobietę, która zaniepokojona pojawiła się w drzwiach.

    - Dosyć tych sentymentów- powiedział. - Złapmy skurczybyka.
    Na twarzy zagościł mu złowieszczy uśmiech.

    ***
    Parę godzin później w budynku IPN-u przy ulicy Sołty-sowickiej Zwoliński pracował jak opętany. Praca była najlepszą odskocznią od myślenia o czysto ludzkich emocjach, dlatego rzucił się w wir roboty. Nagle zadzwonił telefon:
    - Panie prokuratorze, środowisko przefiltrowane. Brak wyników. Melduję, tak jak się umawialiśmy - powiedział anonimowy, stłumiony głos.
    - Dziękuję, namierzaj dalej. Czekam na kolejny raport. Do skutku - podkreślił Zwo-liński, wolno cedząc słowa.

    Przetarł podrażnione od sztucznego światła oczy i wyprostował ramiona. Przez głowę przewijały mu się różne sprawy, nad którymi pracowali ostatnio razem ze swoim zastępcą. Grzebali się w wielu śledztwach przeciwko Służbie Bezpieczeństwa, kończyli sprawy grupy Cha-rukiewicza, projekty Kadłub i Miasto, rozpracowywali kolejnych tajnych współpracowników, ruszyli wreszcie z miejsca przy wątku z nielegalnym ubojem trzody chlewnej. I nadal trwała ekshumacja szczątków więźniów na Osobowicach. Pracy mieli sporo.

    Jego wzrok wędrował wolno po pokoju. Zlustrował nagromadzone stosy akt, które pokrywały dwa sąsiadujące ze sobą biurka, stół i mały stolik zwykle pełniący inną funkcję. Szukał, drążył, węszył. Uwagę prokuratora przykuła leżąca z boku ciemnozielona teczka, z której wysypały się fotografie z miejsca odnalezienia zwłok Bielawy.

    Ponownie sięgnął po zdjęcia. Oglądał je metodycznie, sztuka po sztuce, koncentrując się na wyglądzie dłoni i twarzy ofiary, szczegółach jego ubioru, wyglądzie parcianego worka wypełnionego gruzem, rodzaju pętli sznura zawiązanego na nogach topielca. Który to już raz oglądał te fotografie? Nie to było istotne. Klocki układanki mogą zacząć układać się w jakąś całość w najmniej spodziewanym przez wszystkich momencie. Mężczyzna na to właśnie liczył. "Czas musi działać na naszą korzyść" - pomyślał.

    Telefon zadzwonił ponownie:
    - Zwoliński, słucham.
    - Hmm…, panie prokuratorze, hmm…. Są wyniki sekcji. Przyczyną zgonu był postrzał z bliskiej odległości - ciągnął flegmatyczny głos znajomego lekarza medycyny sądowej, Borkowskiego.
    Prokurator ze świstem wypuścił powietrze z ust.

    Czytaj też odcinek nr 1

    - Rana wlotowa jest zaskakująco niewielka - kontynuował Borkowski. - Ale nie uwierzy pan: nasza ofiara ma na ciele niezwykle interesujący znak, ni to tatuaż, ni to znamię. Jak dla mnie, to ktoś mu pięknie wypalił na zadku uroczy znaczek, jak kiedyś zwierzętom. Ten znak jest świeżusieńki, zaogniony, jeszcze mu się goił. Wykonano go około trzech dni temu. Jest w nim jednak coś dziwnego… Powiem szczerze: patrząc naniego, czuję niepokój, a wie pan, że w życiu widziałem już niejedno i specjalnie strachliwy nie jestem.

    - Co dokładnie ma pan na myśli, mówiąc znak? Co on przedstawia? - dopytywał się Zwoliński.
    - Nachodzące na siebie elipsy i jakiś fragment tekstu w obcym dla mnie języku. Greckim?
    Zwoliński przełknął ślinę.

    - Dziesięć minut i porozmawiamy osobiście - powiedział. Wybiegł z pokoju i popędził w kierunku parkingu. Poczuł podświadomie jakiś impuls. "Znak, znak, elipsy, falujące, opadające, 1987 rok. Cholera, to musi być to! Wtedy ujawniono istnienie na cmentarzu Osobowickim kwater ofiar terroru. Była przy tym taka śmierdząca sprawa…" - myślał gorączkowo.

    Autorką drugiego odcinka naszej powieści jest legniczanka, Emilia Nowakowska. "Jestem pożeraczką książek i amatorką muzyki filmowej. Uwielbiam intrygi, cenię niebanalne zakończenia" - napisała o sobie. Zauważyliśmy!

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama