Jego znajomi mówią, że kiedyś regulowało się zegarki według kolei warszawsko-wiedeńskiej. Dzisiaj tej kolei nie ma, a jak polskie pociągi chodzą, każdy widzi. Ale zegarki można regulować według spotkań Jarosława Dudy - jego punktualność jest wręcz legendarna.
Jarosław Duda w polityce działa od wielu lat. Był radnym pierwszej kadencji Sejmiku Dolnośląskiego - reprezentował w nim AWS. Potem związał się z Platformą Obywatelską i dwukrotnie był posłem (IV iV kadencja Sejmu), by wreszcie w 2007 roku po raz pierwszy reprezentować wrocławskich wyborców w Senacie. Ten sukces powtórzył w ostatnich, niedzielnych wyborach.
Jarosław Duda urodził się we Wrocławiu, na studia wyjechał do Lublina - w 1990 ukończył studia na Wydziale Nauk Społecznych KUL. Był współtwórcą ruchu Wiara i Światło na Lubelszczyźnie.
Od 1993 pracował jako dyrektor Wojewódzkiego Zespołu Pomocy Społecznej we Wrocławiu. W rządzie Jerzego Buzka był wiceprezesem Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.
Potem kierował Miejskim Zarządem Domów Pomocy Społecznej we Wrocławiu.
W 2007 objął urząd sekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej i pełnomocnika rządu ds. osób niepełno-sprawnych. Pełnił ten urząd cztery lata - co zdaniem posła PO Sławomira Piechoty jest niesamowitym wyczynem. Bowiem do tej pory ta sztuka nie udała się jeszcze nikomu. Co więcej, jest spora szansa, że Duda pozostanie na tym stanowisku przez następne cztery lata.
Piechota podkreśla, że Jarosław Duda jest człowiekiem od ciężkiej, systematycznej roboty. Ale też, co jest istotne, niekoniecznie lubi się chwalić swoimi osiągnięciami. A przy tym potrafi w ciepły, zupełnie nieagresywny sposób powiedzieć człowiekowi rzeczy, których wcale nie chciałby on usłyszeć. Na przykład, że ma zupełnie inne zdanie w jakiejś sprawie.
- Jest szalenie punktualny i ma niesamowitą pamięć - mó-wi Piechota. - Ja, żeby wszystko spamiętać, muszę pod ręką mieć terminarz. Jemu jest niepotrzebny, choć zasypywany jest listami, różnymi interwencjami, zaproszeniami.
Mało kto wie, że senator Duda jest pasjonatem sportu. Prezesuje klubowi tenisa stołowego na Uniwersytecie Ekonomicznym, sam zresztą kiedyś uprawiał tę dyscyplinę sportu. Wykorzystał to zresztą w kampanii wyborczej, zapraszając każdego, kto chciał, by ograł senatora. Chyba nikomu się to nie udało, choć kilka razy wracał całkowicie wypompowany z tych prób.
Podobno bardzo się ucieszył, kiedy okazało się, że najmłodszy syn Maciek także interesuje się sportem. Teraz razem chodzą na mecze Śląska i starają się żadnego nie opuścić.
Jarosław Duda ma pięcioro dzieci. Przez długi czas woził żonę i dzieci fiatem multiplą i jak się śmieją znajomi, znajdował sporą uciechę w tym, że jeździ samochodem niekoniecznie cieszącym się uznaniem wśród elit - ale za to jakim wygodnym: mieściła się w nim cała rodzina.
Jest przy tym wspaniałym gawędziarzem i ma podobno zdolność tworzenia powiedzonek, które natychmiast podchwytują znajomi i puszczają dalej w świat. Jakich? Na przykład "dało się, dało się". Ostatnio chętnie mówi: "rampampani".
- Nie wiadomo do końca, czy to ma być znak zapytania, czy może lekka kpina - uśmiecha się Piechota. - Potrafi też odebrać chęć do dyskusji, posługując się pewnymi zbitkami słownymi. Pamiętam, jak kiedyś w rozmowie z pracownikami powiedział jednym ciągiem: "gdyż, ponieważ, albowiem, że...".
Na Dolnym Śląsku nie ma chyba osoby, która nie słyszała o profesor Alicji Chybickiej - kierownik Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej. Wszyscy obserwują, jak co roku walczy o pieniądze dla swoich chorych dzieci. Bo, jak często podkreśla, "nie przeżyłaby, gdyby leczenie [jej] podopiecznych było zagrożone przez brak pieniędzy". I chwyta się różnych, nawet drastycznych sposobów. W 2007 roku, kiedy komornik zajął konta szpitala i klinice groziło zamknięcie, zorganizowała konferencję prasową, na którą przyszli pacjenci kliniki i ich rodzice.
W telewizji oglądaliśmy przejmujące sceny z płaczącymi dziećmi. Kiedy ówczesny minister zdrowia prof. Zbigniew Religa mówił, że "organizowanie konferencji z udziałem dzieci to niegodziwe", profesor odpowiedziała mu: "a ogołocić z dnia na dzień konto szpitala to godziwe?".
W ciągu roku przez wrocławską klinikę przechodzi 10 tysięcy małych pacjentów. Rodzice chorych dzieci mówią, że to miejsce wyjątkowe. Tę opinię potwierdzają zwycięstwa placówki w rankingach najlepszych szpitali w Polsce.
A prof. Chybicka podkreśla, że głównym założeniem jej zespołu jest to, by było tu jak najmniej szpitala. Aby choroba dzieci była jakby z boku. Bo leczenie ostrej białaczki limfo-blastycznej trwa trzy lata, a zespół kliniki stara się, by dziecko przez pierwsze dwa, trzy miesiące było w szpitalu, a potem już w domu.
Z kliniką związana jest od lat. Jeszcze na studiach rozpoczęła pracę u profesor Janiny Bogusławskiej-Jaworskiej, która w tamtym czasie tworzyła we Wrocławiu onkologię dziecięcą. Koledzy byli zdziwieni, pytali: "co to za sens iść do umieralni?".
Studia ukończyła z wyróżnieniem w 1975 roku. Specjalizowała się w pediatrii, ale oprócz niej ma jeszcze kilka innych: z onkologii i hematologii dziecięcej, z immunologii klinicznej, z transplantologii klinicznej oraz medycyny paliatywnej. Od pięciu lat jest też prezesem Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.
Twierdzi, że do Senatu idzie głównie dla prawie ośmiu milionów polskich dzieci i młodzieży, bo one same głosu nie mają.
- To jest moja główna motywacja, że będzie w parlamencie senator mówiący w ich imieniu - mówiła. - Pierwsze, co chciałabym zrobić po wyborach, to powołać komisję, w której znaleźliby się parlamentarzyści z różnych opcji politycznych. Mam swój program "Polska kocha swoje dzieci", który przewiduje m.in. poprawę profilaktyki zdrowotnej u dzieci i młodzieży, a także edukację lekarzy, na-uczycieli, rodziców i samych dzieci, aby możliwe było wczesne zwrócenie uwagi na niepokojące objawy, mogące świadczyć o poważnej chorobie dziecka.
Profesor Alicja Chybicka podkreśla, że chciałaby się też zająć się sprawami nauki, bo od 36 lat jest nauczycielem akademickim i z własnego doświadczenia wie, że jest wiele przepisów, które trzeba zmienić.
Alicja Chybicka startowała w ostatnią niedzielę do Senatu z listy Platformy Obywatelskiej. Jednak popierało ją wiele osób niezwiązanych z tą partią. Na przykład Jolanta Kwaśniewska. Informując o swoim poparciu, była Pierwsza Dama wyjaśniała, że byłaby ogromnie szczęśliwa, gdyby i w Sejmie, i w Senacie znalazło się jak najwięcej kompetentnych kobiet.
Jolanta Kwaśniewska może wypowiadać się o kompetencjach pani profesor, bowiem jej fundacja "Porozumienie bez Barier" wspierała wrocławską klinikę onkologii dziecięcej.
Prof. Chybicka przed wyborami jasno mówiła, że nie zamierza rzucać pracy w klinice. Musi ją połączyć z pełnieniem mandatu senatora. A więc, zanim powiedziała "tak" Grzegorzowi Schetynie, zgadzając się na kandydowanie, sprawdziła, czy może nadal kierować kliniką. - Bo przecież bez pracy w szpitalu, leczenia dzieci chorych na nowotwory nie mogłabym żyć. Poradzę sobie ze wszystkimi obowiązkami. W Senacie nadal będę działać na rzecz dzieci - podkreślała profesor. - Liczę, że uda mi się stworzyć koalicję polityków od prawa do lewa, która dobro dzieci będzie miała szczególnie na uwadze.
Jarosław Obremski: już wkrótce zamieni fotel wiceprezydenta na na senat
Urodził się we Wrocławiu, liceum kończył w Legnicy, gdzie przeprowadził się z rodzicami. Jednak szybko wrócił do stolicy Dolnego Śląska - na studia. W czasie studiów aktywnie działał w opozycji demokratycznej. Jednak nigdy nie był w NZS-ie. Kiedy przyszedł rok 1990, Wrocławski Komitet Obywatelski wystawił go jako kandydata na radnego. Z wrocławskim samorządem związany jest do dzisiaj.
Jarosław Obremski z wykształcenia jest chemikiem, z zawodu, hmm, chyba samorządowcem. Kiedy wrocławska rada miejska powoływała pierwszy zarząd - któremu przewodził prezydent Bogdan Zdrojewski - był najmłodszym z siódemki zarządzających miastem. I dostał, jak wszyscy wówczas, bardzo trudne zadanie - mieszkania komunalne. Po ośmiu latach pracy w zarządzie miasta miał krótką, niespełna czteroletnią, przerwę na szefowanie wrocławskiej radzie miejskiej.
Trafił na gorący okres - przygotowania do obchodów milenium Wrocławia. Do miasta mieli zjechać najznamienitsi ze znamienitych - dostojnicy świeccy i kościelni. To właśnie podczas obchodów tysiąclecia miasta wrocławscy radni po raz pierwszy wystąpili w żółto-czerwonych szarfach. I to za jego kadencji szef rady otrzymał swoje insygnia - łańcuch i ozdobną laskę.
Zwykle rzeczowy, przedstawiający zadziwiające analizy i prognozy - bardzo często trafione - potrafi zaskoczyć rozmówców.
Był rok bodaj 2001. Wrocław odwiedziła grupa samorządowców z Austrii. W ratuszu podejmował ich Jarosław Obremski, wówczas przewodniczący rady miejskiej. Po oficjalnych przywitaniach, wzajemnym wręczeniu upominków, przyszedł czas na krótkie przemówienia.
Znudzone już lekko towarzystwo zaczęło tęsknie spoglądać na bufet i nagle wszyscy przystanęli, pilnie nasłuchując. Jarosław Obremski z kamienną twarzą mówił: "Wiem, że w Austrii wszyscy się boją zalewu polskich pracowników po przystąpieniu naszego kraju do UE. Chciałbym przypomnieć, że pierwszym polskim ausländerem, wynajętym do przegonienia Turków, był Jan Sobieski. I jak pamiętamy, po wykonaniu swojej roboty wrócił do Polski...".
Karierę zawodową związał z wrocławskim samorządem, natomiast politycznie - choć należał do różnych partii - wierny jest konserwatyzmowi.
Zaczynał, jak większość polityków związanych z opozycją demokratyczną, w Unii Demokratycznej. Jednak szybko się rozstał z tym ugrupowaniem i podążył za Aleksanderm Hallem do Partii Konserwatywnej. Potem należał do Stronnictwa Konser-watywno-Ludowego, z którego trafił do Platformy Obywatelskiej. Pożegnał się z nią, kiedy prezydent Rafał Dutkiewicz poróżnił się z PO. Jego decyzja, by kandydować do Senatu, zaskoczyła wiele osób. Jak sam się śmieje, nawet jego samego, ponieważ nie spodziewał się, że tak go wciągnie "wielka polityka". Do Senatu został wybrany z listy Obywatele do Senatu. Przed wyborami podkreślał, że w polskim parlamencie izba wyższa jest jak najbardziej potrzebna, tyle tylko, że w zupełnie nowym kształcie. Ma być on ciałem samorządowym.
Zdaniem Jarosława Obrem-skiego Senat jest potrzebny do tego, by prawo było stanowione nie tylko z jednego punktu widzenia - jakim jest spojrzenie rządu na przygotowywane lub nowelizowane ustawy. Bo to, co jest dobre dla rządu - czytaj partii - nie zawsze jest dobre dla społeczeństwa, dla samorządów czy przedsiębiorców.
- W Polsce mamy Sejm i Senat, które patrzą w jednym kierunku, jeśli chodzi o stanowienie prawa - podkreśla. - A przecież w większości krajów demokratycznych jest jednak tak, że te wektory posłów i senatorów spojrzenia wychodzą z innych punktów.
I dodaje, że w Senacie chciałby pracować w Komisji Samorządności i Administracji Państwowej oraz w Senackiej Komisji Edukacji, ponieważ przez ostatnie dwa lata polityka prowadzona przez Ministerstwo Edukacji Narodowej spowodowała raczej bałagan w polskiej oświacie, niż przyniosła jej rozwój. JarosławowiObremskiemu nie będzie łatwo wprowadzić zapowiadane zmiany w Senacie, ponieważ jako jedyny dostał się do parlamentu z listy Obywateli do Senatu.