Z polskiego na nasze: Suma niektórych strachów

    Z polskiego na nasze: Suma niektórych strachów

    Andrzej Górny

    Gazeta Wrocławska

    Gazeta Wrocławska

    Z polskiego na nasze: Suma niektórych strachów

    ©Polskapresse

    Zamieszkaliśmy z kolegą na kempingu w okolicy gwarantującej rozrywki leśno-wodne. Któregoś wieczoru wszedłem do jego pokoju, aby ustalić plany na dzień następny. Stasio, już w pościeli, czytał. Na szafce obok łóżka leżały rządkiem: nóż, kastet, pałka sprężynowa, pojemnik z gazem i 17-strzałowy pistolet marki Glock.
    Z polskiego na nasze: Suma niektórych strachów

    ©Polskapresse

    - Co jest? - przestraszyłem się. - Zadarłeś z mafią, czy z ruskim kontrwywiadem?
    - Nie przejmuj się, to tylko nawyk zawodowy. Strzeżonego… - zlekceważył sprawę. Ponieważ był detektywem i nieraz opowiadał historie mrożące krew, uznałem powód zbrojnego pogotowia za dostateczny.

    Inny znajomy, ochroniarz trenujący sporty walki, nieraz tłumaczył mi, że w przyrodzie nie istnieje nic takiego jak fair play. Gdy już powaliłeś wroga na glebę, należy go skasować kilkoma kopami w czułe miejsca. Inaczej może wstać i oddać.

    Gdy wspominam obu panów, cieszę się, że nigdy nie musiałem spać z siekierą pod poduszką ani nokautować nikogo. Ot tak, na wszelki wypadek.

    Mój błogostan spowodowany egzystencją w świecie pozbawionym ryzyka, został przerwany kilka dni temu. Przypomniał mi się problem pod tytułem polskie drogi, w połączeniu z hasłem kretyńska fantazja. Kretyńska właśnie, nie ułańska, bo tamta miała sens, a na szosach go ani za grosz.

    Na niezbyt imponującym dystansie 70 kilometrów, naliczyłem 47 kierowców łamiących przepisy. Przejeżdżanie linii ciągłych, wyprzedzanie na zakrętach i pod górę, lekceważenie znaków, a przede wszystkim szybkość. Jeśli dozwolone jest 70 kilometrów na godzinę, większość jedzie setką.

    Na odcinku o dwóch tylko pasach ruchu, ale o poszerzonych poboczach, naprzeciw mnie wyskoczył zza tira jakiś desperat, wyprzedzając na trzeciego. Ostrzegł mnie światłami, że mam mu zrobić miejsce, bo inaczej - czołówka. Uciekłem w bok oczywiście, ale gdybym miał jeszcze gorszy refleks, mogło się nie udać.

    Może kogoś bawią podobne lamenty starszego gościa, przestraszonego nagłym skokiem adrenaliny. Ale mnie chodzi o zasadę. Starożytną maksymę dura lex, sed lex (surowe prawo, ale prawo) Polacy przerobili na - durne prawo. U nas każde prawo jest durne? Przepisy są dla ciemnego motłochu, a spryciarz zawsze się przebije do przodu?

    Porównanie anarchii na drogach z bałaganem w krajowej polityce może i jest nadużyciem, ale pewnych skojarzeń nie da się uniknąć. Ostatnio telewizje specjalizują się w przypominaniu politykom ich obietnic przedwyborczych i rozliczaniu, czego dotrzymali, o czym zapomnieli, a co spartolili. Trudno tu znaleźć rzetelność, prawdomówność, odpowiedzialność, o zwykłej przyzwoitości nie wspominając.

    Dlatego z uciechą wspominam dawne lapsusy znanych postaci. Premier Tusk: - Ładne dziewczyny robią dobrze partiom politycznym. Natomiast Zyta Gilowska pochwaliła się, że ciągnie wszędzie. Można sądzić, że podświadomość ich zdradziła: to też zwykli ludzie, którzy mają marzenia. Ale to znów ich marzenia. A co z naszymi?

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama